logo
FA 11/2021 sedno sprawy

Edward Radosiński

Żądza pieniądza

Żądza pieniądza 1

Rys. Sławomir Makal

Zdaniem A. Oviedo-Garcii, priorytetem MDPI jest interes własny kosztem dobrych praktyk edytorskich i wydawniczych. Do takiego wniosku upoważnia zidentyfikowana przez nią skala samocytowań oraz cytowań z innych artykułów wydawanych pod egidą MDPI.

W prestiżowym, wydawanym przez Oxford Academic czasopiśmie „Research Evaluation” (IF – 3,434) ukazał się (11 sierpnia 2021 r.) artykuł Marii de los Angeles Oviedo-Garcii Journal citation reports and the definition of a predatory journal: The case of the Multidisciplinary Digital Publishing Institute (MDPI) z następującą konkluzją: opisane w artykule badania wskazują, że periodyki wydawane przez MDPI spełniają definicję wydawnictwa drapieżnego (predatory journal) podaną przez „Nature” (Grudniewicz et. al., „Nature” 2019, 576). Definicja „Nature” ma treść następującą: „Drapieżne czasopisma i wydawcy (Predatory journals and publishers) to podmioty, dla których priorytetem jest maksymalizowanie zysku własnego. Aby to osiągnąć, wydawcy ci stosują nierzetelne praktyki redakcyjne i wydawnicze, zasady ich działalności są nieprzejrzyste, w pozyskiwania artykułów stosują praktyki agresywnego i nieuczciwego marketingu”. Innymi słowy, zdaniem A. Oviedo-Garcii, priorytetem MDPI jest interes własny kosztem dobrych praktyk edytorskich i wydawniczych. Do takiego wniosku upoważnia zidentyfikowana przez A. Oviedo-Garcię skala samocytowań oraz cytowań z innych artykułów wydawanych pod egidą MDPI.

Swoje opinie autorka artykułu w „Research Evaluation” sformułowała na podstawie analizy 53 czasopism wydawanych przez MDPI, które są indeksowane przez Journal Citation Reports (JCRs). A zatem można uznać, że są to czasopisma, które na tle pozostałych, nieindeksowanych przez JCRs periodyków wydawanych przez MDPI reprezentują najwyższy poziom edytorski. Autorka publikacji w formułuje także zalecenie tej treści: „rekomenduję naukowcom, instytucjom edukacyjnym, zarządzającym bazami danych o publikacjach naukowych, aby zrewidowali relacje zawodowe z tego typu periodykami”.

Kryteria mogły zostać zaniżone

Przypomnijmy, że chiński koncern MDPI (MultiDisciplinary Digital Publishing Institute) specjalizuje się w wywieszaniu w sieci artykułów naukowych. Poza siedzibą główną (Bazylea, Szwajcaria) MDPI ma biura rozsiane po całym w świecie, także w Polsce, w Krakowie. W rankingu światowym firma ta jest piątym, mierząc liczbą wydanych publikacji, wydawnictwem naukowym. Natomiast w kategorii Open Access jest niekwestionowanym światowym liderem. W 2020 r. MDPI wydawało ok. 300 czasopism, z czego 71 miało przypisane Impact Factor. W tym samym roku otrzymało 381 tys. tekstów, z których opublikowano 165 tys., przy czym 96% wydanych artykułów jest dostępnych na Web of Science. Zgodnie z 2020 web.pdf (mdpi.com) średnie APC (Articles Processing Charge) wynosi 1700 dolarów, co pozwala oszacować roczne przychody MDPI z tego tytułu (2020 r.) na przekraczające 200 mln dol., p. Petrou, MDPIs Remarkable Growth, the Scholary Kitchen.

