logo
FA 11/2024 życie akademickie

Zbigniew Drozdowicz

Akademiccy celebryci, celebranci i halabardnicy

Akademiccy celebryci, celebranci i halabardnicy 1

Rys. Sławomir Makal

W życiu akademickim role mogą być i są różnie rozpisywane. Jednym z możliwych scenariuszy jest ich rozpisanie na celebrytów, celebrantów i halabardników. Wymagają one jednak takich dopowiedzeń, które będą wyjaśniały specyfikę ich funkcjonowania. Spróbuję tutaj je podać. Powiem jedynie już na wstępie, że mogą one dobrze oddawać tę jego część, która czasami funkcjonuje w związku z nauką, a czasami żyje swoim własnym życiem.

Celebryci

Określenie to ma łaciński rodowód i przez wieki łączyło się z osobami zajmującymi wysokie stanowiska kościelne (z papieskimi włącznie) oraz świeckie (z królewskimi włącznie). Dzisiaj celebrytami nazywa się tych, którzy są stosunkowo szeroko znani głównie za sprawą mediów, które kierują się nie tyle ich faktycznymi osiągnięciami, co zapotrzebowaniem odbiorców na twarze i wydarzenia, które się dobrze „sprzedają”. Akademickie życie nie jest jednak „samotną wyspą”, na którą nie przenikałyby elementy kultury medialnej. Co więcej, nie chciałoby ono nią być, bowiem mogłoby to oznaczać wypadnięcie ze społecznego obiegu, a nawet odcięcie od publicznych środków, które są mu niezbędne do trwania i rozwijania potencjału badawczego i edukacyjnego. Problem zaczyna się w momencie, gdy nie tylko otwiera się ono na te wpływy, ale także przejmuje przynajmniej niektóre zasady funkcjonowania kultury medialnej. Dobrze jest jeszcze, gdy tak kreowany akademicki celebryta może się wykazać nie tylko szerokimi zainteresowaniami, ale także osiągnięciami, które stanowią istotny wkład do nauki lub przynajmniej skłaniają do poważnych dyskusji. O takich celebrytach słyszałem, czytałem, a nawet niektórych spotkałem na swojej akademickiej drodze.

Na miano autentycznego celebryty zasługuje brytyjski uczony Stephen W. Hawking (zm. w 2018 r.). Zanim jednak nim się stał, uzyskał znaczące wyniki w fizyce teoretycznej (sformułował m.in. teorię wszechświata bez granic) oraz wykazał się dużym talentem w ich upowszechnianiu (opublikował m.in. kilka książek na ich temat, w tym Krótką historię czasu oraz Wszechświat w skorupce orzecha). Brał także udział w telewizyjnych widowiskach oraz w serialu animowanym Family Guy. Postępująca choroba neurodegeneracyjna sprawiła, że poruszał się na wózku inwalidzkim i w porozumiewaniu się z innymi coraz bardziej był uzależniony od syntezatora mowy. W ostatnich latach życia porozumiewał się za pomocą czujnika podczerwieni zamocowanego na oprawce okularów. Jego walka o pozostawanie w publicznym obiegu dla niejednego z obserwatorów mogła mieć nawet większe znaczenie niż to, co osiągnął w fizyce teoretycznej.

Innego typu celebrytą jest, a przynajmniej jeszcze do niedawna był, słoweński filozof i kulturoznawca Slavoj Žižek. Szeroki rozgłos i miejsce na liście stu największych światowych „filozofów-celebrytów” (umieścił go na niej w 2012 r. magazyn „Foreign Policy”) zyskał nie tyle nawet swoimi licznymi publikacjami (jest autorem ponad 50 książek), co publicznymi wystąpieniami, w których z pozycji lewicowych krytykował zachodnią demokrację, i takimi deklaracjami jak ta, w której stwierdził, że „jedynie termin «komunizm» sygnalizuje krok ludzkości ku lepszej przyszłości”. W swoich publicznych wystąpieniach nie stronił od tzw. mocnych określeń. Wprawdzie nie pojawiły się one w jego wystąpieniu, które kilkanaście lat temu miało miejsce na moim ówczesnym wydziale, jednak mogłem się naocznie przekonać, jak potrafił przyciągnąć tłumy zainteresowanych jeśli nawet nie poglądami, to przynajmniej swoją osobą.

W tamtym czasie szerokie zainteresowanie wzbudzali również przedstawiciele tzw. postmodernizmu. Jednym z nich jest francuski filozof Jacques Derrida (zm. w 2004 r.). Na jego wykład wygłoszony w 1988 r. na Uniwersytecie Śląskim w Katowicach „pielgrzymowali” ciekawscy z różnych ośrodków akademickich. Nie dołączyłem do tych „pielgrzymów”. Miałem jednak okazję wysłuchania jego wykładu otwarcia w 2002 r. na XXIXe Congrès International de l’ASPLF, zorganizowanym przez Uniwersytet w Nicei. Jeśli ktoś oczekiwał wykroczenia poza akademickie standardy, to zapewne był mocno rozczarowany. Powiedziałbym nawet, że był to klasyczny wykład uniwersytecki. W kuluarach Derrida również nie zachowywał się jak światowy celebryta. Wręcz przeciwnie, wyglądał nawet na osobę nieco przytłoczoną światową sławą. Stanowi on tylko jeden z przykładów potwierdzających tezę, że można być światowym celebrytą, ale jednoczenie nie być wielkim celebrantem swojej wielkości.

