logo
FA 11/2023 życie akademickie

Marek Misiak

Telefon do przyjaciela

Telefon do przyjaciela 1

Rys. Sławomir Makal

Nie należy się krygować, tylko pytać, a jeśli ton odpowiedzi nam nie odpowiada, jasno to wskazać; jeśli redaktor nadal traktuje nas z góry lub w inny sposób jest nieprzyjemny, powiadamiamy jego przełożonych. Nie ma ucieczki przed wysokimi standardami w branży.

Dla większości autorów redaktor czasopisma naukowego pozostaje tylko nazwiskiem w stopce e-maila. Stykałem się nawet z poglądem, że tak naprawdę nie jestem realną osobą, lecz botem – tak myślały niektóre osoby, które dostają ode mnie głównie zestandaryzowane maile (np. przypomnienia, których nie da się zautomatyzować poprzez system zarządzania manuskryptami). Zdarzają się też badacze – z niewiadomego powodu zwłaszcza z krajów Bliskiego Wschodu – uważający, że stanowię tzw. composite character; to pojęcie z teorii literatury i kina, gdy w utworach opartych na faktach kilka rzeczywistych osób łączonych jest w jedną postać, zazwyczaj dla zachowania czytelności narracji, która nie powinna rozdzielać się na zbyt wielu protagonistów. W kontekście redakcji czasopisma naukowego oznacza to, że redaktorów jest kilku, ale do kontaktów ze światem zewnętrznym stworzyli kolejnego, fikcyjnego, i wszyscy korzystają z tego samego konta. Jest w tym ziarno prawdy. W niektórych organizacjach, a redakcje nie są tu wyjątkiem, w systemach komputerowych stanowiących środowisko pracy tworzy się czasem fikcyjne konta, gdyż upraszcza to korzystanie z niektórych funkcji systemu. Takie fikcyjne konto nigdy nie jest używane do kontaktów z nikim z zewnątrz (chyba że jesteśmy w świecie Neuromancera Williama Gibsona i takie byty mogą uzyskiwać świadomość, a nawet osobowość). Nieco makabryczną odmianą takiego narzędzia są tzw. martwe dusze lub konta martwej ręki. Wówczas nie tworzy się kont fikcyjnym użytkownikom, lecz wykorzystuje konta użytkowników, którzy już w danym miejscu nie pracują, a nawet osób nieżyjących.

Niektórzy autorzy preferują jednak kontakt bardziej osobisty i korzystają z możliwości dzwonienia, jeśli taka możliwość faktycznie jest. Nie wszystkie czasopisma naukowe podają jakiekolwiek telefony do redakcji, ma to trzy przyczyny. Po pierwsze, nie każda redakcja ma biuro, w którym jest biurko, a na nim stacjonarny telefon lub służbowa komórka, wiele działa wyłącznie zdalnie i wirtualnie. Po drugie, nie każde czasopismo zatrudnia na etacie choć jednego redaktora (dotyczy to zwłaszcza czasopism mniejszych, ale wciąż prestiżowych), a członkowie zespołu redakcyjnego będący czynnymi naukowcami mogą po prostu nie mieć czasu na odbieranie telefonów w sprawach redakcyjnych. Po trzecie, w niektórych redakcjach zakłada się, że po wszelkiej komunikacji z autorami czy w ogóle z kimkolwiek w sprawach służbowych musi pozostać elektroniczny ślad (a zatem gdyby odbierali telefony, musieliby nagrywać rozmowy). Rozmowa telefoniczna ma jednak – przy licznych ograniczeniach, które omówię poniżej – szereg zalet. Często (choć nie zawsze) pozwala szybciej wyjaśnić wątpliwości i rozwiać obawy (ale też złudzenia) autorów. U wielu ludzi (np. u piszącego te słowa) mówienie sprzyja zebraniu myśli, zatem podczas rozmowy przychodzą do głowy kolejne pytania i za jednym razem można wyjaśnić kilka kwestii. Komunikacja ustna, nawet zapośredniczona przez urządzenie, utrudnia też odebranie komunikatów drugiej strony jako suchych, zdystansowanych czy obcesowych (a takie wrażenie mogą czasem robić oficjalne e-maile z redakcji, zwłaszcza jeśli zawierają odmowę lub wskazanie, że trzeba wykazać więcej cierpliwości). Z kolei redaktorzy zdają sobie czasem sprawę, że autor, który w korespondencji wydawał się wręcz roszczeniowy, przez telefon okazuje się zagubiony, a nawet wystraszony (w komunikacji pisemnej łatwiej nieświadomie wejść w rolę).

