logo
FA 11/2021 sedno sprawy

Jolanta Szczepaniak

Czy w ministerialnym wykazie są drapieżne konferencje?

Czy w ministerialnym wykazie są drapieżne konferencje? 1

Rys. Sławomir Makal

Gwałtowny rozkwit drapieżnych wydawców pojawił się tam, gdzie system szkolnictwa wyższego kładł nadmierny nacisk na publikowanie i przewidywał gratyfikacje dla naukowców za liczbę publikacji lub wystąpień, a nie za ich jakość.

Drapieżne konferencje mają wiele wspólnego z drapieżnymi czasopismami – istnieją dla zysków. Pojawiają się w każdej dziedzinie nauki, a ich organizatorzy operują w każdej części świata. Ich celem jest osiągnięcie jak największego zysku poprzez zapełnienie jak największej liczby sesji, dlatego konferencje nie skupiają się na określonym zagadnieniu czy temacie, są kierowane do jak najszerszej publiczności.

Istnieje wiele wyznaczników drapieżnych konferencji. Przede wszystkim nie są one organizowane przez towarzystwa lub instytucje naukowe (ani inne jednostki przy nich afiliowane), ale przez firmy, które wyspecjalizowały się w organizowaniu tego typu wydarzeń. Ich celem nie jest akademicka debata czy prezentacja naukowych treści, tylko profit. W praktyce drapieżne konferencje organizowane są bez dbania o poziom naukowy wydarzenia, chodzi tylko o zebranie opłat rejestracyjnych oraz opłat za pokonferencyjne publikacje, które, tak jak w przypadku drapieżnych czasopism, nie są poddawane zabiegom redakcyjnym oraz rzetelnemu procesowi recenzyjnemu.

Dear Professor/Author/Researcher

Podobnie jak w przypadku drapieżnych czasopism, wabienie prelegentów odbywa się poprzez maile. Zaproszenia niekoniecznie dotyczą dziedziny, w której działa uczony, mogą też być pełne dziwnych zwrotów i błędów, ukrywać informacje o organizatorze i nachalnie zachęcać do zgłoszenia udziału, wystąpienia lub współorganizowania konferencji. Jeden z badaczy w ciągu roku otrzymał na swoją skrzynkę ponad dwieście zaproszeń na fałszywe konferencje odbywające się głównie w Europie, Ameryce Północnej i Azji od 18 różnych firm. Co więcej, bez zgody i wiedzy zainteresowanych organizatorzy drapieżnych konferencji posługują się danymi i zdjęciami badaczy, a na stronach internetowych umieszczają logotypy popularnych, renomowanych instytucji (np. Royal Society of Chemistry).

Drapieżne konferencje niejednokrotnie „podszywają się” pod spotkania o wysokim standardzie, a ich nazwy są łudząco podobne do cyklicznych konferencji organizowanych przez prestiżowe instytucje naukowe. Czasami nazwa konferencji różni się jedynie interpunkcją, na przykład myślnikiem, i łatwo to przeoczyć, stając się ofiarą drapieżnika. Celowo nazwy konferencji tworzone są tak, by uzyskać taki sam akronim, jakim posługują się legalne konferencje, np. International Conference on Artificial Neural Networks (ICANN), konferencja organizowana przez European Neural Network Society, kontra International Conference on Advanced Neuroengineering and Neuroimaging organizowana przez drapieżną organizację WASET. Firmuje ona też 15. International Conference on Traffic and Transport Psychology (ICTTP), o czym ostrzega organizator oryginalnej konferencji ICTTP, VTI (Swedish National Road and Transport Research Institute). Wkrótce przyjmie się pewnie termin „hijacked conferences” na kształt tzw. porwanych czasopism.

Jak rozpoznać drapieżne konferencje?

