logo
FA 11/2020 życie akademickie

Marek Misiak

Dane z kosmosu

Fot. Stefan Ciechan

Zabrzmi to złośliwie, ale nie mogę się oprzeć wrażeniu, że dla popularyzatorów liczy się dotarcie z komunikatem do odbiorców, którzy zrozumieją omawiany problem i zainteresują się nim – podczas gdy dla autorów niektórych publikacji stricte fachowych liczy się chyba przede wszystkim akt nadania komunikatu w przestrzeń; nieważne, czy ktoś zrozumie całość, ważne, że zacytuje.

Kilka lat temu miałem okazję uczestniczyć w konferencji typograficznej połączonej z warsztatami. W pewnym momencie, gdy przysłuchiwałem się zażartemu sporowi między uznanym projektantem fontów z Krakowa i młodą, aspirującą typografką z Wrocławia, miałem nieoczekiwane skojarzenie z Wojną polsko-ruską Xawerego Żuławskiego. W trakcie przesłuchania na policji Silny (Borys Szyc) mówi do policjantki (Dorota Masłowska) spisującej zeznania na maszynie do pisania: „Życzę ci, żebyś dostała do tej swojej maszyny nowe literki – takie, jakich wcześniej nie miałaś”. Gdy pracuje się w branży wydawniczej, podobne sytuacje co jakiś czas się zdarzają: gdy osoba spoza środowiska słucha, jak edytorzy czymś się ekscytują, i widać, że kompletnie nie rozumie, co jest podniecającego w takich drobnostkach. Bo przecież jak można się spierać o konwencje wydawnicze czy o kształt liter? Gdy ktoś zajmuje w korporacji stanowisko o skomplikowanej, anglojęzycznej nazwie, też mało kto rozumie, czym właściwie się zajmuje, ale mało kto sugeruje, że są to rzeczy niepoważne. Pracownik branży wydawniczej nie ma tego komfortu – nie dość, że zajmuje się ezoterycznymi sprawami, to koniec końców okazuje się, że są to kwestie na poziomie przecinków czy ogonków w samogłoskach nosowych.

W naukowym slangu

Co ciekawe, zrozumienie znaczenia naszej pracy nie jest mocną stroną również wielu autorów, nad których artykułami lub książkami pracujemy. Pisałem już na tych łamach o argumencie stosowanym przez naukowców różnych specjalności, gdy w dyskusji nad jakimś niejasnym sformułowaniem zabrną w ślepą uliczkę: „To zdanie będzie zrozumiałe dla specjalisty”. Gdybym za każdym razem przyjmował takie uzasadnienie poprawności zdania za dobrą monetę, zwalniałbym do publikacji materiały napisane nie w naukowej odmianie polszczyzny czy angielszczyzny, ale w jakimś (słabo skodyfikowanym) naukowym slangu. Dziwnie kojarzy mi się to z koalangiem z Paradyzji Janusza A. Zajdla – ezoterycznym językiem, pozornie tylko zrozumiałym dla profanów.

Autorów, dla których poprawność językowa i elegancja stylu są żywotnie ważne, redaktor może znacznie częściej spotkać przy pracy nad publikacjami popularnonaukowymi, szczególnie skierowanymi do uczniów lub przynajmniej mogącymi trafić do takiego odbiorcy. Pracownicy nauki zajmujący się popularyzacją swojej dziedziny wiedzy dysponują nierzadko wynikającym z dużego doświadczenia wyczuciem, co będzie dla odbiorcy-niefachowca (w tym odbiorcy-dziecka) komunikatywne, co zbyt uproszczone (czytelnik może się poczuć niepoważnie traktowany), a co jednak zbyt trudne. Zabrzmi to złośliwie, ale nie mogę się oprzeć wrażeniu, że dla popularyzatorów liczy się dotarcie z komunikatem do możliwie dużej liczby odbiorców, którzy zrozumieją omawiany problem i zainteresują się nim, podczas gdy dla autorów niektórych publikacji stricte fachowych liczy się chyba przede wszystkim akt nadania komunikatu w przestrzeń; nieważne, czy ktoś zrozumie całość, ważne, że zacytuje.