Jeśli autor dzwoni do redakcji czasopisma naukowego, niezależnie od tego, czy chce spytać o losy swojego artykułu, czy o coś przed przedłożeniem go do rozpatrzenia, przede wszystkim nie powinien przepraszać za to, że dzwoni i że przeszkadza. Rozumiem, że często jest to przejaw grzeczności, ale w tym kontekście wydaje mi się ona zbyt daleko posunięta. Jeśli redakcja decyduje się podać na stronie WWW lub profilu w dowolnym medium społecznościowym numer telefonu, oznacza to, że można i należy z tej możliwości korzystać. Ponadto kontakty z autorami należą do obowiązków redaktorów i nie zależą od ich osobistych preferencji czy nastrojów. Redagowanie tekstów, zwłaszcza w obcych językach, wymaga koncentracji, ale jeśli ktoś jest w stanie ją osiągnąć wyłącznie w warunkach zbliżonych do benedyktyńskiego skryptorium, to praca w redakcji czasopisma naukowego może być dla niego pewnym wyzwaniem.

Nie ma głupich pytań

Przy telefonowaniu do redakcji sprawdza się maksyma, że nie ma głupich pytań, mogą być natomiast pytania redundantne. Przed wybraniem numeru warto dokładnie sprawdzić, czy odpowiedź na nasze wątpliwości nie znajduje się w instrukcjach lub poradach dla autorów. Rozpoczynanie od telefonu, a nie od lektury, stanowi przejaw lekceważenia czasu osoby po drugiej stronie słuchawki, może nie rażący, ale jednak wyraźny. Zdarzało mi się, że dzwonili potencjalni autorzy i dopiero w rozmowie ze mną dowiadywali się, że czasopisma, w których pracuję, są wyłącznie anglojęzyczne (widomy znak, że w ogóle nie zapoznali się z zawartością strony WWW). Bywają też autorzy przekonani, że kropla drąży skałę i że jeśli będą dzwonić co kilka dni, to coś to zmieni. Tak się raczej nie stanie z dwóch przyczyn. Po pierwsze, praca redakcji odbywa się na podstawie konkretnych reguł i większości czynności nie da się przyspieszyć – gdyby dało się coś zrobić szybciej, zostałoby to zrobione szybciej. Po drugie zaś, wiele spraw, z którymi dzwonią autorzy, nie zależy od redaktora. Nie jest on w stanie np. przyspieszyć procesu peer review albo przerwać go i wydać decyzję według uznania. Gwoli ścisłości: niektóre z tych problemów może rozwiązać redaktor naczelny, ale ta osoba akurat rzadko siedzi w redakcji pod telefonem. Częste dzwonienie z tym samym spowoduje po prostu, że wciąż będzie padała ta sama odpowiedź (np. „musimy czekać”), która za pierwszym razem będzie brzmiała racjonalnie, a za trzecim jak wyrafinowana impertynencja.

Naprawdę nie ma w tym kontekście głupich pytań, autor ma pełne prawo nie orientować się w szczegółach procesu oceniania manuskryptu i przygotowywania go do publikacji; jest specjalistą w swojej dziedzinie i już to czyni go kimś wyjątkowym. Pisałem już o tym w ramach tego cyklu: redaktor, dla którego zbyt wiele rzeczy staje się sprawami oczywistymi, które każdy powinien wiedzieć, skazuje się na powtarzającą się frustrację. Dlatego nie należy się krygować, ale pytać, a jeśli ton odpowiedzi nam nie odpowiada, jasno to wskazać; jeśli redaktor nadal traktuje nas z góry lub w inny sposób jest nieprzyjemny, powiadamiamy jego przełożonych. Nie ma ucieczki przed wysokimi standardami w branży. Doświadczeni badacze szereg razy wykazywali się cierpliwością wobec niedociągnięć piszącego te słowa, choć wcale nie musieli – samo to zobowiązuje. Powtarzam: nie ma głupich pytań. Natomiast warto przygotować się na to, że odpowiedź może nie być po naszej myśli.

