logo
FA 11/2020 życie naukowe

Teresa Borawska

Na służbę do feudała. W odpowiedzi prof. Ewie Wółkiewicz

Fot. Stefan Ciechan

Uzupełniając moje dane, doktorant uściślił geograficzne pochodzenie zaledwie pięciu osób, sprecyzował pochodzenie społeczne trzech, a w przypadku pięciu osób podał miejsce studiów i uzyskane przez nie stopnie. Wszystkie pozostałe informacje na ten temat czerpie z moich publikacji.

Pół roku temu (FA 4/2020) ukazał się artykuł Marka Wrońskiego pt. Toruński doktorat „na źródłach”, opisujący sprawę przewodu doktorskiego Radosława Krajniaka. Długotrwała choroba nie pozwoliła mi wcześniej odnieść się do publicznych głosów, które polemizowały z faktami przedstawionym przez autora tej publikacji.

W oświadczeniu dziekana prof. dr. hab. Stanisława Roszaka z 27 IV 2020 r. dysertacja R. Krajniaka jest jakoby najlepszym dowodem na „rzetelność akademicką” obowiązującą na Wydziale Nauk Historycznych UMK w Toruniu. W obronie tej tezy, aby odwrócić uwagę od nieprawidłowości popełnionych w czasie przeprowadzania przewodu doktorskiego R. Krajniaka na podstawie dwóch różnych wersji pracy i tworzonej później przekłamanej dokumentacji, zorganizowano kampanię dyskredytacji mojej osoby i dr. Henryka Rietza, który zgłosił złamanie obowiązujących procedur. Wśród osób, które opublikowały swoje oświadczenia, znalazła się recenzentka drugiej wersji dysertacji, dr hab. Ewa Wółkiewicz, prof. IAE PAN (patrz tekst w FA 5/2020). Publiczny głos recenzentki zmusza mnie do naświetlenia roli promotora, który moim zdaniem jest właściwym sprawcą zaistniałej sytuacji.

Agresja feudała

Punktem wyjścia była autorytarna decyzja prof. dr. hab. Andrzeja Radzimińskiego, który wyraził zgodę, aby R. Krajniak napisał swój doktorat na podstawie moich biogramów opublikowanych w Słowniku biograficznym kapituły warmińskiej (1996). Autor dysertacji postanowił przywłaszczenie uzasadnić moją ignorancją, a siebie przedstawić jako młodego i kompetentnego badacza. Przez pięć lat „rozwiązywał” więc przypisy i przetwarzał teksty moich biogramów na własne. Tak powstał doktorat, który teraz w opinii E. Wółkiewicz stanowi wyjątkowe osiągnięcie naukowe.

W rzeczywistości R. Krajniak zastosował prymitywną metodę negowania wartości moich publikacji. W pierwszej wersji dysertacji zataił nazwisko autorki 270 przejętych biogramów (na łączną liczbę 297), wprowadzając w to miejsce skrót „SBKW”. Mój protest przeciwko takiej praktyce i rezygnacja z pisania recenzji (dysertacja powstała na podstawie mojego dorobku intelektualnego, nie jest nowatorska ani też samodzielna i narusza moje prawa autorskie) wywołały niespotykaną reakcję promotora, A. Radzimińskiego. W prywatnej rozmowie powiedział do mnie: „Zabrałem twoje biogramy, bo mogłem. Ja wszystko mogę. I co mi zrobisz?”. Następnie, po mojej wizycie u dziekana, w niedzielę 25 VI 2017 r., przysłał SMS: „to co wyprawiasz jest skandalem, ale my wiemy, że nie udowodnisz nam nic”. W drugim SMS-ie z 11 V 2018 r. zagroził procesem sądowym i przysłaniem „w najbliższym czasie pism przedprocesowych”. Sposób postępowania mojego byłego studenta, a późniejszego kolegi, nie jest nowy. W głośnej sprawie zarzutów o plagiat w jego książce Kobieta w średniowiecznej Europie w 2015 r. (patrz: Jak stracić prestiż, FA 6/2015) A. Radzimiński również groził zgłaszającemu sprawę dr. A. Grabowskiemu.