To, czy ma się do czynienia z drapieżną konferencją, uczestnik jest w stanie ocenić w stu procentach podczas jej trwania, oceniając niską jakość spotkań, słabą organizację, wątpliwą wartość dla nauki oraz niską jakość pokonferencyjnych materiałów. Przyjmowane są bowiem wszelkie nadesłane (i opłacone) teksty, następnie publikowane z pominięciem procesu recenzyjnego. Ma to swoje uzasadnienie – wielu organizatorów drapieżnych konferencji zaczynało jako drapieżni wydawcy. Badając to zjawisko, jeden z dziennikarzy zgłosił na konferencję propozycję wykładu pt. The Biomechanics of How Pigs Fly. Organizator tekst zaakceptował, twierdząc, że uzyskał pozytywną recenzją naukową, wystarczyło tylko wnieść opłatę konferencyjną w wysokości 999 dolarów. Inny badacz zgłosił tekst napisany przez wybieranie losowych słów podawanych przez funkcję autouzupełniania w iPhone’ie na International Conference on Atomic and Nuclear Physics, konferencję organizowaną przez OMICS Group. W ciągu trzech godzin od zgłoszenia tekst został zaakceptowany.

Co ważniejsze, organizatorzy drapieżnych konferencji ukrywają swoją prawdziwą tożsamość i prawdziwą lokalizację siedziby, aby nie dało się zbyt łatwo wyśledzić czysto komercyjnego charakteru przedsięwzięcia. A gdy ich drapieżny charakter zostanie ujawniony, następuje zmiana nazwy, pojawia się nowa domena i wszystko działa dalej. Przykładowo jeden z największych drapieżników, działający w środowisku naukowym, OMICIS Group, wykorzystywał cztery marki, pod skrzydłami których organizowane były konferencje: Conference Series, Pulsus Group, EuroSciCon i Life Science Events. Jeśli te marki zostaną „spalone”, w ich miejsce po prostu stworzone zostaną nowe. Inny zidentyfikowany organizator drapieżnych konferencji, American Society for Research (ASR), który w praktyce był komercyjną firmą z Chin, po zdemaskowaniu kontynuował organizowanie konferencji jako Asian Society for Researchers. Dlatego lepiej nie przyjmować zaproszenia na International Conference on Educational and Information Technology (ICEIT), za której organizację rzeczona firma odpowiada.

Jedną z firm, które zdominowały rynek drapieżnych konferencji, jest WASET (World Academy of Science, Engineering and Technology), którego harmonogram zaplanowany jest na najbliższych kilka lat. W praktyce danego dnia nie odbywa się jeden „event”, ale tysiące konferencji z różnych dyscyplin. W 2020 roku WASET zorganizował 313.745 konferencji, czyli średnio 857 dziennie, w bieżącym roku mają odbyć się 343.283 konferencje (941 dziennie), a w 2022 roku zaplanowano 345.063 konferencje (945 dziennie). Nie wiadomo, ile rocznie odbywa się drapieżnych konferencji, ale badacze zakładają, że liczebnie znacznie przewyższają te wiarygodne, organizowane przez faktyczne instytucje naukowe.

Kryteria do zidentyfikowania drapieżników

Ale ważniejsze jest, by taką konferencję rozpoznać, zanim uiszczona zostanie opłata za udział, aby ostatecznie nie tracić czasu ani pieniędzy. Już kilka lat temu zaproponowano zestaw kryteriów, które sprawdzają się podczas identyfikowania drapieżnych konferencji. Nie mamy tu jednak do czynienia z amatorami, drapieżniki w środowisku naukowym potrafią się coraz lepiej kamuflować. Przez to skala funkcjonowania drapieżnych konferencji jest trudna do oszacowania, a granice między wiarygodnymi a drapieżnymi konferencjami się zacierają.

Dlatego nie można twierdzić, co często pojawia się w literaturze, że drapieżne konferencje są problemem tylko dla niedoświadczonych, młodych naukowców. Wobec profesjonalnie wyglądających stronach internetowych, wypełnionych nazwiskami prominentnych badaczy i prestiżowymi logotypami, nie zawsze łatwo odróżnić fałszywą konferencję od prawdziwej.

Nie wszyscy są ofiarami

Nie można też nie brać pod uwagę, że autorzy celowo publikują w drapieżnych czasopismach i biorą udział w drapieżnych konferencjach, zdając sobie sprawę z ich charakteru. Gwałtowny rozkwit drapieżnych wydawców pojawił się tam, gdzie system szkolnictwa wyższego kładł nadmierny nacisk na publikowanie i przewidywał gratyfikacje dla naukowców za liczbę publikacji lub wystąpień, a nie za ich jakość. Poniżej opisano przykłady z kilku państw azjatyckich.

