logo
FA 11/2020 Felietony

Piotr Müldner-Nieckowski

Epidemia w dawnych czasach

W 1972 roku nastąpił nawrót epidemii grypy, która poprzednio atakowała świat dwukrotnie w latach 1968-1970. Był bezśnieżny listopad i czuło się, że idzie coś niedobrego. Jeszcze nie wiedziałem, że w maju wezmą mnie na długo do wojska jako lekarza, złośliwie przerywając szkolenie specjalizacyjne i przygotowania do doktoratu.

Należałem do młodej kadry, bo byłem świeżo po stażu, a to oznaczało zapał do pracy na wszystkich możliwych frontach. Ponieważ starałem się o przydział na chirurgię, a jak nie, to na położnictwo, władza ludowa reprezentowana na Akademii Medycznej przez pewnego pana doktora przyznała mi prawo startowania na internę. Doktor ów (późniejszy wiceminister zdrowia) z pewnością miał już w dokumentach, że jako niepokorny dostanę pawiestkę do woja w Grudziądzu na stanowisko lekarza pułku, dlatego nie kombinował z szukaniem dla mnie przydziału pracy poza stolicą, na przykład w Giżycku albo Nowym Sączu. Może też doszło do niego, że mam małe dziecko, a Szpital Wolski (ten przy ul. Kasprzaka 17) wystawił mi po stażu dobrą opinię, więc na odczepnego zgodził się na oddział chorób wewnętrznych. Dziś wiem (sam mi to po latach na pewnym dyżurze opowiedział), że otrzymał od tak zwanych władz (nie mówił których, ale pewnie od bezpieki) polecenie, aby w żadnym wypadku nie kierować mnie na oddział zabiegowy, bo na takim mi zależy. Na stażu pchałem się do asysty przy operacjach zarówno na chirurgii, jak i na okulistyce, ale też odebrałem prawie czterysta porodów (i zeszyłem tyleż kroczy), a ten drań mi wlepił internę. No cóż, mam taką naturę, że nie żałuję. To też wspaniała przygoda, czemu nie?

Zaczynałem więc dorosłą służbę lekarską pod okiem gastrologa doktora Mirosława Młodzkiego, który niestety wkrótce zginął w Tatrach, potem jako uczeń kardiologa doktor Teresy Kaszubowej. Miałem szczęście, znakomici lekarze, wspaniali nauczyciele. I kapitalna atmosfera na oddziale.

Pewnego dnia owego listopada dyrektor wezwał młodych ze wszystkich pięciu oddziałów internistycznych. Poczęstował kawą i powiedział, że to ostatni sympatyczny odruch z jego strony. „Idziecie zasilić przychodnie rejonowe na Woli, a praca będzie od ósmej do dwudziestej” – dodał. – „Jest grypa, a grypa jak wiadomo jest lekką chorobą, która w pewnych sytuacjach pozbawia życia. Dlatego żaden opór z waszej strony nie ma sensu”.

No i poszliśmy w miasto. Mnie przydzielono do przychodni przy ulicy Karmelickiej. Dostałem szafkę w Poradni Świadomego Macierzyństwa, którą kierowała znana później seksuolog i ginekolog Michalina Wisłocka, siostra znanego mi już ze Związku Literatów Polskich prozaika Andrzeja Brauna. W czasie herbatki dowiedziałem się, że pani doktor planuje napisanie książki, która wyzwoli Polki ze stresu łóżkowego, czyli nauczy figli-migli, bo te są potrzebne jak koniowi owies. „Pana też to wyzwoli, ale z zadufania”. Zrobiło się lżej na duszy. Pomyślałem, że w tej przychodni fajnie się żyje. Radość jednak trwała tylko chwilę, bo kiedy w rejestracji dano mi wykaz wizyt domowych, na sam widok usiadłem z wycieńczenia. Czterdzieści dwie! „We wtorek będzie o kilka mniej, ale to grypowy standard” – powiedziała siostra przełożona.

W szpitalu doktor Kaszubowa zrobiła nam wykład z grypy, z jej patofizjologii, przebiegu, skutków i metod postępowania. Najbardziej niebezpieczne powikłania to zapalenie mięśnia sercowego i zapalenie płuc, trudne do wykrycia nawet elektrokardiograficznie i w rentgenie. Trzeba być czujnym, robić precyzyjny wywiad i zawsze dokładnie badać czynność serca i płuc. Rozpisałem to sobie jako listę pytań (kierowanych do pacjenta) i zadań manualnych, po czym poszedłem do toalety (dla spokoju, bo tam szemrała tylko woda, a nie ludzka mowa) i nauczyłem się tego na pamięć, tak aby po obudzeniu w środku nocy recytować to bez zająknienia. Schemat wyjściowy działania był dość łatwy, ale ja już wiedziałem z wcześniejszych doświadczeń, że co mieszkanie, co rodzina, co delikwent, to inne podejście do życia i choroby, nie mówiąc o wymaganiach wobec lekarza, gadkach szmatkach o sąsiadach, próbach zwierzania się, rachunków sumienia, spowiedzi i relacji z poglądów na temat Gierka.

Z mapą dzielnicy na kolanach przepisałem kartę zleceń według kolejności adresów, pięter i liczby zgłoszonych osób. To zajęło pół godziny. A mogło być wykonane przez rejestratorki. „Już ja je nauczę następnego dnia rano!” – pomyślałem. Potem sprawdzenie, czy w teczce jest woda do picia i coś do jedzenia, czy są bilety na tramwaj i autobus, kartki papieru, długopis (najważniejsze narzędzie lekarza), recepty, bloczek ze zwolnieniami i kalką kopiującą, słuchawki, ciśnieniomierz, szpatułki gardlane, igła do badania czucia, spirytus do odkażania. Razem – pięć kilo do noszenia.

Wreszcie wymarsz, niemal biegiem, bo zrobiła się jedenasta, a na każdą wizytę wraz z dojściem wypadał mniej więcej kwadrans. To – gdybym miał pracować do dwudziestej. Z góry było jednak jasne, że skończę o pierwszej w nocy, same dojścia były średnio po dwadzieścia minut. Na szczęście przy ulicy Marcelego Nowotki (dziś generała Władysława Andersa) i w jej pobliżu były dwa barki szybkiej, jak na owe czasy, obsługi, czynne aż do dwudziestej drugiej, plus ­– bar mleczny. I luz na ulicy. Miasto wymarło. Nie trzeba było nikogo zawiadamiać, że jest epidemia. Wszyscy wiedzieli i rozumieli. O maseczkach nikt nie słyszał, ludzie zasłaniali usta rękawem.

e-mail: lpj@lpj.pl

Wróć