Głos Ewy Wółkiewicz, opublikowany w „Forum Akademickim”, może tylko dziwić. Padają tu wielokrotnie słowa: insynuacja, pomówienia, manipulacje czy stwierdzenia nieprawdziwe. Pojawiają się również zarzuty i oskarżenia o to, czego T. Borawska nigdy nie opracowała i nie czyni. Recenzentka przypisała sobie też prawo przekreślenia mojego dorobku naukowego, a za próbę obrony moich praw autorskich obwinia mnie o feudalizm. Wyjaśniam więc, że od wielu lat jestem emerytem, bez możliwości decydowania o czymkolwiek. Byłam i jestem „feudałem bez ziemi i wasali”, nie dysponuję dobrami do rozdawania – stypendiami czy grantami. Aprobując zawłaszczenie przez R. Krajniaka moich biogramów, E. Wółkiewicz akceptuje nierzetelne postawy i wbrew zasadzie sine ira et studio łamie podstawowe normy etyczne obowiązujące recenzenta doktoratu.

Zawłaszczone biogramy podstawą doktoratu

Prozopografia kanoników warmińskich R. Krajniaka, wzorowana na modelu sprzed stu lat, sprowadza się do nieudolnego naśladownictwa poprzedników. Ten sam prosty scenariusz zastosował on już w swojej pracy magisterskiej o kapitule chełmżyńskiej (2013). Każda praca prozopograficzna składa się zazwyczaj z dwóch niemal równych objętościowo części: katalogu duchownych oraz wprowadzenia i wniosków socjotopograficznych wynikających z lektury biogramów. W rozprawie doktorskiej R. Krajniaka biogramy zajmują przeszło 400 stron, a część wstępna 114 stron.

Fundamentem każdej pracy prozopograficznej są samodzielnie przez autora przygotowane biogramy, ale podstawę dysertacji R. Krajniaka stanowią w zdecydowanej większości życiorysy opracowane przeze mnie. W przypadku tak wielkiej liczby, bo aż 270 biogramów oraz innych moich publikacji przedstawiających zarys badanej problematyki, autor dysponował już „uporządkowanym w jedną spójną całość”, prawie kompletnym materiałem. Stąd, „dla zmylenia” czytelnika, przedstawia moje biogramy innymi słowami oraz innymi zdaniami, jak również w innej kolejności. Ustalenia są te same, ale zostały podane jako „własne” osiągnięcie, na dodatek udokumentowane także moimi przypisami. R. Krajniak zwiększa też objętość „swojego” biogramu powielając te same treści. Nierzadko kanonik kilka razy umiera lub zdobywa te same beneficja, np. A. Boreschow, A. Datteln czy F. Rothardi. Doktorant często mnoży zbędne, „piętrowe” przypisy, które potwierdzają fakty już wielokrotnie dokumentowane, ale ponawiane mają uzasadnić jego „uczoność”. Pustosłowie i liczne powtórzenia rażąco i sztucznie powiększające rozmiary biogramów R. Krajniaka ilustruje także przywołana właśnie przez E. Wółkiewicz sylwetka A. Betekena. Zabór mojego dorobku intelektualnego jest więc ewidentny, równie oczywiste jest naruszenie przez R. Krajniaka moich praw autorskich oraz czerpanie zysku z cudzego trudu, a temu E. Wółkiewicz zaprzeczyć nie może. Mimo to broni mało rzetelnego doktoranta, wmawiając równocześnie czytelnikom, że już tylko „uzupełnienia i korekty” stanowią niespotykany „postęp w badaniach i te dodane uściślenia są imponującym wkładem badawczym” autora. Tym samym przyznaje, że cały „wysiłek” R. Krajniaka sprowadzał się jedynie do korekt, uzupełnień i przerabiania moich zwięzłych tekstów.