Powyższe uwagi odnoszą się także do publikacji internetowych. Od pewnego czasu jestem korektorem tekstów zamieszczanych na portalu poświęconym astronomii i astronautyce i chcę tu podkreślić, że poziom zaangażowania autorów-specjalistów jest budujący. Ważne też, że mówimy tu o transferze wiedzy w obie strony. Autorzy chcą pisać jak najlepiej i żądają wręcz od korektorów, by przekazywali im uwagi krytyczne, natomiast sami z chęcią wprowadzają załogę działu korekty w tajniki fachowego języka (rzecz jasna na tyle, na ile jest to możliwe dla osób, które z astronomią nie miały wcześniej do czynienia, nawet amatorsko). Brzmi jak tekst z działu PR dużej firmy, sławiący pracę w „młodym, dynamicznym zespole”, ale tak to naprawdę wygląda.

Coraz więcej kalek z angielskiego

Tak jak w innych mediach tematycznych, tu również pojawia się problem przyjętych w pisaniu o danej dziedzinie sformułowań, które z perspektywy wzorcowej, ogólnej polszczyzny są w najlepszym razie wątpliwe poprawnościowo. Czasem bliżej im do bankowo-korporacyjnej nowomowy, której miejsce jest tylko w wewnętrznej dokumentacji, ale nie w biuletynie prasowym; czasem zaś – jak w języku prawniczym – stanowią zakorzeniony w tradycji i w pełni prawomocny element języka fachowego, z którym odbiorców publikacji popularnonaukowych na dany temat nie tylko można, ale należy zaznajamiać, aby przygotować ich do lektury tekstów na wyższym poziomie zaawansowania. Redaktor w przypadku każdego sformułowania musi rozstrzygać indywidualnie i nierzadko odbywa się to w porozumieniu z autorem.

Dostrzegam tu jedną, ale ważną minę. Na jej detonację są szczególnie narażeni specjaliści nauk ścisłych. Ponieważ większość źródeł w danym obszarze wiedzy tworzona jest po angielsku, cały język fachowy w tej dziedzinie ulega wpływom tego języka w stopniu znacznie większym niż polszczyzna ogólna. Nawet bardzo oczytany w polskojęzycznym piśmiennictwie autor, który oprócz literatury fachowej nie gardzi też humanistyką (dobrą powieścią, jakościową prasą), z biegiem czasu przestaje zauważać, że coraz więcej konstrukcji, którymi się posługuje, to kalki z angielskiego. Czym innym jest bowiem wprowadzanie anglojęzycznej terminologii wobec braku odpowiednich określeń w języku rodzimym, a czym innym powielanie całych konstrukcji gramatycznych, np. stosowania konkretnych przyimków (stąd inwazja „dla”) lub ich niepoprawna rekcja (czyli stosowanie niewłaściwego przypadka – z reguły biernika zamiast dopełniacza).

Bywają sytuacje, w których redaktor musi poszerzać swoje kompetencje. Tak jest, gdy nie wiadomo, jak zapisywać rosyjskie i ukraińskie nazwiska. Personalia wielu rosyjskich naukowców i kosmonautów są dostępne wyłącznie w źródłach anglo– i rosyjskojęzycznych. Jestem w stanie korzystać i z jednych, i z drugich, ale polska transkrypcja niektórych rzadziej spotykanych i bardziej skomplikowanych nazwisk nie jest oczywista, a próba ustalenia pierwotnej postaci nazwiska wyłącznie na podstawie wersji angielskiej może skutkować przeinaczeniami (np. końcówka –ow zmienia się w –ew). Z reguły wystarczy rzucić okiem na zapis cyrylicki, ale czasem konieczna jest konsultacja z rusycystą.

Charakterystyczne dla wielu tekstów popularnonaukowych jest też naśladowanie oficjalnego stylu komunikatów prasowych firm bądź instytucji, z przewagą rzeczownikowych konstrukcji analitycznych („dokonano inicjacji” zamiast „zainicjowano”, choć tak naprawdę najlepsze byłoby „rozpoczęto”). Po części może to wynikać z faktu, że autorzy często mają do czynienia z takim stylem komunikacji i wydaje im się on w pełni poprawny, a obawiają się, że próbując uprościć, przeinaczą (ten sam lęk staje się też nierzadko udziałem korektorów). Po części zaś jest kolejną konsekwencją funkcjonowania w anglojęzycznym środowisku. Języki germańskie w większym stopniu tolerują w tego typu tekstach nieosobowe, bierne i inne mało dynamiczne konstrukcje, czyniące składnię „ciężką” i spowalniające lekturę.

