logo
FA 10/2025 co z tą polonistyką?

Dariusz Skórczewski

Polonistyka bez polonistyki

Paradoks zafundowany przez decydentów


Polonistyka bez polonistyki  1

Rys. Sławomir Makal

Filologia narodowa pod każdą szerokością geograficzną służy podtrzymaniu kulturowej ciągłości wspólnoty.

By paradoks ten zrozumieć i dostrzec jego skutki w skali ogólnopolskiej, trzeba powrócić do początku, czyli do 2018 roku. Reforma nauki i szkolnictwa wyższego, wdrożona wtedy po szerokich konsultacjach środowiskowych (czy z uwzględnieniem stanowisk formułowanych podczas pamiętnych kongresów, to osobna sprawa), głęboko przeorała strukturę polskich uczelni, organizację nauki i jej finansowanie. Dotknęła także kształcenie filologiczne, o czym mówi się dość rzadko, a co zaowocowało takimi absurdami, jak konieczność ustalenia procentowego udziału dyscyplin literaturoznawstwo i językoznawstwo w programie studiów polonistycznych, które przed reformą były klasycznymi studiami dziedzinowymi, czerpiącymi z wartościowych i wciąż żywotnych tradycji filologicznych. Odłóżmy na bok przygnębiające skojarzenie z anegdotycznym wyjaśnieniem, czym jest socjalizm (dla przypomnienia: systemem permanentnie walczącym z problemami, które sam zrodził). W trakcie wspomnianych konsultacji zgłaszano między innymi zastrzeżenia do rozparcelowania filologii na dwie rozłączne dyscypliny, wskutek czego poloniści – a także inni filolodzy, jednak polonistów dotknęło to najmocniej ze względów, że tak powiem, etosowych – przestali stanowić zwarte, instytucjonalnie osadzone zespoły i stanęli wobec konieczności wyboru między literaturoznawstwem i językoznawstwem, tudzież naukami o kulturze i religii. W pracach nad nową ustawą Prawo o szkolnictwie wyższym i nauce nie wzięto zupełnie pod uwagę głosów naszego środowiska, że tego rodzaju administracyjny przymus pozbawia nas nie tylko właściwej naszej dziedzinie interdyscyplinarności, lecz także tożsamości. A przecież kształcenie uniwersyteckie w zakresie polskiej literatury i języka prowadzone w Polsce nie jest tym samym, co kształcenie neofilologiczne. Kontekst zmienia wszystko! Studia te inną mają do odegrania rolę w kraju i społeczeństwie, którego dotyczą. Można ją nazwać misyjną, filologia narodowa bowiem pod każdą szerokością geograficzną służy podtrzymaniu kulturowej ciągłości wspólnoty.

Katastrofalny podział

Zaprzątnięte koniecznością wdrożenia zapisów nowej ustawy władze uczelni nie zawracały sobie jednak zazwyczaj głowy takimi, na pozór mało istotnymi, sprawami. Przyjęty model finansowania badań naukowych sprzyjał najprostszej do przeprowadzenia restrukturyzacji, opartej na kryterium dyscyplinowym. Miejsce wcześniejszych, sprofilowanych językowo, interdyscyplinarnych zespołów filologów zajęły zatem nowo powstałe instytuty językoznawstwa i literaturoznawstwa, jednostki czyste rasowo, pardon – dyscyplinowo, trudno jednak bez ironii mówić o absurdach, jakie zafundowali nam decydenci administracyjnym pojmowaniem interdyscyplinarności. Ich rola od początku była czysto pragmatyczna. Szło o łatwość zarządzania nauką przez władze uczelni, w myśl przepisów ustawy bowiem to dyscypliny poddawane są ewaluacji i to one wypracowują kategorię naukową, która przekłada się na wysokość subwencji. Dla filologów jednak podział ten okazał się katastrofalny. Doprowadził do likwidacji jednostek, w których badania naukowe harmonijnie łączyły się z dydaktyką i które dawały skupionym w nich pracownikom jakże potrzebne poczucie identyfikacji. Jednostki te nierzadko chlubiły się tradycją sięgającą wielu dziesięcioleci. Nie o tradycję jednak tylko chodzi. Ciała te były funkcjonalne z dwóch głównych powodów. Po pierwsze, zrzeszały uczonych, dla których jądrem identyfikacji był język jako narzędzie kulturowej i społecznej komunikacji. Po drugie, prowadziły kształcenie kierunkowe w zakresie literatury i języka. Nie ma przecież w Polsce (i nie tylko w Polsce) studiów w zakresie bezprzymiotnikowego literaturoznawstwa czy językoznawstwa. Organizacja studiów filologicznych spowodowała zatem konieczność utworzenia na wielu uczelniach jednostek dedykowanych wyłącznie dydaktyce. Poradziliśmy sobie jednak jako społeczność akademicka i z tą przeciwnością, podobnie jak z wieloma innymi w przeszłości.