Ewa Wółkiewicz nie dostrzegła także autoplagiatu i nierzetelnego oświadczenia R. Krajniaka, że tylko „nieliczne biogramy (w drugiej wersji „niektóre biogramy”) napisane zostały wyłącznie na podstawie Słownika”. Z prostego wyliczenia wynika, że tych przejętych bez żadnych korekt moich biogramów jest 36, a więc ponad 12% całości. Autorem reszty życiorysów również nie jest R. Krajniak, a wykazują to konkordancje 125 innych biogramów, w których ograniczył się do powtórzenia moich zasadniczych ustaleń. W sumie powielił on co najmniej 160 moich biogramów, kosmetycznie je tylko uzupełniając bądź korygując. Także w pozostałych biogramach moje ustalenia stanowią podstawę jego tekstów. Dodać trzeba, że przepisując z moich biogramów niektóre błędne informacje, wielokrotnie nie zadał sobie nawet trudu ich skorygowania na podstawie źródeł i literatury. Najzwyczajniej ich po prostu nie znał, a lista niewykorzystanych przez doktoranta publikacji jest zdecydowanie za długa. Daleko mu więc do rzetelności, tak bardzo chwalonej przez recenzentkę. (Zamieszczono link do konkordancji 36 biogramów niezmienionych oraz link do większości pozostałych biogramów. Całości nie opracowano z powodu choroby i braku czasu –TB).

Prozopografia kanoników warmińskich na 25 stronach tekstu

Słowa recenzentki: „Najważniejsza (lecz niestety niejedyna) manipulacja M. Wrońskiego polega na zupełnym przemilczeniu, że praca R. Krajniaka zawiera prawie 120 stron części syntetycznej”. Twierdzenie E. Wółkiewicz jest nieprawdziwe. W rzeczywistości cała część wprowadzająca zajmuje 114 stron i z punktu widzenia badań prozopograficznych pozbawiona jest jakiejkolwiek refleksji metodologicznej. Żaden z trzech pierwszych rozdziałów nie zawiera nawet śladów syntezy. Brak jej nie tylko w przedstawieniu stanu badań, ale również w nieudolnym zarysie dziejów kapituły warmińskiej. Doktorant ujawnia słabą znajomość literatury i nie odróżnia przekazów ważniejszych od mniej istotnych. Zestawia więc bez oceny wartościującej publikacje ściśle związane z tematem obok mocno już przestarzałych, a nawet niemających z omawianą problematyką nic wspólnego (np. praca A. Thiela z 1860 r. dotycząca Łukasza Watzenrodego czy F. Hiplera z 1869 r. o M. Koperniku i M. Lutrze). Najwyraźniej E. Wółkiewicz sama ma problemy z ogarnięciem literatury, skoro monografię G. Materna (Die kirchlichen Verhältnisse in Ermland während des späten Mittelalters, 1953) zaliczyła do prac stricte biograficznych. Nie zauważyła nawet, że R. Krajniak nie zna podstawowego źródła – statutów kapituły – i podaje oczywistą bzdurę, jakoby kanonicy rezydujący przy katedrze w dniu św. Jana Chrzciciela mogli liczyć na przydział węgla! Ułożona w układzie chronologicznym lista prałatów (rozdz. 3 o strukturze kapituły) jest powtórzeniem ustaleń A. Eichhorna z 1866 r., skorygowanych i uzupełnionych głównie na podstawie moich publikacji. Cytowane tam dokumenty, przebadane rzekomo dopiero przez R. Krajniaka, są tylko „ozdobnikami”, ponieważ te same źródła były już dokładnie analizowane przez A. Eichhorna i B. Pottela (1911) oraz wielu innych autorów.

