logo
FA 11/2021 życie naukowe

Zbigniew Drozdowicz

Być recenzentem

Być recenzentem 1

Fot. Stefan Ciechan

Niejednokrotnie do kierowanego przeze mnie wydawnictwa trafiały recenzje monografii, które charakteryzowały się nie tylko znaczną lapidarnością, ale także ogólnikowością, a jeśli już pojawiały się w nich krytyczne uwagi, to dotyczyły kwestii drugorzędnych lub wręcz marginalnych.

Życie akademickie dostarcza tak wielu okazji do grania roli recenzenta, że mało który akademik w niej nie występował. Rzecz jasna jednym wychodzi ona lepiej, innym nieco gorzej, a jeszcze innym tak, że pojawia się pytanie: kto i po co powierzył im te role? Takie recenzje bowiem więcej mówią o brakach w kompetencjach recenzenta niż o wartości opiniowanych osiągnięć. Są one jednak niejednokrotnie traktowane poważnie i mają wpływ na sytuacje zawodowe opiniowanych osób.

Procedury awansowe

Przez okres kilkudziesięciu lat funkcjonowania w środowisku akademickim byłem wielokrotnie opiniowany przez różnego rodzaju recenzentów i występowałem w roli recenzenta w różnego rodzaju procedurach awansowych i wydawniczych. Sporo się w tym czasie zmieniło, jeśli chodzi o zasady powoływania recenzentów i ich rozliczania z wykonania obowiązków. Miałbym poważne wątpliwości, jak odpowiedzieć na pytanie: czy obecne przepisy i sposoby ich egzekwowania doprowadziły do całkowitego wyeliminowania recenzentów niekompetentnych lub po prostu myślących głównie o tym, jak znaleźć niedoskonałości w osiągnięciach opiniowanych osób. Skłonny jestem jednak się zgodzić, że ograniczyły one w pewnej mierze środowiskową patologię, jaką było powoływanie recenzentów na tzw. zamówienie. W jednym przypadku oznaczało to oczekiwanie na recenzję zdecydowanie pozytywną, natomiast w innym na zdecydowanie negatywną. Wybór takich recenzentów nie był i nie jest specjalnie trudny, bowiem środowisko akademickie na ogół ma niezłe rozeznanie, u kogo odpowiednią recenzję można zamówić. Dzisiaj jest to o tyle trudniejsze, że przynajmniej w procedurach awansowych recenzenci są „z komputera”, jeśli tak można powiedzieć o ich losowaniu z grupy specjalistów w danej dyscyplinie. Jednak listę ktoś musi sporządzić. Co więcej, w niektórych dyscyplinach wysokiej klasy specjalistów jest tak niewielu, że do listy trzeba dopisać takich, których jedynie przy dosyć swobodnym traktowaniu kwalifikacji można na niej umieścić. Dobrze jeszcze, jeśli taki recenzent braki w kwalifikacjach próbuje przysłaniać ogólnikowymi wątpliwościami. Znacznie gorzej, gdy mimo tych braków formułuje jednoznacznie negatywne oceny.

Na rozstrzygnięcie procedury istotny wpływ mogą mieć, i niejednokrotnie mają, również opinie osób, które są jedynie członkami zespołu ds. stopnia lub naukowego tytułu. Mają one jednak uprawnienia do wyrażania opinii w dyskusjach nad procedowanym wnioskiem oraz udziału w głosowaniu o jego oddalenie lub dopuszczenie do dalszych etapów. Raczej nie oczekuje się od nich, że będą dublerami recenzentów i to takimi, którzy dokonają istotnej korekty ich opinii. To, że do takiej roli czasami pretendują, a nawet decydują się na napisanie negatywnej opinii o osiągnięciach kandydata do stopnia doktora habilitowanego lub profesorskiego tytułu, może być zarówno świadectwem błędu w sztuce powoływania recenzentów, jak i wyrazem ich pragnienia, aby wykorzystać nadarzającą się okazję (być może jedyną w życiu) i zabłysnąć na akademickiej scenie. Z takimi przypadkami nie spotykałem się wprawdzie bardzo często, ale jednak się to zdarzało.

Trzeba również powiedzieć, że osoby mające faktyczne kompetencje i uprawnienia do bycia recenzentem w takich procedurach stają niejednokrotnie przed hamletowskim pytaniem: być nim czy nie być? Ustawowe zapisy stanowią, że jest to akademicki obowiązek. Wprawdzie można odmówić jego wykonania, ale tylko w szczególnych przypadkach, gdy w grę wchodzi konflikt interesów, zależność służbowa lub powiązania rodzinne. Istnieje możliwość takiego interpretowania zapisów, że ów konflikt jest bardziej domniemany niż realny. Nie oznacza to jednak, że osoba wyznaczona na recenzenta może odmówić w sytuacji, gdy jedyne co może zrobić, to napisać recenzję jednoznacznie negatywną, bo przecież nie jest pozbawiona ludzkiego miłosierdzia, a przynajmniej nie chciałaby być „katem” tych, którzy nie potrafią sprostać wymaganiom obowiązującym kandydatów do stopni i tytułów naukowych. W szczególnie trudnej sytuacji są osoby powoływane na recenzentów w procedurach awansowych, które osobiście znają kandydata, a czasami nawet mają wobec niego do spłacenia dług wdzięczności. Jednak taka spłata nie powinna się wyrażać w przymykaniu oka na uchybienia merytoryczne i warsztatowe, a tym bardziej zapożyczenia z prac innych uczonych, które nawet przy bardzo liberalnym potraktowaniu praw autorskich nie mogą uchodzić za osiągnięcia własne.