Sytuacja miała miejsce choćby w Indiach. W 2010 roku University Grants Commission (UGC), główna instytucja odpowiedzialna za wyznaczanie i utrzymanie standardów kształcenia i badań naukowych w sektorze szkolnictwa wyższego w Indiach, zaczęła oceniać naukowców na podstawie wskaźnika Academic Performance Index (API), opierającego się na liczbie publikacji. Natomiast w 2013 roku powstała regulacja, według której doktoranci muszą przedstawić minimum dwie publikacje, zanim otrzymają doktorat. Postawiono na ilość, a za kryterium naukowości czasopisma uznano posiadanie przez nie numeru ISSN. Otworzyło to drogę do korupcji i rozwoju fałszywych czasopism. Po latach działania dziurawego systemu, wskutek nacisków środowiska akademickiego zatrwożonego liczbą pseudonaukowych czasopism, w których publikowali indyjscy badacze, UGC przygotowała tzw. białą listę czasopism – UGC Approved List of Journals. Opublikowano ją w 2017 i obejmowała 32.659 tytułów. W 2018 roku usunięto z niej 4.305 drapieżnych czasopism. Z kolei od 2019 roku obowiązującą listą dla indyjskich naukowców jest UGC-CARE List of Quality Journals.

W 2016 roku w Turcji wprowadzono nową politykę wsparcia finansowego dla badaczy tureckich (Ex-post funding system, EPFS), w której wynagradzano naukowców w zależności od liczby publikacji i wystąpień na konferencjach. W jednym z badań zanalizowano liczbę referatów tureckich autorów wygłoszonych na potencjalnie drapieżnych konferencjach w ciągu dwóch lat przed wprowadzeniem nowego systemu i dwóch lat po jego wprowadzeniu. Okazało się, że liczba referatów wygłaszanych na „wątpliwych” konferencjach wzrosła zaskakująco (z 49 w latach 2014-2015 do 408 w latach 2016-2017). Innymi słowy, po wdrożeniu nowego systemu finansowania nastąpił 732-procentowy wzrost liczby publikacji, którego nie można wytłumaczyć wzrostem liczby badaczy.

W Korei Południowej naukowcy nie dostaną rządowego dofinansowania, jeśli chcą brać udział w drapieżnych konferencjach. Wnioskując o fundusze i granty rządowe na zagraniczne konferencje badacze muszą wypełnić wniosek, rozpatrywany przez recenzentów z Koreańskiej Narodowej Fundacji Badań (National Research Foundation of Korea, NRF). Oceniana jest w ten sposób naukowa wartość (i potencjalnie drapieżny charakter) imprezy. Działanie to jest pokłosiem analizy udziału koreańskich naukowców – ponad 1300 osób z czołowych państwowych uczelni – w konferencjach organizowanych przez największych drapieżników: WASET i OMICS. Koreański rząd zapowiedział nawet ewentualne działania dyscyplinarne oraz żądanie zwrotu środków na badania od osób, które wielokrotnie i celowo biorą udział w fałszywych konferencjach, czego konsekwencją może być niewłaściwe prowadzenie badań.

Czarna lista drapieżnych konferencji

Niestety nie ma oficjalnej listy fałszywych konferencji, czyli czegoś na kształt Listy Bealla, która pomogłaby naukowcom zdecydować, czy wziąć udział w danym wydarzeniu. Dlaczego nikt się tego nie podjął? Przyczyn jest wiele, zaczynając od ustalenia obiektywnych kryteriów oceny wiarygodności poszczególnych imprez. Nie zawsze rozpoznanie drapieżnych konferencji jest możliwe na postawie informacji zawartych na stronie. Praktycznie nie ma białych list (oprócz CORE), które pozwoliłyby oceniać wiarygodność i wykluczyć drapieżne wydarzenia organizowane w każdej dziedzinie nauki. W obu przypadkach – białych i czarnych list – wymagana byłaby ciągła aktualizacja danych i linków oraz stała weryfikacja jakości materiałów konferencyjnych pod względem nietypowych zmian w liczbie publikacji czy afiliacji autorów. Podobnie bowiem jak w przypadku drapieżnych czasopism konferencja dopiero z czasem może nabrać drapieżnego charakteru. Dodajmy do tego fakt, że jedne konferencje mogą łączyć się z innymi albo być przez nie wchłaniane oraz zmieniać nazwy i akronimy.