Odkłamując wypowiedź E. Wółkiewicz należy z całą mocą sprostować, że uboga w treści analiza prozopograficzna (rozdz. 4, s. 61-114) nie zajmuje nawet 25 stron (sic!) tekstu. Pozostałe 29 stron rozdziału wypełniają tabele, a te nie mogą zastąpić „syntetyzującego obrazu środowiska kanoników”. Do tej właśnie części pracy E. Wółkiewicz zgłaszała w recenzji z 2 X 2017 r. najwięcej zastrzeżeń, obecnie zaś tworzy mit o wielkiej syntezie „w pełni oryginalnej i samodzielnej”. W istocie jednak merytoryczna wartość pracy badawczej R. Krajniaka sprowadza się do chaotycznej „wyliczanki” zgromadzonych w moich biogramach jednostkowych faktów, bez śladu przemyślanej analizy i tzw. syntetycznej „obróbki”. Nic dziwnego więc, że E. Wółkiewicz nie chciała dostrzec fałszerstwa doktoranta, gdy deprecjonująco pisał o moich „szczątkowych uwagach” na temat pochodzenia, wykształcenia, święceń czy karier kanoników. W rzeczywistości, uzupełniając moje dane, uściślił on geograficzne pochodzenie zaledwie pięciu osób, sprecyzował pochodzenie społeczne trzech, a w przypadku pięciu osób podał miejsce studiów i uzyskane przez nie stopnie. Wszystkie pozostałe informacje na ten temat czerpie z moich publikacji. Niewiele więcej nowych spostrzeżeń dotyczy „promotorów” i karier duchownych. Ocena prof. E. Wółkiewicz, jakoby synteza stanowiła wyłącznie jego własność intelektualną, jest zatem pozbawiona wszelkich podstaw. Wyjątkowo cynicznie brzmią więc jej słowa, w których oskarżając bezpodstawnie red. M. Wrońskiego o manipulacje, napomina go, że „zwykła przyzwoitość wymaga, by dochować należytej staranności i rzetelności przy sprawdzaniu faktów”. Recenzentka sama jednak nie przeprowadziła dogłębnej analizy dysertacji i wprowadzając czytelników w błąd, najzwyczajniej te fakty fałszuje.

Drobne uchybienia warsztatowe, czyli jak ukryć plagiat

W tekście E. Wółkiewicz czytamy: „Całkowicie absurdalnie brzmi zarzut, że R. Krajniak chciał »ukryć plagiat«, cytując jedynie skrót odnoszący się do Słownika, bez wymieniania T. Borawskiej z nazwiska”. Fakty są jednak inne: R. Krajniak nie tylko chciał, ale stosując skrót „SBKW” z premedytacją ukrył moje nazwisko jako autorki przejętych biogramów i ukryli to także recenzenci. Prof. K. Ożóg w recenzji (pierwszej wersji) rozprawy z 15.05.2017 r. nie wymienił nawet mojego nazwiska, a jedynie zaznaczył, że: „Pole do podjęcia badań prozopograficznych nad kapitułą warmińską w średniowieczu było już w znacznym stopniu przygotowane, szczególnie poprzez Słownik biograficzny kapituły warmińskiej”. Do obowiązku recenzenta należało wyraźne podkreślenie, że to T. Borawska napisała biogramy (a nie Słownik!). W drugiej wersji pracy doktorant ujawnił autorkę przejętych biogramów, toteż E. Wółkiewicz napotykała moje nazwisko przy każdym życiorysie w przypisach (ponad 270 razy!) oraz na 11 stronach w bibliografii (jedna trzecia całej zestawionej literatury!). Zamiast komentarza raz tylko napomknęła, że były także moje publikacje, a zastosowaną przez R. Krajniaka przemyślaną metodę zatajenia autorstwa przewłaszczonych biogramów określa jako „drobne uchybienia warsztatowe”. Jest to ewidentne przekłamanie faktów. Również różnica między pierwszą i drugą wersją dysertacji jest zasadnicza i polega nie tylko na wprowadzeniu nazwiska T. Borawskiej do bibliografii, lecz przede wszystkim do przypisów przy każdym zagarniętym biogramie.

