logo
FA 11/2020 Felietony

Leszek Szaruga

Europejskie sny

Fot. Stefan Ciechan

Gdy spojrzeć na Europę z perspektywy mieszkańca Iowa City bądź Nowosybirska, ten doklejony do potężnego korpusu Azji półwysep złożony z puzzli państw narodowych, których mieszkańcy mówią odmiennymi językami, wydaje się przestrzenią niezwykle egzotyczną, jeśli nie dziwaczną. Dla wielu irytującą. Ale też Europa z daleka wydaje się swego rodzaju lekko przecenianym dziedzictwem. Każdy, kto dość się naoglądał amerykańskich filmów, wie, że wyprawa na Stary Kontynent dla wielu Amerykanów jest podróżą do kolebki, zaś to, czy wylądują raczej w Bukareszcie niż w Kijowie, nie wydaje się czynić im różnicy. To wszak niemal to samo, zaś odległości śmiesznie niewielkie. Może jedynie Paryż, Londyn i Rzym jakoś się tu wyróżniają, choć większość amerykańskich Żydów raczej poszukuje korzeni w Europie Środkowo-Wschodniej, w Ukrainie, Polsce czy Litwie. Z kolei rosyjska Europa jest nieco inna. Nie może być uznawana za kolebkę, raczej za cywilizacyjnego (ale i politycznego) partnera obdarzanego dziwaczną Hassliebe, której najmocniejszy wyraz dają Scyci Aleksandra Błoka z ową potężną inwokacją: „Miliony – was. Nas – mrowie, mrowie, mrowie. / Spróbujcie, zmierzcie się z nami! / Tak, my – Azjaci! My – dzicy Scytowie/ Z pożądliwymi skośnymi oczami!”, aż po wyznane: „Rosja – to Sfinks. Czy brocząc czarną krwią, / Czy chmurząc się, czy grzmiąc radością, / Wciąż patrzy w ciebie, patrzy wciąż/ I z nienawiścią i z miłością”.

Sami Europejczycy mają z Europą problem. Nie odżegnują się wprawdzie od poczucia wspólnoty, wszelako z chęcią demonstrują odmienności i chronią swą tożsamość. Prawdę mówiąc, trudno by było odnaleźć Belga, Hiszpana, Włocha czy Chorwata z wpiętym w klapę znaczkiem ukazującym flagę Unii Europejskiej, tak jak to można obserwować u Amerykanów – jeszcze niedawno, przed chwilą niemal, będących Polakami, Litwinami czy Ukraińcami – którzy prawie natychmiast po otrzymaniu obywatelstwa USA demonstrują swą przynależność do „narodu amerykańskiego”, cokolwiek ten termin miałby oznaczać. Może obywatelskość jest tu bardziej wiążąca niż narodowość, wszak swych narodowych korzeni się jednak na ogół nie wyrzekają, a nawet je czasem demonstrują. Ktoś to badał?

Niemniej od dawna Europa, a raczej niektórzy Europejczycy zastanawiają się nad możliwością przemienienia mozaiki ludów, której elementy zdają się do siebie nie pasować, w obraz spójny i harmonijny. Nie myślę tu o scalaniu siłą czy to oręża, czy wiary – wszak „łacińska Europa” tworzona przez papiestwo nie była fantomem, lecz Martin Luter dość brutalnie ukazał jej niespójność, co zresztą kosztowało miliony ludzkich istnień w czasie wojny trzydziestoletniej. Myślę o projektach pokojowego zjednoczenia kontynentu. I żeby paradoksom stało się zadość, warto przypomnieć tekst projektu konstytucji europejskiej, powstały w chwilach oddechu w trakcie obrony Warszawy przed wojskami rosyjskimi podczas bitwy o Olszynkę Grochowską w roku 1831, autorstwa późniejszego profesora przyrodoznawstwa Wojciecha Jastrzębowskiego (1799-1882), a zatytułowany O wiecznym pokoju między narodami – wolne chwile żołnierza polskiego, czyli myśli o wiecznym pokoju między narodami cywilizowanymi, którego autor postulował, że „wszystkie narody europejskie mają się wyrzec wolności i zostać niewolnikami praw, wszyscy monarchowie mają być odtąd tylko stróżami i wykonawcami tychże praw i nie tytułować się inaczej tylko ojcami narodów”. Cały tekst opublikowanej wówczas broszury nie był obszerny – jakieś siedemnaście stron wypełnionych siedemdziesięcioma siedmioma artykułami proponowanej konstytucji dla „narodów cywilizowanych”.

Wcześniej z propozycją kongresu dla ustalenia „wiecznego pokoju” Wystąpił w 1795 roku Immanuel Kant. Kolejny projekt sformułował Théodore de Korwin-Szymanowski (1846-1901), polski ziemianin i poeta (piszący głównie po francusku), ogłaszając w 1885 roku dziełko I’Avenir économique, social et politique en Europa. Kolejna postać warta przywołania to urodzony w Częstochowie światowej sławy wirtuoz skrzypiec Bronislaw Huberman (1882-1947), którego Vaterland Europa ogłosił właśnie nakładem Neisse Verlag (Dresden 2020) profesor Marek Zybura – w uwagach przesłanych w 1932 roku z okazji organizowanego w Bazylei przez paneuropejczyków „Europa-Kongres” pisał, że nie istnieje alternatywa „federacja europejska lub państwa narodowe”, a „zjednoczenie Europy to nie pretensje idealistów, lecz conditio sine qua non przyszłego życia narodów europejskich”. Powstała z inicjatywy Richarda Coudenhove-Kalergiego w 1923 roku Międzynarodowa Unia Paneuropejska, wśród której prominentnych działaczy znalazł się polski dyplomata Aleksander Lednicki (1866-1934), to kolejny krok wiodący do powstania obecnej Unii Europejskiej.

Czy to znaczy, że europejskie sny zostały ziszczone? Trudno o tym przesądzać, obserwując obecne napięcia między dążeniami do zacieśnienia relacji instytucjonalnych a tendencjami do umacniania narodowych odrębności. Warto natomiast pomyśleć o tłumaczeniu książeczek Korwina-Szymanowskiego i Hubermana.

Wróć