Dotykamy tutaj częstego nieporozumienia. Telefonów w redakcji nie odbiera zazwyczaj redaktor naczelny, z reguły nie znajduje się on nawet w tym samym budynku, a bywa, że i w innym mieście czy nawet kraju. Osoba po drugiej stronie to często redaktor prowadzący (managing editor), kieruje on pracą zespołu redakcyjnego, ale do podejmowania najważniejszych decyzji upoważniony jest (prawnie lub zwyczajowo) tylko redaktor naczelny. Tylko on może przyjąć artykuł do publikacji (i w ogóle podejmować decyzje w kwestiach merytorycznych) czy przydzielić go do konkretnego zeszytu. Telefony może też odbierać redaktor językowy, a w dużych zespołach osobny pracownik zajmujący się kontaktem z autorami. Udzielą oni wielu porad i wyjaśnią wiele spraw, ale nie ma najmniejszego sensu wyjaśniać im zagadnienia związane z zawartością i wartością naukową manuskryptów, gdyż są to zazwyczaj osoby z wykształceniem filologicznym lub podobnym i – w przeciwieństwie do redaktora naczelnego czy redaktorów tematycznych – nie są uprawnione do oceniania prac pod tym kątem. Często będzie można zatem usłyszeć, że będą musieli skontaktować się z naczelnym, albo wręcz sugestię napisania bezpośrednio do tego ostatniego. Nie należy natomiast liczyć na podanie numeru bezpośrednio do Najwyższego, jeśli nie znajduje się on na stronie WWW czasopisma, członkowie zespołu redakcyjnego w takiej sytuacji zazwyczaj nie są do tego uprawnieni.

Na rowerze lub z dzieckiem

Warto tu też wskazać na drobny, ale istotny szczegół: ma znaczenie, czy podany na stronie internetowej numer do redaktora to numer stacjonarny, czy komórkowy, gdyż obie możliwości łączą się z pewnymi ograniczeniami. W wielu redakcjach nie ma w ogóle służbowych telefonów komórkowych, zatem redaktor dla ułatwienia kontaktu zdecydował się podać numer prywatnej komórki. Oznacza to jednak, że ani redaktor, ani aparat nie mają wówczas możliwości rozróżnienia, czy dzwoni nieznany numer w sprawie prywatnej, czy służbowej, a zatem nie aktywuje się żadna automatyczna sekretarka, gdy redaktor będzie na urlopie czy zwolnieniu lekarskim albo np. będzie tego dnia opiekował się dzieckiem. Zdarza się, że dzwoniący do mnie autorzy słyszą w tle moją trzyletnią córkę, która włącza się do rozmowy, i pytają, czy pracuję z domu, a wówczas ja z rozbrajającą szczerością wyznaję, że jestem z córką w parku, a rozmawiam z nimi, bo traktuję work–life balance poważnie, ale nie fanatycznie. Z kolei telefon stacjonarny może pozostać nieodebrany, jeśli redaktor jest sam w pokoju/gabinecie i akurat wyszedł (np. na spotkanie). Nie w każdej redakcji jest ktoś, kto odbierze telefon za niego. Warto też po prostu sprawdzić, gdzie fizycznie (a właściwie geograficznie) znajduje się osoba, do której dzwonimy. Ponieważ w obszarze nauk ścisłych czy medycznych większość czasopism i tak jest anglojęzyczna, lokalizacja biura redakcji (o ile w ogóle jest jakieś biuro) nie ma większego znaczenia aż do momentu, gdy chcemy zadzwonić. Zdarzyło mi się odebrać telefon od pomagającej mi astronomki z USA w środku nocy, gdyż znajoma zapomniała, że gdy ona relaksuje się na porch (werandzie) po pracy o 18:00, u mnie jest 3:00. Autorzy z Szanghaju potrafią dzwonić o 7:00 (u nich jest 13:00), gdy jadę właśnie do pracy na rowerze. Niektóre redakcje praktykują dyżury (np. na MS Teams lub GoogleMeet) i jeśli sprawa nie jest pilna, warto skorzystać z tej opcji – to instytucja zbliżona charakterem do konsultacji na uczelni, tyle że wirtualna.