Decyzja promotora o podmienieniu tekstu rozprawy już po oddaniu jej dziekanowi i zaakceptowaniu recenzji prof. K. Ożoga unaoczniła czytelnikom „podstawę źródłową” tekstów R. Krajniaka albo jeszcze wyraźniej – odsłoniła wcześniejsze wykalkulowane oszustwo. Wysuwane przez E. Wółkiewicz bezprecedensowe żądanie usunięcia z pracy doktorskiej R. Krajniaka mojego nazwiska i tym samym wymazanie T. Borawskiej z historiografii – ponieważ „zbytecznie i sztucznie rozdyma rozmiary pracy” – uznać trzeba za wyjątkowo wyrafinowaną i cyniczną metodę popierania plagiatu.

Słowa E. Wółkiewicz: „wbrew twierdzeniu M. Wrońskiego biogramy autorstwa T. Borawskiej opublikowane w Słowniku (…) nie zostały zaopatrzone w pełny aparat naukowy” – są nieprawdą i niedołężną próbą deprecjonowania mojego dorobku naukowego. Każdy czytelnik dostrzeże bowiem pod moimi biogramami imię i nazwisko autorki oraz dokumentujące przypisy i łatwo odnajdzie wydrukowany w Słowniku pełny wykaz skrótów i cytowanej literatury.

Wstępnym warunkiem uzyskania stopnia doktora jest należyte opanowanie warsztatu naukowego, toteż wykorzystując lub odnosząc się do moich ustaleń, R. Krajniak jest bezwzględnie zobowiązany do podawania nazwiska T. Borawskiej. Prawidłowej zasady przestrzega zawsze przy cytowaniu własnych biogramów oraz innych autorów (podaje je także w bibliografii), a jedynym wyjątkiem są właśnie moje życiorysy. W pierwszej wersji dysertacji R. Krajniak w przypisach wprowadził skrót „SBKW” przy wszystkich moich biogramach, zaś w bibliografii zamieścił jedynie „Słownik biograficzny kapituły warmińskiej, opr. T. Borawska, M. Borzyszkowski, A. Kopiczko, J. Wojtkowski, red. J. Guzowski, Olsztyn 1996”. W ten sposób w doktoracie zdeformowany został całkowicie obraz historiografii: znikło nazwisko T. Borawskiej i wyniki jej badań, natomiast z rozmysłem wyolbrzymione zostały osiągnięcia innych osób. Również E. Wółkiewicz usiłuje wykazać, że jestem tylko „współautorką rzeczonego słownika”, co potwierdza także błędny zapis bibliograficzny moich biogramów w jej monografii o kapitule otmuchowskiej „T. Borawska, M. Borzyszkowski, A. Kopiczko, J. Wojtkowski, Słownik biograficzny kapituły warmińskiej”. Pracownik naukowy, a zwłaszcza recenzent pracy doktorskiej wiedzieć powinien, że nie „opracowałam” ani też nie jestem „współautorką” Słownika. Każda wymieniona osoba napisała samodzielnie inne biogramy opatrzone własnym nazwiskiem i imieniem.

Decyzję o wycofaniu pierwszej wersji pracy doktorskiej R. Krajniaka z dalszego procedowania podjęli promotor prof. A. Radzimiński, dziekan S. Roszak i przewodniczący Komisji WNH W. Rozynkowski, stąd zaprzeczające stanowisko wyrażane obecnie przez E. Wółkiewicz może tylko dziwić. Zresztą prawidłowy sposób cytowania moich biogramów wydrukowanych w Słowniku znajdzie E. Wółkiewicz w publikacjach A. Radzimińskiego i R. Biskupa.