Przykład wymienionych archiwalnych źródeł, których autorzy starali się walczyć z drapieżnikami, pokazuje, że twórca takiej bazy byłby narażony na pozwy ze strony drapieżnych firm oraz na ostrą krytykę ze strony środowiska naukowego. Wspomina o tym sam Jeffrey Beall zaskoczony tym, do jakiego stopnia badacze, którzy publikowali w jednym lub kilku czasopismach drapieżnego wydawcy, stawali się jego największymi obrońcami.

Brak źródeł do weryfikowania drapieżnych konferencji

Przy weryfikacji konferencji warto skorzystać z serwisu Think Check Attend (https://thinkcheckattend.org/check/) – to międzynarodowa inicjatywa, której celem jest udzielanie wskazówek i pomoc naukowcom przy wyborze zaufanych konferencji, w których będą uczestniczyć i prezentować swoje badania. Świetnym rozwiązaniem są rankingi zweryfikowanych konferencji naukowych. Chodzi przede wszystkim o CORE Conference Portal (The Computing Research and Education Association of Australasia), zbierający informacje o konferencjach z dziedziny informatyki. Jeśli dana konferencja jest w nich indeksowana, potwierdza to jej wiarygodność. Niestety tego typu białych list jest niewiele.

Innym sposobem weryfikacji są czarne listy, zbierające informacje o wątpliwej jakości konferencjach oraz ich organizatorach. Nie jest ich jednak wiele, np. Kscien Predatory Conferences. W przeszłości funkcjonowało kilka zestawień oraz blogów informujących i ostrzegających przed drapieżnymi konferencjami (np. Roth’s List (lub Caltech list), Dolos list, http://fakeconferences.blogspot.com/, http://www.scamorama.com/conferences.html lub http://bogus-conferences.blogspot.com/), ale obecnie można je znaleźć tylko w archiwach internetu. Przyczyn zakończenia ich działalności można się tylko domyślać. Dobrym rozwiązaniem jest korzystanie z list drapieżnych wydawców (np. z krążących po sieci i aktualizowanych list Bealla), które w większości przypadków obejmują też firmy organizujące drapieżne konferencje.

Na czym opiera się ministerialny wykaz materiałów z konferencji?

Nie tylko wyróżnia publikacje konferencyjne z informatyki, ale opiera się też na dwóch specjalistycznych bazach: DBLP Computer Science Bibliography oraz The Computing Research and Education Association of Australasia (CORE). Pierwsze z tych źródeł uchodzi w środowisku za miarodajne i jest regularnie aktualizowane, jednak co do drugiego można mieć pewne zastrzeżenia. Przede wszystkim w związku z obszarem działalności członków i użytkowników CORE, który skupia się na regionie Pacyfiku i konferencjach w takich krajach jak USA, Azja, Australia i Nowa Zelandia. I nawet w związku z tym konferencje z tych państw oceniane są wyżej niż konferencje europejskie. Co jest zupełnie zrozumiałe, skoro CORE ma rekomendować wartościowe czasopisma i konferencje społeczności naukowej Australazji. Ale większy problem widać w kwestii aktualności danych.

Lista konferencji ujętych w wykazie – opierająca się na edycji CORE2018 – już jest zdezaktualizowana. Wystarczy porównać ją z edycją najnowszą, tj. CORE2021. Wersja sprzed trzech lat liczy 1631 pozycji, podczas gdy bieżąca – 977 konferencji.