Jeśli chcemy spytać o konkretny artykuł, dobrze jest sprawdzić w korespondencji redakcji z nami, czy manuskryptowi nie nadano jakiegoś identyfikatora – numeru lub kombinacji cyfr i liter (nie chodzi tu o numer DOI, który jest przydzielany w momencie publikacji). Jeśli tak, podajemy ten właśnie identyfikator, gdyż tylko on jest unikalny. Systemy do zarządzania manuskryptami umożliwiają wprawdzie także wyszukiwanie po tytule lub nazwiskach autorów, ale jest to bardziej czasochłonne. Dlaczego? Tytuły artykułów naukowych bywają z jednej strony rozbudowane, z drugiej podobne do siebie w obrębie jednego obszaru tematycznego, a z trzeciej trudne do wymówienia i zrozumienia przez telefon. Nazwiska także mogą się powtarzać i również łatwo je przekręcić. Moje nazwisko wydaje się proste, a nie zliczę, ile razy i na jakie sposoby było przekręcane (a nawet brane za pseudonim). Angielska ortografia i wymowa nie są proste, mogą się takie wydawać, jeśli mamy z tym językiem do czynienia od dziecka, ale w rzeczywistości tak nie jest i łatwo coś źle wymówić, przez co dane słowo czy sformułowanie stanie się niezrozumiałe. Natomiast kilkucyfrowy numer lub kombinację znaków przypominającą numer rejestracyjny samochodu można łatwo przekazać, nawet jeśli jakość połączenia nie jest najlepsza. Lepiej też nie liczyć na dobrą pamięć redaktora i oczekiwać, że będzie pamiętał nasz artykuł. Nawet w mniejszych czasopismach jeden redaktor ma jednocześnie pod opieką kilkadziesiąt artykułów. Ponadto redaktor językowy czyta cały artykuł dopiero na etapie obróbki lingwistycznej i wcześniej ma z nim do czynienia tylko przy wstępnej weryfikacji, gdy tylko skanuje tekst wzrokiem pod kątem wymagań formalnych – trudno, żeby szczegółowo pamiętał całość czy kojarzył tytuł z treścią. Bez identyfikatora być może też uda się ustalić, o który artykuł chodzi, ale zajmie to znacznie więcej czasu.

* * *

Z pamięcią redaktora wiąże się też jeszcze jedna kwestia: nie należy się dziwić, że mimo rozmowy telefonicznej i tak zostaniemy poproszeni o przypomnienie się za pomocą e-maila, z dwóch powodów. Po pierwsze, aby został ślad na piśmie, aby można było w razie czego wrócić do sprawy. Po drugie, nie każdy dobrze radzi sobie z multitaskingiem i redaktor może chcieć się w ten sposób zabezpieczyć, aby nie zapomnieć o naszej prośbie ani jej nie przeinaczyć. Bardziej złożone sprawy lepiej opisać w korespondencji, maleje szansa na błąd przekazu lub zrozumienia.

Na koniec warto zaznaczyć, że poprawek tekstu, nawet drobnych, nigdy nie należy przekazywać telefonicznie, gdyż każda taka zmiana musi być udokumentowana. Ryszard Kapuściński dyktował z Afryki czy Ameryki Południowej przez trzeszczącą słuchawkę całe artykuły, są to czasy romantyczne, ale słusznie minione.

Wróć