Powyższe dane świadczą, że MDPI jest jednym z najważniejszych graczy na rynku publikacji naukowych, dotyczy to także polskiego środowiska naukowego. Zgodnie z 2020 web.pdf (mdpi.com) w ogólnej puli artykułów wywieszanych przez MDPI udział tekstów o polskich afiliacjach wynosi 4%. Można zatem oszacować, że w roku 2019 polscy naukowcy wydali poprzez MDPI ok. 6 tys. tekstów, a transfery z budżetu polskiej nauki na rzecz firmy sięgają 10 mln dol. Czasopisma sygnowane przez MDPI są zwykle bardzo wysoko punktowane na liście czasopism naukowych opracowanej przez Komitet Ewaluacji Nauki, a zatwierdzonej przez Ministerstwo Edukacji i Nauki.

Artykuł i konkluzje Oviedo-Garcii nie są zaskoczeniem dla środowiska naukowego ze względu na liczbę tekstów akceptowanych do publikacji przez MDPI, jak i niebywałe tempo wzrostu tej liczby. Należy zwrócić uwagę na dynamikę działalności publikacyjnej MDPI: 2018 r. – 67 tys., 2019 r. – 108 tys., 2020 r. – 165 tys. artykułów, co daje tempo wzrostu zbliżone do 70% rok do roku. Dane te od dawna rodziły podejrzenia, że w przypadku co najmniej niektórych przedsięwzięć wydawniczych firmowanych przez MDPI kryteria naukowości, a tym samym akceptacji tekstów do publikacji, mogły zostać zaniżone.

W swoim artykule Oviedo-Garcia zwraca uwagę, że the Norwegian Register for Scientific Journals, Series, and Publishers obniżył ranking MDPI do 0, aby następnie podnieść go do jednego. Także w 2014 r. MDPI zostało umieszczone na słynnej liście Bealla. Po licznych odwołaniach zostało jednak z tej listy usunięte. Beall zawiesił publikowanie swojej listy ze względu na próby zastraszenia jej autora pozwami sądowymi.

Zajmowanie się problemem predatory journals nie jest zbyt bezpiecznym zajęciem, w końcu są to drapieżniki. Sam opublikowałem wcześniej artykuły: Punkty na sprzedaż (FA 3/2021), Uczelnie w czasach punktozy (FA 4/2021), Ewaluacja jednostek w środowisku punktozy (FA 7-8/2021). Publicznie wykazuję w nich, że określone wydawnictwa, cieszące się dużą popularnością wśród polskich naukowców, mogą spełniać kryteria, które pozwalają je zaliczyć do niechlubnego grona tzw. periodyków drapieżnych. W efekcie zostałem poddany działaniom defamacyjnym, w tym ostracyzmowi środowiskowemu oraz straszeniu pozwami sądowymi. Ale się nie skarżę, wiedziałem, co robię.

Tajemnice redakcji

Przypinając łatkę MDPI, należy jednak pamiętać, że określenie „predatory journal” było dotąd przypisywane przedsięwzięciom wydawniczym o charakterze wręcz przestępczym. Przykładowo grupa osób o luźnych lub żadnych powiązaniach ze światem nauki, kierując się wyłącznie chęcią zysku, organizuje fikcyjną konferencję naukową. Recenzje nadesłanych artykułów mają charakter iluzoryczny, a wszelkie dobre praktyki redakcyjne i wydawnicze – całkowicie ignorowane. Do jednego z organizatorów „fake conference” wysłałem zrandomizowany kolaż kilku swoich wcześniejszych artykułów z wplecionymi fragmentami regulaminu studiów macierzystej uczelni. Artykuł został przyjęty, a organizatorzy pogratulowali wysokiego poziomu naukowego – czekają na pieniądze. Podobny eksperyment został opisany przez „Nature”, p. Predatory journals recruit fake editor, 543, 481–483. Badacze, wśród nich Emanuel Kulczycki, skądinąd członek Komitetu Ewaluacji Nauki, wykreowali fikcyjnego naukowca, dr. O. Szusta, jako kandydata na Editora. Stopień akceptacji tej kandydatury przez redakcje czasopism naukowych, w tym indeksowanych przez the Directory of Open Access Journal (DOAJ), był zatrważający. Dla porządku należy zacytować, że wszystkie czasopisma indeksowane przez Journal Citation Reports (JCRs), a ujęte w puli badań przeprowadzonych przez Sorokowskiego et. al., zignorowały ofertę dr. O. Szusta jako kandydata na Editora.