Celebranci

W przeszłości wielkim celebrytą i celebrantem był król Francji Ludwik XIV, nazywany Królem Słońce. Doprowadził on swoje dworskie celebrowanie do takiego poziomu, że trudno było innym monarchom go w tym prześcignąć (mimo to próbowali). Trzeba jednak dodać, że miał on również znaczące osiągnięcia w zarządzaniu krajem. Na uczelniach z mocy prawa rola głównego celebranta przypada rektorowi. Jak to wygląda w praktyce, mogli się przekonać m.in. ci, którzy brali udział w inauguracji roku akademickiego lub przynajmniej obserwowali te uroczystości w internecie. Szczególnie uroczysty charakter ma jej rozpoczęcie i zakończenie. Przy dźwiękach uniwersyteckiego hymnu na salę wchodzi senat i władze rektorskie. W tym gronie wyróżnia się główny rektor nie tylko swoim strojem, ale także insygniami swojej władzy, rektorskim łańcuchem i berłem. Dalsza część scenariusza jest wprawdzie nieco zróżnicowana w różnych uczelniach, jednak na co bardziej znaczących rok akademicki nie może się rozpocząć bez rektorskiego życzenia: „Quod bonum, felix, faustum, fortunatumque sit!” i trzykrotnego stuknięcia berłem. Mocno zróżnicowane są scenariusze ceremonii związanych z jubileuszami uczelni. W 2019 r. uroczyście obchodzono setną rocznicę założenia Uniwersytetu Poznańskiego. Obchody te zostały rozpisane na wiele dni, a ich kulminacją był przemarsz przez miasto z poznańskiej katedry do uniwersyteckiej auli władz rektorskich i członków senatów wszystkich uczelni, które się później wyłoniły z tego uniwersytetu. Brałem w nim bezpośredni udział (jako członek senatu) i muszę przyznać, że było nie tylko wzniośle, ale także sympatycznie.

Problem z rektorskim celebrowaniem zaczyna się w momencie, gdy zostaje ono przedłużone na codzienne funkcjonowanie. W swoim akademickim życiu wprawdzie nie spotkałem wielu takich rektorskich celebrantów, jednak o tym, którego poznałem, mogę z pełnym przekonaniem powiedzieć, że był dla mnie sporym zawodowym utrapieniem, zwłaszcza wtedy, gdy pełniłem funkcję prodziekana i przypadło mi w udziale ubieganie się o zgodę na rozpoczęcie inwestycji budowlanej na moim kampusie. Było ono jednak niczym wobec trosk, jakie mieli studenci z dziekanem ds. studenckich, który po prostu z każdym przychodzącym do niego lubił sobie pogadać. Efekt był taki, że pod jego drzwiami zwykle stała długa kolejka interesantów, którzy mieli do załatwienia jakąś sprawę. Jego przeciwieństwem był prodziekan ds. studenckich, który przyjmował studentów jedynie w ściśle określonych godzinach, a ci, którzy się na nie „nie załapali”, błąkali się po dziekanacie, szukając pomocy u głównego dziekana lub u personelu administracyjnego dziekanatu. Mimo wszystko ten pierwszy styl celebrowania władzy dziekańskiej stawiałbym wyżej niż drugi.

W życiu akademickim występują również celebranci, którzy mają jedynie swoje „pięć minut” na wielkie celebrowanie. Należą do nich m.in. osoby świętujące jubileusze lub pożegnania w związku z osiągnięciem wieku emerytalnego. Brałem udział w niejednym takim spotkaniu i w każdym przypadku scenariusz był podobny. Na honorowym miejscu znajdował się jubilat, a na mównicy pojawiali się celebranci prześcigający się w wygłaszaniu pochwał na jego temat. Dobrze jeszcze, jeśli to, co mówili, pozostawało w jakimś związku z jego faktycznymi osiągnięciami. W takich uroczystych chwilach nie chodzi jednak o to, aby powielać powszechnie znane fakty, ale przede wszystkim o to, aby powiedzieć o jubilacie coś takiego, co sprawi przyjemność jemu i jego najbliższym współpracownikom. W tych „brutalnych” czasach, kiedy tak trudno jest ukryć braki w osiągnięciach badawczych, można jeszcze je „sztukować” osiągnięciami dydaktycznymi i organizacyjnymi, a gdy i tych brakuje, to cechami charakteru, które sprawiły, że miło było współpracować z jubilatem lub przynajmniej przypomnieć momenty, w których wykazał się nadzwyczajną życzliwością lub uprzejmością. Wymieniam tutaj jedynie kilka przykładów pochwalnych mów celebrantów. Ich inwencja jest jednak znacznie bogatsza. Jak na to reagują bierni uczestnicy celebry? W większości przypadków ze sporą wyrozumiałością, bowiem przecież na takim spotkaniu nie chodzi o sporządzenie jubilatowi rachunku sumienia, którego powinien się wstydzić. Zdarza się jednak, że niektórzy uczestnicy uroczystości (być może zdegustowani wystąpieniami pochlebców) wychodzą przed ich zakończeniem.