Procedury wydawnicze

Do wypowiedzenia się na temat recenzowania w tych procedurach uprawnia mnie nie tylko wielokrotne bycie recenzentem, ale także pełnienie od kilkudziesięciu lat obowiązków redaktora naczelnego wydawnictwa publikującego recenzowane monografie naukowe (znajduje się ono na ministerialnej liście wydawnictw) oraz pełnienie od kilku lat obowiązków redaktora naczelnego dwóch czasopism naukowych (one również znajdują się na liście). Recenzowanie monografii i artykułów różni się nie tylko tym, że w pierwszym przypadku wymaga zwykle więcej pracy niż w drugim, ale także tym, że to pierwsze może być i z reguły jest płatne, natomiast drugie przynajmniej formalnie płatne być nie powinno. Robi to pewną różnicę w podejściu recenzentów. Jednak nie jest ona aż tak wyraźna, aby można było powiedzieć, że recenzje monografii są z reguły znacznie bardziej wnikliwe i merytoryczne niż recenzje artykułów. Niejednokrotnie do kierowanego przeze mnie wydawnictwa trafiały recenzje monografii, które charakteryzowały się nie tylko lapidarnością, ale także ogólnikowością, a jeśli już pojawiały się w nich krytyczne uwagi, to dotyczyły kwestii drugorzędnych lub wręcz marginalnych. Od czasu do czasu otrzymywaliśmy jednak również recenzje bardzo obszerne i szczegółowe. Z reguły kończyły się one albo negatywną konkluzją, albo przynajmniej zaleceniem dokonania gruntownych poprawek.

W środowisku akademickim funkcjonuje przekonanie, że znacznie łatwiej napisać recenzję z pozytywną niż negatywną konkluzją. Ta druga bowiem wymaga jednak gruntowniejszego uzasadnienia. Coś jest na rzeczy. Jednak nie zawsze, bowiem spotykałem się również z recenzjami monografii, w których negatywna konkluzja nie miała gruntownego uzasadnienia i wyglądało na to, że jej autor nie zadał sobie trudu uważnego zapoznania się z treścią. Być może tylko przekartkował albo nawet ograniczył się do zapoznania się jedynie ze spisem treści i fragmentami, które go co nieco zainteresowały, a także z wykazem przywoływanych w bibliografii pozycji. Negatywną ocenę takiej monografii można w jakiejś mierze tłumaczyć tym, że recenzent nie znalazł na liście żadnej swojej publikacji. W końcu nie ma niczego złego w tym, że chce się być docenianym lub przynajmniej przywoływanym w publikacjach tak często, aby wskaźniki wpływu były wysokie. Kwestią dyskusyjną jest jednak ich traktowanie jako – jeśli nawet nie jedyny, to przynajmniej najważniejszy – wskaźnik pozycji uczonego. Natomiast jest kwestią bezdyskusyjną, czy urażona ambicja recenzenta nie może stanowić wystarczającego usprawiedliwienia dla negatywnej opinii o wartości naukowej recenzowanej monografii.

Problem ten pojawia się również, i to na większą skalę, w recenzowaniu artykułów naukowych. Teoretycznie gruntowne zapoznanie się z ich treścią oraz z zapleczem warsztatowym nie wymaga aż tak znaczącego nakładu pracy, aby nie chcieli się jej podjąć specjaliści w danej dyscyplinie lub dziedzinie i wykonać ją ze starannością, która nie będzie budziła zastrzeżeń autorów i redakcji czasopism, które zwróciły się do nich z prośbą o napisanie recenzji. W praktyce jednak bardzo różnie bywa z tą starannością. Rzecz jasna zdarzają się recenzje artykułów, które mają nie tylko zaznaczone w formularzu recenzyjnym odpowiednie części składowe recenzji (na „tak” lub „nie”), ale także wypełnione pole pod nazwą: „uzasadnienie oceny” lub „uwagi recenzenta”. Zdarzają się również takie, które mają jedynie zaznaczone to, co wymaga postawienia krzyżyka. Co więcej, także w samym tekście nie można znaleźć żadnego śladu pracy recenzenta. W takiej sytuacji można mieć uzasadnione wątpliwości, czy faktycznie zadał on sobie trud zapoznania się z pracą. Trudno bowiem uwierzyć w to, że otrzymał do oceny tekst pod każdym względem doskonały. Przynajmniej w przypadku czasopism, których jestem redaktorem naczelnym, takiej recenzji nie uznajemy za wystarczającą podstawę przyjęcia artykułu do druku i rezygnujemy z „usług” takich recenzentów.

