logo
FA 11/2020 życie akademickie

Zbigniew Drozdowicz

Liderzy i maruderzy w nauce

Fot. Stefan Ciechan

Liderzy niejednokrotnie nie zamierzają ukrywać tego, że są dużo lepsi od swoich kolegów i współpracowników, i obnoszą się z tym przy różnych okazjach. Rzecz jasna nie ułatwia to nikomu życia.

W pogoni za czołówką światowej nauki warto chociażby przez chwilę się rozejrzeć i zorientować, kto w grupie goniących należy do liderów, a kto do maruderów. Nie zawsze jest to łatwe. Myślę w pierwszej kolejności o sytuacji w nauce w wydaniu krajowym. Pod niejednym względem podobnie jest jednak w krajach stawianych nam za wzór. Posiadają one bowiem nie tylko wzorcowych liderów, lecz także swoich maruderów.

Liderzy

Niestety w akademickim życiu i byciu członkiem społeczności uczonych nic nie jest wieczne i trzeba się pogodzić z myślą, że to, co było dobre jeszcze kilkadziesiąt lat temu, dzisiaj może się okazać, i niejednokrotnie się okazuje, mało użyteczne. Tę ogólną refleksję można poprzeć przykładami. Wiele ich dostarcza liderowanie w nauce. Jakieś sto lat temu niemal bez ryzyka popełnienia błędu można było powiedzieć, że liderami byli autorzy przełomowych odkryć i teorii, których znaczenie potrafiło zrozumieć tylko niewielu. Jednak tylu wystarczyło, by wykorzystać intelektualny potencjał odkryć i „przekuć” je na zastosowania praktyczne, które jednych przerażają, innym zaś dają nadzieję na lepszą przyszłość. Lista liderów nie jest aż tak krótka, aby można było ich policzyć na palcach jednej ręki. Można ich jednak zlokalizować w konkretnym miejscu i czasie, a nawet w konkretnej dziedzinie czy dyscyplinie nauki; tytułem przykładu można wymienić takich biologów jak Karol Darwin czy takich fizyków jak Albert Einstein. Rzecz jasna dzisiaj wizjonerzy również się pojawiają. Jednak znacznie trudniej odróżnić geniuszy od naukowych meteorów, którzy okryją się raczej niesławą. Tak czy owak we współczesnej nauce dużo łatwiej zostać „gwiazdą sezonu”, niż zapewnić sobie trwałe miejsce na jej firmamencie.

W sposób istotny zmieniły się również realia prowadzenia badań. Obecnie angażuje się w nie znacznie większa liczba osób, coraz trudniej uzyskać znaczący sukces, działając w pojedynkę lub w zespołach pozbawionych wysokiej klasy uczonych oraz międzynarodowej współpracy z liczącymi się ośrodkami badawczymi. Oczywiście praca w dużych zespołach badawczych i wymiana naukowych doświadczeń sporo kosztuje. Jest to kolejna bariera do pokonania dla uczonych aspirujących do roli liderów, dysponujących odpowiednimi kwalifikacjami, a dla osiągnięcia ambitnych celów gotowych zarówno do poświęceń, jak i ciężkiej pracy. Nawet oni potrzebują bowiem wsparcia osób, którym co prawda do geniuszu daleko, ale są za to sprawnymi menedżerami potrafiącymi znaleźć środki finansowe tam, gdzie inni zawodzą. Problem zaczyna się wówczas, gdy próbują zajmować pierwsze miejsce przy wyróżnieniach i odznaczeniach finansowych lub prezentacji wyników wysiłku zespołu badawczego. Nie chciałbym kolejny raz narzekać na upadek dobrych obyczajów w nauce (jest o to zresztą stosunkowo łatwe, gdy się obserwuje krajowe realia). Powiem jednak krótko: w wiodących na świecie ośrodkach badawczych, które publikują wieloautorskie artykuły (są one regułą w naukach przyrodniczych), na pierwszym miejscu umieszcza się osoby mające największy udział w osiągnięciu prezentowanych wyników. Menedżerowie są nie do zastąpienia, jednak ich rola jest i pozostanie pomocnicza. W praktyce oczywiście niełatwo wytłumaczyć skądinąd zasłużonemu profesorowi, że najlepsze lata aktywności badawczej ma już za sobą. Natomiast przypisywanie sobie cudzych osiągnięć jest, a przynajmniej powinno być traktowane jako rzecz naganna.

Maruderzy

Z tą kategorią osób również jest problem, a w każdym razie nie jest ona jednoznaczna. Można bowiem wyróżnić maruderów, którzy nawet jeśli nie zasługują na wielkie uznanie, to z pewnością na sympatię i choćby wzmiankę. Przywołam dwa takie przykłady. Zapewne niejeden biolog bez wahania zaliczy Karola Darwina do liderów XIX-wiecznej nauki. Warto jednak przypomnieć, że ten wybitny i śmiały w poglądach uczony przez całe dorosłe życie pasjonował się nie tyle pochodzeniem człowieka i innych gatunków (w końcu jednak doszedł do wniosku, że dobry Bóg nie miał z tym nic wspólnego), lecz pąglami, mięczakami żyjącymi w zagłębieniach muszli concholepas. Jego biografowie – M. White i J. Gribbin – przypominają, że Darwin „z zachwytem myślał o zajmowaniu się ukochanymi pąglami”. Być może należałoby go nawet uznać za lidera w badaniu tych niewielkich stworzeń, jednak z punktu widzenia doniosłości teorii ewolucji była to w jakieś mierze strata czasu.