Z różnych względów z bazy CORE usunięto kilkaset pozycji, jednak w polskim wykazie nie zostało to zaktualizowane. Tymczasem, analizując poszczególne pozycje w wykazie, ustalono, że 632 konferencje połączyły się z innymi, zakończyły już swoją działalność lub nie zostały znalezione (brak ich w edycji CORE2021), otrzymały status not found lub discontinued. Znaleziono też 100 konferencji, które są w wykazie CORE2018, ale zostały usunięte w edycji CORE2020 lub CORE2021 z uwagi na tematykę (dotyczą matematyki, edukacji, inżynierii, zarządzania, bibliotekoznawstwa i in.) albo są konferencjami multidyscyplinarnymi. Dodatkowo z wykazu usunięto 19 konferencji, co do których pojawiły się uwagi związane z jakością recenzji (brak opisanego procesu recenzyjnego, recenzowanie tylko abstraktów, nieudostępnianie materiałów konferencyjnych i in.). W związku z tym aktualny wykaz powinien liczyć około 900 pozycji, a nawet więcej, uwzględniając nowo dodane konferencje, które pojawiły się w CORE2021.

Czy konferencje w ministerialnym wykazie są wolne od drapieżników?

Wracając jednak do wykazu w obecnej postaci, jest kilka konferencji, co do których można mieć podejrzenia o drapieżny charakter. Głównie z uwagi na to, że ich organizatorzy wymienieni zostali wśród potencjalnie drapieżnych wydawców na liście Bealla. Dotyczy to na przykład konferencji organizowanych przez IBIMA Publishing (np. International Business Information Management) [pisał o tym E. Radosiński w numerach FA 3, 4 i 7-8/2021 – red.], WSEAS (np. FIRA Robot World Congress) oraz IARIA (np. International Conference on Internet Monitoring and Protection, International Conference on Mobile Ubiquitous Computing, Systems, Services and Technologies czy International Conference on Digital Society). Z rozwagą należy też wybierać konferencje organizowane przez American Council on Science and Education (https://americancse.org/, https://www.american-cse.org/) w wykazie np. International Conference on Parallel and Distributed Processing Techniques and Applications oraz pod „marką” WORLDCOMP (tj. World Congress in Computer Science, Computer Engineering, and Applied Computing). W istocie stoi za nimi Hamid Arabnia, profesor z University of Georgia, któremu kilka lat temu zarzucano organizowanie lipnych konferencji w celu wzbogacenia się. Oczywiście konferencji, za którymi stoją potencjalnie drapieżni wydawcy i drapieżni organizatorzy może być więcej, w przypadku każdej należałoby ustalić, jaka organizacja faktycznie stoi za zorganizowaniem wydarzenia. Jednak nie zawsze wyłuskanie potrzebnych faktów jest proste, a drapieżne podmioty mogą ukrywać się pod szyldem wiarygodnie brzmiących organizacji.

Niepokojąca jest też skala, z jaką drapieżni organizatorzy, zwłaszcza WASET, kradną nazwy i akronimy konferencji. Po wpisaniu zapytania w Google wiarygodne konferencje wielokrotnie lądowały na dalszych pozycjach listy wyników, natomiast na pierwszych znajdowały się linki do potencjalnie drapieżnych wydarzeń o identycznych tytułach, których organizatorem jest World Academy of Science, Engineering and Technology. To pokazuje, że w wykazie warto dostarczyć dodatkowych informacji o danej konferencji, np. nazwa organizatora, linki do bieżącej konferencji czy przeszłych edycji itp. W przypadku czasopism naukowych dodatkowym weryfikatorem jest ISSN, zaś w przypadku konferencji trzeba opierać się tylko na nazwie i akronimie, a to za mało.

Głównym powodem, dla którego drapieżne konferencje stały się tak dużym problemem, jest to, że naukowcy i instytucje w zasadzie nie robią wiele, aby rozwiązać ten problem. Podejmuje się niewiele działań, aby ostrzec przed nimi naukowców oraz odradzić udział w tego typu wydarzeniach lub pomoc w ich organizacji. Co więcej, powiązania między drapieżnymi organizatorami konferencji a drapieżnymi wydawcami są powszechne, a referaty konferencyjne są akceptowane do publikacji w czasopismach drapieżnych za dodatkową opłatą. Niestety wielu badaczy postrzega takie możliwości publikacji jako bonus, a nie problem.

Jolanta Szczepaniak, redaktor i kierownik zespołu Wydawnictwa Politechniki Łódzkiej

Wróć