Sporym problemem są również recenzenci, którzy najwyraźniej mieli zły dzień albo po prostu mają żal do autorów recenzowanych tekstów. Rzecz jasna, wysyłane do recenzji teksty powinny być, i zwykle są, anonimizowane. Jeśli jednak autorami są osoby o szeroko znanych zainteresowaniach i dokonaniach naukowych, to recenzenci bez większego trudu mogą ich rozpoznać, również ci, którzy napisanie negatywnej recenzji traktują jako dobrą okazję do rewanżu. Niestety redaktorom czasopism mało kiedy znane są okoliczności, które sprawiły pojawienie się tych „gorzkich żali”. Jeśli by je bowiem znali, to zapewne nie dawaliby okazji do „odegrania” się na autorach recenzowanych tekstów. Odgrywanie się w recenzjach wydawniczych wygląda różnie. Czasami recenzent zadaje sobie spory trud, aby wykazać niekompetencje autora tekstu. Bywa jednak również, że zdobywa się jedynie na trud poszukania w nim istotnych uchybień, a gdy ich nie znajduje, traktuje marginalia (takie np. jak źle postawiony przecinek lub użycie terminu, którego nie rozumie) za wystarczającą podstawę do napisania, że w artykule występują błędy językowe, a autor nie potrafi poprawnie posługiwać się nomenklaturą naukową (z przypadkiem takiej „recenzji” miałem do czynienia).

Samozwańczy „recenzenci”

Raczej nie powinno ulegać wątpliwości, że nikt nie rodzi się recenzentem doskonałym i potrzeba sporo czasu i wysiłku, aby taki poziom osiągnąć. Nie ułatwia tego funkcjonowanie w środowisku akademickim „recenzentów”, którzy sami przypisali sobie uprawnienia do wyrażania opinii o osiągnięciach ich naukowego otoczenia, i starają się ją wyrażać przy różnych okazjach. Występują oni w różnych grupach wiekowych i na różnych szczeblach akademickich hierarchii. Dobrze jeszcze, jeśli młodzi i „nieopierzeni” naukowo doktorzy wygłaszają takie opinie o swoich równolatkach. Problem jednak w tym, że niejednokrotnie się do tego nie ograniczają. Czasami jest to powielanie opinii zasłyszanych od ich naukowych przełożonych i opiekunów, a czasami ich własne zdanie – tyle że niepoparte odpowiednimi kwalifikacjami ani nawet gruntowną znajomością książki lub artykułu, który oceniają. Im wyżej sytuują się tacy samozwańczy „recenzenci” w akademickiej hierarchii, tym ich opinie mogą być, i bywają, poważniej traktowane. Czasami posiadają oni nawet spore kwalifikacje, tyle że nie zawsze w obszarze badań, w którym specjalizują się oceniane przez nich osoby. Jeśli jeszcze do tego dochodzą środowiskowe animozje (a przecież nie sposób ich całkowicie uniknąć), to tacy „recenzenci” nie skalają się wzięciem do ręki tego, co napisali ich oponenci. Oni po prostu wiedzą, że tych ostatnich nie stać na znaczące osiągnięcia naukowe i przedstawienie ich w poważnej monografii lub naukowym artykule, a jeśli już coś takiego opublikowali, to albo było to mało znaczące wydawnictwo, albo też skorzystali z daleko idącej wyrozumiałości recenzentów.

W swoim stosunkowo długim funkcjonowaniu w środowisku akademickim z takimi samozwańczymi „recenzentami” miałem do czynienia wielokrotnie. Skrajnym przypadkiem był „recenzent”, który wprawdzie miał status samodzielnego pracownika naukowego, ale lista jego osiągnięć publikacyjnych była zdumiewająco krótka (jak na wieloletnie funkcjonowanie na uczelni). O tych, u których była ona długa i problemowo zróżnicowana, wygłaszał opinie, że wprawdzie wiele publikują, ale w gruncie rzeczy nie mają niczego sensownego do powiedzenia. Nie trafiało do jego przekonania, że w zamieszczonym na stronie internetowej mojego wydziału wykazie osiągnięć publikacyjnych pracowników naukowych jego nazwisko się nie pojawiało. Dzisiaj taki wykaz znajduje się na stronie głównej mojej uczelni. Rzecz jasna nie ułatwia to życia tego rodzaju „recenzentom”. Jednak oczekiwanie, że przestaną oni się pojawiać i wyrażać osobiste „za” lub „przeciw”, byłoby wyrazem nadmiernego optymizmu.

Wróć