Obrona za wszelką cenę rzekomo „nowoczesnego opracowania prozopograficznego” R. Krajniaka przez E. Wółkiewicz widoczna jest także w ocenie strony językowej dysertacji. Mimo fatalnej polszczyzny i rażących błędów ortograficznych, krytykowanych nawet przez K. Ożoga (np. „królestwo polskie”, „z poza”), stwierdziła, że „język pracy jest poprawny i klarowny”. No comment! W nawiązaniu do wygłoszonej laudacji warto zalecić recenzentce lekturę napisanej przez R. Krajniaka recenzji publikacji innego autora (patrz: „Zapiski Historyczne”, 2016, vol. 81 z. 1, str. 151-166), która do złudzenia zgadza się z moją opinią właśnie jego pracy doktorskiej. Cytuję fragmenty z tej recenzji: „Czy rzeczywiście udało się autorowi wyselekcjonować prace najważniejsze i na ich podstawie opracować wartościową monografię? Moim zdaniem jest to monografia nieudana. (…) Nie do końca zrozumiałe są też dość przypadkowe odwołania autora bezpośrednio do źródeł historycznych. Wszystko wskazuje na to, że w pracy spełniają one bowiem jedynie rolę ozdobnika, mającego pewnie wskazać, że autor doskonale radził sobie ze średniowiecznymi źródłami i dzięki ich wnikliwej analizie dodał jakieś treści dotąd w historiografii nieznane. Z całą odpowiedzialnością twierdzę jednak, że nic takiego nie wystąpiło. [Autor] „chwali się” wykorzystanymi źródłami, choć zarówno tekst, jak i przypisy z odnośnikami do konkretnych dokumentów przepisał (…). [W pracy] znajdujemy niestety przykłady podważające rzetelność i uczciwość badawczą (…). W związku z tym otwarcie należy przyznać, że tego typu praktyki są naganne i całkowicie niedopuszczalne. Potwierdzają jedynie brak kompetencji autora. (…) Zasmuca dodatkowo to, że autorem tak niechlujnie przygotowanej pracy, która obnażyła jego ogromne braki warsztatowe, a także niestety nierzetelność badawczą i całkowity brak szacunku dla własności intelektualnej, jest czynny wykładowca”. Do tego cytatu podaję przykład z dysertacji (s. 237), gdzie R. Krajniak powołuje się na rękopiśmienne źródło z Archiwum w Toruniu (Dokumenty i listy, Kat. I, nr 904), które w rzeczywistości przepisał wprost z publikacji swojego mistrza i promotora (A. Radzimiński, J. Tandecki, Katalog dokumentów i listów krzyżackich, t. 1, Warszawa 1994, s. 83, nr 184). W przeciwieństwie jednak do tekstu promotora to u R. Krajniaka „Chełmno i miasta ziemi chełmińskiej” zmieniły się w „mistrza ziemi chełmińskiej” (sic!) Zakonu, a Frankfurt nad Menem przekształcił się w Słubice (!).

Wnioski

Od wygłoszenia w 2017 r. stronniczej i przekłamanej oceny dysertacji R. Krajniaka upłynęło wystarczająco wiele czasu, aby dokładnie zapoznać się z treścią pracy i dokonać – zgodnie z przysięgą doktorską i powinnością recenzenta – ponownej, rzetelnej analizy faktów i sytuacji. W mojej opinii, recenzując drugą wersję doktoratu, E. Wółkiewicz miała obowiązek podwójny: ujawnienie zatajenia przez doktoranta autorstwa biogramów T. Borawskiej w pierwszej wersji dysertacji oraz poinformowanie prof. K. Ożoga i członków Komisji Doktorskiej o niedopuszczalnych manipulacjach w procedowaniu. Nie ulega bowiem wątpliwości, że doktorant moje ustalenia – część biogramów bezpośrednio, a inne przekształcone – przedłożył w dysertacji jako własne osiągnięcie. Autor złamał tym samym podstawowe zasady warsztatu naukowego oraz naruszył prawa autorskie i dobre obyczaje w nauce.

Na rzetelnym uniwersytecie recenzenci nie mogą dowodzić, że taka rozprawa doktorska jest nowatorska, oryginalna i samodzielna. Nikt też (dotyczy to także R. Krajniaka) nie powinien napisać dysertacji, wykorzystując w decydującym stopniu ustalenia innego (jednego!) autora i na tej podstawie otrzymać stopień doktora. Przedstawionych faktów nie ukryją ani nie zmienią żadne wypowiedzi.

Dr hab. Teresa Borawska, em. prof. UMK

Wróć