Podzielam zdanie wielu, że działalność wydawnicza MDPI jest co najmniej kontrowersyjna. Mimo to uważam, że konkluzje zawarte w artykule Oviedo-Garcii są zbyt kategoryczne, choć oparte na bardzo szczegółowej analizie bibliometrycznej. Tak jak w twórczości filmowej są dzieła zasługujące na Oscara, filmy klasy A, a także klasy B, tak i w świecie nauki mamy wydawnictwa oscarowe, czyli listę filadelfijską, oraz bardzo szeroką paletę wydawnictw, w których próg akceptacji jest niżej ustawiony, ale teksty w nich zamieszczone wciąż, w mniejszym lub większym stopniu, spełniają kryteria naukowości. Bazując na własnym rozeznaniu, twierdzę, że MDPI przestrzega w stopniu co najmniej minimalnym podstawowych procedur redakcyjnych. Artykuły przechodzą przez tzw. double peer review, uwagi recenzentów są uwzględniane, a stopień odrzucenia tekstów jest całkiem wysoki. W przypadku najbardziej kontrowersyjnej formy działalności MDPI, jakimi są Special Issues, kluczową rolę odgrywa osoba Editor in Chief. Jeżeli jest to osoba o uznanym autorytecie naukowym, przykładająca się do pracy redakcyjnej, to special issue firmowane przez MDPI ma szansę być cennym tekstem naukowym. Niemniej wydawanie special issues w tempie dziewięciu dziennie, jak w przypadku periodyku „Sustainbility”, trudno uznać za fakt, nad którym można przejść do porządku dziennego. Skąd MDPI bierze do tajemniczej dziedziny, jaką jest „sustainability”, tyle wartościowych dla rozwoju nauki artykułów, pozostaje tajemnicą redakcji.

Zadanie dla KEN

Firma MDPI dba o transparentność działań – czy w stopniu wystarczającym, to kwestia dyskusji. W raporcie rocznym MDPI można znaleźć m.in. informacje o procencie tekstów odrzuconych z ogólnej puli nadesłanych, średniej wartości opłaty za publikację, jak i strukturze kosztów ponoszonych przez MDPI, p. 2020 web.pdf (mdpi.com). Według MDPI wydawca ten spełnia wszystkie kryteria sformułowane przez the Fair Open Access Alliance, instytucję monitorującą działalność firm wydających publikacje naukowe w formule Open Access.

Podsumowując, nie wydaje mi się, że jednym tekstem, nawet umieszczonym w piśmie o niekwestionowanym prestiżu naukowym, można jednoznacznie zdyskredytować prawie pół miliona artykułów, a co najmniej tyle dotychczas opublikowano pod egidą MDPI, jako pseudonaukę. Należy także pamiętać, że rynek wydawnictw naukowych w formule Open Access jest wart kilka, jeśli nie kilkanaście miliardów dolarów. Niezwykle ekspansywna polityka biznesowa MDPI połączona z agresywnym marketingiem musiała spowodować reakcję pozostałych graczy, którzy poczuli, że są wypychani z rynku.

Głos M. Angeles Oviedo-Garcii w formie artykułu Journal citation reports and the definition of a predatory journal: The case of the Multidisciplinary Digital Publishing Institute (MDPI) na temat jakości tekstów ukazujących się pod szyldem MDPI nie może jednak zostać zignorowany. W kontekście danych opublikowanych w „Research Evaluation” należy się zastanowić, czy rzeczywiście wszystkie periodyki MDPI zasługują na tak wysoki ranking w wymiarze punktów ewaluacyjnych. Ale to już jest zadanie dla Komisji Ewaluacji Nauki przy Ministerstwie Edukacji i Nauki.

Prof. dr hab. inż. Edward Radosiński, Katedra Badań Operacyjnych i Inteligencji Biznesowej, Politechnika Wrocławska

Wróć