logo
FA 11/2021 okolice nauki

Tomasz Kłusek

Propedeutyka poezji Miłosza

Propedeutyka poezji Miłosza 1

Zapewne nie bardzo zbłądzi, kto stwierdzi, że to książka, na którą czekano czterdzieści lat. W 1982 roku ukazała się w serii „Biblioteka Analiz Literackich” WSiP praca Bożeny Chrząstowskiej Poezje Czesława Miłosza. Później jeszcze dwukrotnie wznawiano tę popularyzatorską monografię. Wciąż jednak brakowało innej tego rodzaju syntezy, która stanowiłaby swoistą propedeutykę poezjowania naszego noblisty. Były inne próby, ale zawsze obciążone przerostem funkcji interpretatorskich nad analitycznymi lub, co jeszcze gorsze, niezbyt nawet skrywanym zideologizowaniem wywodu. Książka Chrząstowskiej, choć wydana w początkach stanu wojennego, wolna była przynajmniej od tych wad. Miała natomiast inne, a przede wszystkim zbyt silny akcent położony na kwestie dydaktyki literatury kosztem zagadnień teoretycznoliterackich. Była to książka przeznaczona nie tyle dla bezinteresownych miłośników liryki, co dla nauczycieli i uczniów, a uwikłania pedagogiczne zawsze pomniejszają bezinteresowność lektury.

Książka Lecha Giemzy, w przeciwieństwie do Chrząstowskiej, oferuje rzecz, która ma być nie tyle pomocą dydaktyczną w procesie kształcenia polonistycznego, ile raczej zaproszeniem admiratora poezji do czytania wierszy Miłosza. Zaproszeniem, bo niestety „klasycznieje” nam Miłosz coraz bardziej. O ile wcześniejsze pokolenia sięgały do dzieł autora Gucia zaczarowanego niezależnie od szkoły, a zdarzało się, że i wbrew niej, szukając niepowtarzalnych doznań estetycznych, wskazań moralnych, usensownienia egzystencji, to dzisiaj jest zupełnie inaczej. Szkoła niejako narzuca Miłosza, a obdarzeni wrażliwością poetycką szukają spełnienia swych potrzeb u innych liryków. Lech Giemza zdaje się mówić, że nikt i nic nie zastąpi samodzielnej lektury, w przysłowiowych czterech ścianach, z dala od zgiełku sal lekcyjnych i wykładowych. Czytanie poezji jest nade wszystko aktem indywidualnego spotkania z dziełem. Pięknie pisał o tym Roman Ingarden.

Miłosz jest poetą, który ma wiele do powiedzenia. Zwłaszcza dziś, w trudnym czasie pogłębiającego się chaosu i coraz bardziej widocznych oznak uwiądu tych form cywilizacji, które przez setki lat odgrywały w świecie pierwszorzędną rolę. Przez swój pesymizm w porządku indywidualnym i katastrofizm w społecznym. Dalej, przez niepoddawanie się oraz – jednak przecież – religijność. W końcu też: „Ustawiczne, konsekwentne poszukiwanie sensu, wbrew ideom XX wieku, wbrew rozpaczy…”. Homo inquietus (termin Stefana Symotiuka) doby obecnej łatwo odnajdzie siebie w antynomiach poezji Miłosza: religijność bez religii, awangardowy klasycyzm i kosmopolityzm łaknący swego „zaścianka”.

Praca Lecha Giemzy jest rzeczą dla wszystkich i wybranych jednocześnie. Dla wszystkich, bo napisana w sposób prosty, pozbawiona naleciałości naukowego żargonu, skonstruowana od początku do końca na sposób – powiedzmy – zdroworozsądkowy. Dla wybranych, bo jednak dla tych, którzy pozytywnie odpowiedzieli niegdyś na zaproszenie Euterpe i teraz w liryce szukają odpowiedzi na nurtujące ich pytania. Idealnym odbiorcą tomu będzie nie koneser, „miłoszolog”, choć i on zapewne znalazłby coś dla siebie, lecz admirator poezji, początkujący lub taki, któremu do tej pory z Miłoszem nie było po drodze. Zaopatrzywszy się w wybór wierszy poety, należy przystąpić do lektury „Rzeki, która cierpi”. Własne przemyślenia konfrontować z komentarzami do poszczególnych wierszy. Po co to wszystko? Choćby po to, żeby „wymodelować postawę moralną jednostki tak, aby zdolna była wytrzymać ciśnienie destrukcyjnych procesów historii” i jeszcze, aby odpowiedzieć na pytanie: „Jak znieść cierpienie, jak przetrzymać klęski niesione przez czas «pożaru świata», aby zachować godność?”. W tej uwadze Krzysztofa Dybciaka odnoszącej się do Żagarystów rysuje się odpowiedź na pytanie o sens czytania Miłosza i książek takich, jak ta.

Tomasz Kłusek

Lech GIEMZA, „Rzeka, która cierpi”. O poezji Czesława Miłosza, Instytut Literatury, Kraków 2021, seria: Biblioteka Krytyki Literackiej.

Wróć