logo
FA 11/2020 wizerunek humanisty

Adam Poprawa

Pora wspiąć się z powrotem na wieżę z kości słoniowej

Rys. Sławomir Makal

W pocysterskim opactwie w Royaumont, w maju 1964 roku, odbył się kongres nietzscheański. Dwóch profesorów filozofii, zresztą komunistów, żywo dyskutowało na dziedzińcu pod kasztanami. Miał się im przysłuchiwać Gombrowicz i powiedzieć:

– I, panie święty, dawniej cham był chamem, pan panem, i było lepiej.

Jak ta konstatacja zabrzmiała po francusku? W każdym razie, według Dziennika, obaj akademicy „nadzwyczaj się tym uradowali”.

Tak więc dawniej uczelnia była uczelnią, resztę sobie państwo dośpiewają, po uważaniu. Wszyscy jesteśmy jakoś po, a post już na pewno. Tak że również relacje szkoły wyższej z innymi obszarami życia społecznego pozostają w stanie permanentnej chybotliwości. Jeszcze na początku Trzeciej RP w badaniach opinii publicznej profesor uniwersytetu okazywał się, tradycyjnie, najbardziej poważanym zawodem. W tejże ankiecie handlarz lądował nisko. Nie powiem, rezultat taki jawił się tyleż sumarycznym wynikiem, co hipokryzją uczestników, skoro społeczeństwo w sporej mierze żyło wtedy raczej z handlu niż z chodzenia na wykłady. W podobnych badaniach z ubiegłego roku profesor uniwersytetu spadł na piąte miejsce, wyprzedzony przez – miejsca od pierwszego do czwartego – strażaka, pielęgniarkę, robotnika wykwalifikowanego i górnika (dane według strony onet.pl). Tym razem wyniki są zapewne bardziej zgodne ze szczerością społeczną, ale co to za społeczność?

Dawniej, panie święty, uniwersytet to był uniwersytet. Koleżanki z roku na polonistyce, pochodzące z mniejszych miejscowości, opowiadały sobie kiedyś, jak studiowanie zmienia ich życie rodzinne. Jedna zauważyła, że – kiedy wraca do domu – jej matka stara się mówić lepszą polszczyzną. No ale to scenka z końca lat siedemdziesiątych tamtego wieku. Po 1989 powstało natomiast mnóstwo, jak się je zgrabnie określa, wyższych szkół czegoś i czegoś. Wiele dotychczasowych wyższych szkół na przykład pedagogicznych czy akademii na przykład ekonomicznych poruszyło niebo i ziemię, byle się tylko przechrzcić na uniwersytety. Co jednak nie znaczy, że wartości akademickie rozeszły się, jak Polska długa i szeroka. Przeciwnie, niestety: uniwersytety jęły buraczeć.

Część uczelnianego koleżeństwa wcale dobrze odnalazła się w tych procesach. Współpraca, trzeba się otworzyć, musimy wyjść do ludzi, nie jesteśmy samotną wyspą, podatnicy nas utrzymują, więc coś im się od nas należy…

W filmie Cédrika Klapischa Niebo nad Paryżem (2008; w oryginale po prostu Paris) pracownik telewizji namawia wybitnego historyka do udziału w cyklu programów. Uczony, wspominając medialne popisy kolegów, nie jest przekonany do popularyzacji (po francusku: vulgarisation). Dziennikarz odwołuje się do argumentu:

– Każdy ma prawo skorzystać z pańskiej ogromnej wiedzy.

Oczywiście, przez twórców filmu ta teza została wymyślona i podana ironicznie. Z drugiej jednakże strony: no pewnie, każdy, każda, wszyscy mają prawo z wiedzy korzystać. Ale niech najpierw trochę ruszą głową. Tymczasem uczelnie mają być atrakcyjne, bez oczekiwania czegokolwiek od społecznego adresata umizgów. Byle tylko zechcieli do nas przyjść.

A najbardziej wyrafinowanie obrotni z akademickiego grona doczekali się zasłużonego tytułu profesora medialnego. Zaczyna się rzekomo popularyzacją, a kończy pytaniem delikwenta o wszystko. Odpowiada z jakim takim lub częściej nikłym rozeznaniem, ale jak dzwonią i proszą. Rośnie też bibliografia podmiotowa profesorów medialnych. Ponieważ jednak niełatwo pogodzić kolejny wywiad, nagranie, panel, dyskusję w studiu i bankiet z resztkami dydaktyki, te książki są składane przez oddanych współpracowników. Ale bez przesady, na premierach i promocjach autorzy składają stosowne podziękowania.

Paręnaście lat temu pewien młodzian nazwiskiem Igor Stokfiszewski ogłosił książkę o zwrocie politycznym w literaturze. Zamiast jednak to dzieło uczciwie wykpić, uniwersyteccy literaturoznawcy w te dyrdy pospieszyli za mediami, i tak ww. Stokfiszewski rozpoczął trasę po uczelniach, gdzie przyjmowano go, jakby miał coś do powiedzenia.

– Dlaczego kogoś takiego się zaprasza? – zapytałem znajomej, którą wcześniej czytałem z przyjemnością i pożytkiem.

– No wiesz, musimy przecież wiedzieć, co się dzieje.

Aha.

Niewielka pociecha, ale takie nadążanie zaczęło się wcześniej. W roku 1921 z potężnym rozmachem odsłonięto w Wiedniu pomnik Johanna Straussa. Zniechęcony całym szumem Robert Musil przepisał parę superlatywnych zdań z którejś z wiedeńskich gazet, gdzie składano hołd popularnemu kompozytorowi za jego inspirującą rolę w kulturalnym, uniwersyteckim, parlamentarnym i społecznym życiu dawnej ck. stolicy. I Musil: „Jestem w stanie to jeszcze jakoś zaakceptować, niezupełnie bez złośliwości przyznając, nawet jeśli sam z siebie nigdy nie odważyłbym się tego zrobić, że polityka i nauka noszą subtelne ślady wpływów tegoż Johanna Straussa” (przekład Magdaleny Chrobak).

Jeśli nie wstrzymamy się w nadążaniu, zatańczymy do tańców raczej bardziej plebejskich niż walce.

Wróć