Halabardnicy

Typowa halabarda jest dwuręczną bronią składającą się z topora osadzonego na drzewcu o długości od 1,5 m do 1,8 m, zakończonego z drugiej strony hakiem, który służył halabardnikowi do ściągania jeźdźców z konia. Stosowana była od XIII wieku, a szczególną popularnością cieszyła się w wojskach szwajcarskich. Z nich utworzona została w 1505 r. przez papieża Juliusza II gwardia papieska, która miała go strzec przed licznymi wówczas zagrożeniami. Z tym strzeżeniem wprawdzie różnie bywało, jednak gwardia szwajcarska do dzisiaj paraduje z halabardami. Z halabardami rektorskimi paradują natomiast ci, którzy towarzyszą rektorom przy różnych uczelnianych uroczystościach, w tym inauguracji roku akademickiego. Być może nawet zostali przeszkoleni w zakresie udzielania rektorowi pierwszej pomocy. Nie jestem jednak przekonany co do tego, że byłaby to pomoc na „śmierć i życie”. Liczy się jednak przede wszystkim trzymanie w ręku halabardy i dotrwanie w powadze do końca uroczystości. Trochę żartuję. Ale tylko trochę, bowiem niejednokrotnie byłem uczestnikiem uczelnianych uroczystości, w których halabardnicy nie wyróżniali się posturą, a nieraz z ich twarzy można było wyczytać znudzenie i oczekiwanie na koniec mordęgi.

Sprawa jest znacznie poważniejsza, gdy określenie „halabardnicy” zastosuje się znacznie szerzej i odniesie do wszystkich, którzy mają bronić uniwersyteckich wartości i wielkości, ale ich nie bronią albo bronią takich, które mają mało wspólnego z akademickimi wartościami. W czasach PRL-u takimi „halabardnikami” byli na uczelniach obrońcy jedynie słusznej ideologii. Na uczelniach kościelnych są nimi ci, którzy na pierwszym miejscu stawiają religijne sumienie i myślenie. W tzw. wolnej Polsce wiele się na uczelniach zmieniło. Jednak nie zniknęli „halabardnicy” gotowi stanąć w obronie wartości i wielkości, które uznają za jedynie słuszne. Problem w tym, że często nie warto prowadzić o nie batalii. Szczególnie trudno jest to wytłumaczyć w sytuacji, gdy „halabardnik” dopiero co został „wyświęcony” na doktora z upodobaniem celebruje swój sukces razem z rodziną. Pamiętam, jak po uzyskaniu przeze mnie doktoratu promotor ostrzegał mnie przed myśleniem, że „już złapałem Pana Boga za nogi”. Natomiast od moich bardziej doświadczonych kolegów słyszałem, że największy kłopot ze świeżo „wyświęconym” doktorem miewa jego współmałżonek, bo musi m.in. cierpliwie znosić jego wymądrzanie się, jakby był specjalistą od wszystkiego.

Odrębną grupę akademickich „halabardników” stanowią osoby, które wprawdzie nie wykazały się znaczącymi wynikami w nauce, ale mają mistrzów i nauczycieli, których podziwiają, i którym zawdzięczają funkcjonowanie na uczelni. Często spotykałem w akademickim życiu takich, którzy potrafili bronić ich wielkości nawet wówczas, gdy sami zainteresowani mogliby mieć coś przeciwko. Nie będę wymieniał nazwisk. Powiem jednak, że jeśli jeszcze dzisiaj ktoś mówi o tzw. poznańskiej szkole metodologicznej, to są to głównie osoby, które jej liderom sporo zawdzięczają, oraz osoby z nimi zaprzyjaźnione lub przynajmniej utrzymujące z nimi towarzyskie kontakty. Mimo wszystko stawiałbym ich wyżej niż tych, którzy na teatralnej scenie nie wygłaszają żadnej mowy, ale za to z dumą trzymają swoje halabardy. W akademickim życiu ta grupa jest zresztą również mocno zróżnicowana. Przykry może być widok tych, którzy obnoszą się ze swoimi profesorskimi tytułami i naukowymi dokonaniami z przeszłości, choć dzisiaj ich aktywność polega głównie na pojawianiu się na okazjonalnych uroczystościach i wygłaszaniu mów pochwalnych pod adresem osób, które niczym specjalnym się w nauce nie zapisali. Na drugim biegunie sytuują się ci, którzy ani tytułu nie posiadają, ani nie są proszeni o wygłoszenie mowy, a swoje miejsce na scenie zawdzięczają głównie temu, że opanowali do perfekcji sztukę przetrwania aż do emerytury. A czasem nawet dłużej.

Wróć