logo
FA 11/2021 felietony

Piotr Müldner-Nieckowski

W sprawie podyplomowego stażu lekarskiego

Kiedy otrzymywałem dyplom lekarza, 52 lata temu (tak, tak!), miałem w Polsce 173 tysiące nowych kolegów, co dawało średnią 5,29 lekarza na 1000 mieszkańców. Dziś ocenia się, że mamy ledwie 2,4 lekarza na 1000. Tak podano w rankingu Organizacji Współpracy Gospodarczej i Rozwoju (OECD). Daje to nam miejsce gdzieś między Meksykiem a Turcją i Kolumbią i stawia naszą służbę zdrowia na szarym końcu cywilizowanego świata. Inne dane, oparte podobno na bardziej wiarygodnych metodach badań (GUS i Naczelna Izba Lekarska), mają wskazywać, że na 1000 osób przypada 3,7 lekarza, a więc kolegów miałbym 140 tysięcy. To nadal bardzo mało.

Odpowiednio wygląda sytuacja w szpitalach i poradniach. Lekarz, któremu nie podoba się praca w jednym miejscu, już w następnym dniu może sobie pracować gdzie indziej. Zapotrzebowanie na lekarzy jest olbrzymie, dlatego przy zatrudnianiu patrzy się w ich dokumenty raczej tylko ze względów czysto prawnych.

Stan, który zastałem w 1970 roku, był niewygodny z innych powodów niż ten dzisiejszy, bo ze względu na brak miejsc pracy, na skutek zbyt małej liczby łóżek szpitalnych, niewydolnych poradni i innych zakładów medycznych, do których stały niekończące się kolejki. Płacono lekarzowi asystentowi tyle co niewykwalifikowanemu robotnikowi budowlanemu. Minister zdrowia Jerzy Sztachelski oświadczył w latach 60., że (cytuję z pamięci) „lekarze sami się wyżywią, bo zawsze sobie dawali radę”, czyli (w domyśle) będą pracowali na paru etatach po 16 godzin na dobę, brali po 8 dyżurów miesięcznie i wyciągali rękę po łapówki. Oceniano, że pod względem korupcji lekarze znajdują się na trzecim miejscu (po sędziach i prokuratorach). Nie zmieniało to faktu, że z kolei w rankingach szacunku społecznego występowali na pierwszym miejscu (przed profesorami uniwersytetu i dyrektorami fabryk).

Dziś trochę to się poprzewracało, bo jak donosi Business Insider, na pierwszym miejscu są strażacy, na drugim pielęgniarki, potem robotnicy, górnicy, a profesorowie uniwersytetu przegonili szóstych lekarzy. Ci jednak szybko wspinają się na szczyt listy płac, daleko przed profesorów. Ta zmiana jednak nie powoduje powrotu lekarzy z zagranicy, dokąd wręcz masowo w latach 90. uciekli.

Władze od dawna doskonale zdają sobie sprawę z konieczności szybkiego przywrócenia prawidłowej liczebności lekarzy, przynajmniej do stanu z roku 1970, a który obecnie występuje w najlepszych pod tym względem służbach zdrowia na świecie, tj. w Austrii i Norwegii. Sytuacja jest niewesoła, ponieważ uczelnie medyczne muszą dysponować sporą i drogą bazą laboratoryjno-dydaktyczną i szpitalną, co znacznie utrudnia uruchamianie medycyny na kolejnych uczelniach i „produkcja” lekarzy wciąż jest za mała.

Poziom nauczania teorii medycyny zawsze był w Polsce bardzo wysoki i nowe wydziały lekarskie starają się tę tradycję kontynuować. Podobnie powinno być ze stażem podyplomowym. Część praktycznolekarska nauki z konieczności od dwóch stuleci jest realizowana poza uczelnią, w „zwykłych” zakładach zdrowia. Wkuwanie teorii jest bardzo praco– i czasochłonne, trwa 6 lat. Potem następuje 13-miesięczna podstawowa edukacja w zakresie praktyki zawodowej („od zastrzyku po decyzje co do życia”), która trwa między wręczeniem dyplomu lekarskiego a uzyskaniem pozytywnego wyniku LEK-u (Lekarskiego Egzaminu Końcowego). Lekarz przecież musi nie tylko wiedzieć, ale i umieć to wszystko robić…

Okres ten, zwany stażem, ma ściśle określony program. Teraz nauczycielami już nie są pracownicy uczelni. Stają się nimi lekarze praktycy w szpitalach, poradniach, laboratoriach. Teraz oni są mentorami młodych lekarzy. Wprowadzają w hermetyczny świat medycyny, ten owiany tajemnicą, w którym swoje miejsce może znaleźć tylko ktoś, kto ma za sobą rozległe studia.

Do działania lekarskiego konieczne jest nabycie umiejętności posługiwania się wiedzą, ponieważ każda decyzja lekarska (powtarzam: każda!) jest zawsze jedyna. Wyjątkowa. Każda musi być przemyślana, oparta na setkach błyskawicznych skojarzeń, ogromnej pamięci, intuicji, doświadczeniu (na stażu przekazywanym przez mentorów), rozeznaniu co do konkretnego przypadku i zgodności z aktualnie obowiązującą nauką oraz etyką. Zawsze istnieje jakiś szczegół, który dany przypadek czyni wyjątkowym. Ignorant czy (ładniej) laik medyczny nigdy do końca sobie z tym nie poradzi, natomiast lekarz musi to czynić perfekcyjnie. Lekarza nie zastąpi żadna wiedza internetowa ani zasięgnięta u innego pacjenta.

I właśnie staż podyplomowy jest tym genialnym sposobem na dobrą medycynę. Uczy wiązania teorii lekarskiej z praktyką. To fascynujący okres wtajemniczania się i dojrzewania. Lekarz dokonuje wtedy w swym umyśle metodologicznego ujednolicenia wiedzy, przekształcenia jej w poręczne, niezawodne narzędzie bycia i życia.

Już raz, w roku 2011, minister Ewa Kopacz, notabene lekarka, zlikwidowała staże. Na szczęście mądra Naczelna Rada Lekarska i mądry minister zdrowia w 2015 przywrócili je polskiej medycynie, co było tym bardziej logiczne, że zniesienie stażów nie zwiększyło liczby lekarzy.

Ostatnio znowu się słyszy, że ktoś, aby przyspieszyć przyrost liczby lekarzy gotowych do pracy i z powodu braku miejsc stażowych, wpadł na wątpliwy pomysł ponownej likwidacji stażu. Znowu są ostre protesty lekarzy starych i młodych, w tym Rady Lekarskiej. Znowu protestuję razem z nimi.

e-mail: lpj@lpj.pl

Wróć