Drugi przykład pochodzi z wygłoszonego w 1917 roku wykładu Maxa Webera pt. Nauka jako zawód (Wissenschaft als Beruf). Pojawia się w nim postać uczonego, który przez całe zawodowe życie analizuje kilka linijek jakiegoś historycznego tekstu i głęboko wierzy, że jego poprawki do interpretacji fragmentu okażą się zbawienne nie tylko dla nauki, lecz także dla jego duszy. Można oczywiście powiedzieć, że w nauce – podobnie jak w innych obszarach wysokiej kultury – nigdy nie brakowało osób „zakręconych”. W oczach Darwina i Webera takie „zakręcenia” nie prowadziły wprawdzie do naukowych rewolucji, mogły jednak stanowić mały krok naprzód.

Obecnie od nauki oczekuje się raczej wielkich niż małych kroków, a co za tym idzie, mniejsza jest tolerancja dla „zakręconych” uczonych, których pasję potrafią docenić tylko nieliczni. Nie twierdzę jednak, że tacy badacze są na wymarciu. W swoim zawodowym życiu spotkałem kilku. Jednego z nich w okresie, gdy obaj byliśmy początkującymi „akademikami”. Nawet nie próbowałem rozumieć jego naukowej pasji (sytuowało się to zresztą w innej dyscyplinie nauki), było jednak dla mnie oczywiste, że ważniejsze dla niego były badania niż np. akademickie awanse. W końcu jednak się ich doczekał; dzisiaj jest nie tylko belwederskim profesorem, lecz także członkiem rzeczywistym PAN i uczonym cenionym w kraju i za granicą.

Znacznie częściej jednak spotykałem osoby, o których zainteresowaniach i dokonaniach nie mogli (lub nie chcieli) powiedzieć nic konkretnego ich przełożeni. W latach osiemdziesiątych minionego stulecia byłem zatrudniony w jednostce badawczej francuskiego Centre National de la Recherche Scientifique (CNRS). Na seminaryjnych spotkaniach często głos zabierała pewna pani. Na moje skierowane do dyrektora tej placówki pytanie, w czym się ona specjalizuje, usłyszałem odpowiedź: „W niczym”. Chcę przez to powiedzieć, że takich „specjalistów od niczego” można spotkać nie tylko na naszym krajowym „podwórku” akademickim, ale również w zachodnich ośrodkach stanowiących dla wielu obiekt zawodowych marzeń. Różnica polega nie tylko na tym, że „specjaliści od niczego” są tam lepiej opłacani, lecz także na tym, że nie mają oni znaczącego wpływu na poziom prowadzonych badań i standardy życia akademickiego. Rzecz jasna proporcje między „specjalistami” i prawdziwymi uczonymi różnie wyglądają w poszczególnych ośrodkach akademickich lub dziedzinach i dyscyplinach nauki. Jednak twierdzenie, że istnieją ośrodki oraz dyscypliny, w których nie ma miejsca dla „specjalistów od niczego”, jest mało wiarygodne.

Kilka ogólniejszych sugestii

Pierwsze z nich związane są z funkcjonowaniem w środowisku akademickim liderów. Opinia, że nie mieli oni i nie mają tak łatwego życia, by każdy chciał ich naśladować, raczej nie budzi zdziwienia. Rzecz jasna, wielu chciałoby móc osiągać porównywalne sukcesy naukowe, a tym bardziej zdobywać podobne uznanie i środki finansowe na badania. Nietrudno się jednak zorientować, jak wiele potrzeba, aby stać się liderem nauki, nawet jeśli nie światowej, to w krajowym wydaniu. Gdybym miał krótko odpowiedzieć na pytanie, co jest potrzebne, by zostać takim liderem, to wymieniłbym uzdolnienia i kwalifikacje, uporczywą i efektywną pracę oraz życiowy fart, dzięki któremu trafia się na przyjazne lub życzliwe otoczenie, a przynajmniej nie zawistne. Z uzdolnieniami ponoć trzeba się urodzić. Jednak im dłużej i z większym zaangażowaniem się je doskonali, tym większe szanse na osiągnięcie pozycji lidera. Wymaga to sporej cierpliwości nie tylko od samych zainteresowanych, lecz także od ich bliższego i dalszego otoczenia, a o to niełatwo. Wprawdzie jest rzeczą normalną, że jedni są bardziej uzdolnieni, pracowici i błyskotliwi od innych. Gdy jednak maruderzy wyglądają przy nich jak „ubodzy krewni”, może to być irytujące. Przy tym liderzy często nie ukrywają swych atutów wobec kolegów i współpracowników, a wręcz się z nimi obnoszą. Nie ułatwia to nikomu życia.

Kolejne sugestie związane są z funkcjonowaniem w nauce maruderów. Pogląd, że w środowisku akademickim istnieje pewne przyzwolenie na ich funkcjonowanie, raczej nie wywoła protestów. Różne są oczywiście tego przyczyny, w tym tak prozaiczne jak te, że z maruderami łatwiej się żyje niż z liderami, choć oczywiście nie jest to regułą. Mogli się o tym przekonać m.in. autorzy recenzowanych publikacji, którzy trafili na recenzenta-marudera. Mógłbym sporo na ich temat powiedzieć i jako doświadczony autor, i jako redaktor naczelny dwóch naukowych czasopism (oba na ministerialnej liście czasopism punktowanych), ograniczę się jednak do stwierdzenia, że obowiązkiem recenzenta nie jest usilne wyszukiwanie uchybień i niedoskonałości ani popisywanie się erudycją, gdyż ujawniają się w ten sposób ich żale, uprzedzenia, a nawet braki kompetencyjne. Szczególnie jest to widoczne wówczas, gdy między maruderem i autsajderem można postawić znak równości (co przecież nie zdarza się rzadko). Jednak nie każdego marudera można uznać za autsajdera (pokazują to m.in. przywołane przykłady znaczących uczonych).

Wróć