Słaba znajomość warsztatu dziennikarskiego

Naukowcy publikujący na popularnonaukowych portalach internetowych widzą swoją rolę jako po części dziennikarzy naukowych i jest to bardzo dobry objaw. Prestiż zawodu dziennikarza jest współcześnie dość niski, nad czym boleję, bo sam zarabiałem tak na życie przez szereg lat. Jednak w tym użyciu przez słowo „dziennikarz” rozumiem kogoś, kto pracuje z językiem i robi to w sposób świadomy – tym m.in. dziennikarz różni się od dostarczyciela czy twórcy contentu (content provider). Podczas jednej z narad online autor, z którym pracuję, określił siebie mianem dziennikarza-amatora. Uważam takie sformułowanie za krzywdzące i nawet nie z uwagi na wysokie kompetencje tej osoby. Skąd mieliby się brać dziennikarze naukowi, jeśli nie głównie spośród naukowców uprawiających dziennikarstwo naukowe w ramach popularyzacji wiedzy i doszkalający się w tym fachu na własną rękę? Tak, istnieją osoby z przygotowaniem dziennikarskim lub filologicznym, które na tyle orientują się w konkretnych dziedzinach nauk ścisłych, że mogą o nich kompetentnie pisać. Tyle że, po pierwsze, dotyczy to raczej prasy codziennej i opiniotwórczych tygodników, a po drugie takich osób będzie zawsze mniej niż naukowców chętnych do działań popularyzacyjnych. Dlatego jako redaktor i korektor tym bardziej chcę być do ich dyspozycji, jeśli tylko chcą się szkolić.

Warto też zauważyć, że wielu popularyzatorów nauki nie docenia swoich pisarskich kompetencji. Wyćwiczony umysł naukowca przez lata zapoznawania się z wysokiej klasy materiałami popularnonaukowymi (książkami i artykułami) nasiąka nimi i wiele tekstów, które sprawdzam, zredagowanych jest z gawędziarską swobodą. A to właśnie ona odróżnia styl popularnonaukowy od naukowego. W jednym z artykułów znalazł się żart z tytułu: „Dane zostały pozyskane przez NASA, zatem nikt nie odważy się sugerować, że są to dane z kosmosu”.

Jeśli w czasopismach i na portalach poświęconych upowszechnianiu wiedzy naukowej (cały czas mówimy tu o naukach ścisłych) widoczne są u autorów wyraźne luki kompetencyjne, to nie są one związane z szatą językową – jest ona kwestią wyrobienia u piszących i czujności u poprawiających. Problemem jest raczej słaba znajomość warsztatu dziennikarskiego, jeśli chodzi o konstrukcję tekstów i ich układ. Wielu autorów nie umie posługiwać się lidem (ani nawet nie wie, czym on jest). Jeśli tekst porusza kilka luźno związanych zagadnień, przejścia od jednego do drugiego bywają słabo zaznaczone i czytelnik podczas lektury może się po prostu pogubić. Sam podział na akapity bywa dość arbitralny. Każdy akapit powinien oznaczać nową myśl; tymczasem trafiają się teksty, w których taki podział sprawia wrażenie wprowadzonego mechanicznie co trzy, cztery zdania. Ten ostatni problem może wynikać z korzystania z anglojęzycznych źródeł. Wystarczy rzucić okiem na artykuły w internetowych wydaniach amerykańskich czy brytyjskich gazet i czasopism, by zauważyć, że akapity są tam krótsze.

Przy poprawianiu konkretnych tekstów o astronomii i astronautyce najcenniejszy dla redaktora jest sam ich klimat – można cofnąć się myślami do dzieciństwa, gdy z wypiekami na twarzy oglądało się filmy fantastycznonaukowe. Dlatego podczas tej pracy słucham w tle muzyki z klasyków gatunku. David Shire i Odyseja kosmiczna 2010, a z nowszych – Hans Zimmer i Interstellar. Wszechświat wciąż jest pełen tajemnic.

Wróć