Pomijam opłakane skutki konieczności przypisania studiów filologicznych do tzw. dyscypliny wiodącej, czyli np. określenie, że na danym kierunku studiów efekty uczenia się są w 51 procentach literaturoznawcze, a w pozostałych 49 procentach językoznawcze (czytelnicy spoza branży przecierają zapewne oczy ze zdumienia). Wobec coraz to nowych interpretacji Polskiej Komisji Akredytacyjnej kwestia ta nie przestaje spędzać snu z powiek osobom odpowiadającym za programy studiów. To jednak materiał na osobną opowieść, a nawet powieść profesorską albo serial. Może Netflix pokusi się kiedyś o nakręcenie Pani Dziekan a la polonaise, z fabułą oplecioną wokół degradacji roli dziekana na polskim uniwersytecie?

W takich okolicznościach, po względnym okrzepnięciu nowych struktur świata akademickiego, rozporządzeniem ówczesnego ministra edukacji i nauki z 11 października 2022 roku zadekretowano utworzenie nowej dyscypliny „polonistyka”. Dokonano tego bez poszanowania dla elementarnych zasad logiki. Na jakim bowiem kryterium opiera się podział, w którym obok literaturoznawstwa i językoznawstwa wyodrębnia się polonistykę? Wprowadziło to do polonistycznego świata chaos. Jednostki, skupiające obok innych filologów również polonistów, a więc wydziały i utworzone parę lat wcześniej instytuty, znalazły się w trudnym, wręcz absurdalnym położeniu. Zdając sobie sprawę, że exodus polonistów z dyscyplin, w których w wyniku reformy się znaleźli, znacznie by je osłabił, doprowadzając w kolejnej ewaluacji do utraty kategorii naukowej, na którą od kilku lat solidarnie pracowano, władze większości uczelni za ten szczodry gest ministerstwu „podziękowały”. Na luksus posiadania nowej dyscypliny zdecydowało się tylko pięć spośród blisko trzydziestu ośrodków: UG, UAM, UJ, UŚ i UWr. Zmuszone one były wziąć na siebie koszt w postaci braku subwencji na jej finansowanie w trwającym okresie parametryzacyjnym, prawodawcy zabrakło bowiem wyobraźni, by w ślad za dekretacją o wymiarze ontologicznym (tak łatwo przecież wykreować nowy byt!) zaoferować rozwiązania prawno-ekonomiczne. W efekcie nowe, nieliczne instytuty polonistyki, zamiast stać się tym, czym być powinny – silnymi i prężnymi organizmami w strukturze uczelni – egzystują w formie kadłubowej, oparte na radach programowych o minimalnym wymaganym przepisami składzie kadrowym. Scenariusz, który umożliwiła legislacja sprzed trzech lat, okazał się w skali ogólnopolskiej dysfunkcyjny i nie spełnił dotąd nadziei polonistów na należyte traktowanie przez państwo polonistycznych badań naukowych i polonistycznego kształcenia.

Szczególne znaczenie społeczne

Środki przewidziane na naukę w uchwalonym właśnie przez Sejm budżecie na 2026 rok w wysokości 1% PKB stawiają pod znakiem zapytania szansę wzrostu nakładów finansowych na filologię narodową. A chodzi o obszar o strategicznym znaczeniu dla dalszego istnienia państwa, bo przecież rola nauczycieli ojczystego języka i literatury dla tożsamości obecnych i przyszłych obywateli jest bezdyskusyjna, mimo iż trudna do opomiarowania wskaźnikami. Chociaż nie, wskaźniki są: rosnąca liczba wakatów na etatach polonistów w szkołach podstawowych i średnich, zwłaszcza w mniejszych miejscowościach. Jeżeli władze państwa nie wyciągną wniosków z głosu środowiska polonistycznego, czeka nas paraliż i atrofia szkolnego kształcenia polonistycznego, a w nieodległej perspektywie prawdopodobnie największa katastrofa w historii polskiej edukacji po 1989 roku – utrata zastępowalności pokoleń kadr nauczycielskich.

W naszkicowanych tu realiach trudno się spodziewać w najbliższych latach nagłego zakiełkowania i rozkwitu dyscypliny polonistyka w pozostałych 80 procentach polskich uczelni. Większość z nich to nieduże ośrodki, dla których odpływ kadry polonistycznej z dotychczasowych macierzystych jednostek byłby równoznaczny z degradacją tych ostatnich, zatem na ruchu takim straciliby wszyscy. Część szkół wyższych o znaczeniu regionalnym, kształcących nauczycieli ojczystego języka, zmuszona bywa do zamykania naboru na studia drugiego stopnia, zamykając tym samym drogę do zawodu nauczyciela tym kandydatom, którzy nie będą mogli sobie pozwolić na studiowanie w dużym mieście, z dala od rodzinnego domu. Trudno obwiniać rektorów tych uczelni, za ich decyzjami stoi nieubłagany rachunek ekonomiczny. Regularnie zagrożone są też studia licencjackie. Bez programu systemowego wsparcia ze strony państwa w obecnych warunkach demograficznych kształcenie polonistyczne na wielu uczelniach może nie przetrwać.

Studia polonistyczne to oczywiście nie tylko studia pedagogiczne. Skupiam się jednak na tej ścieżce ze względu na jej szczególne znaczenie społeczne, tym większe, im większa dewaluacja zawodu nauczyciela w naszym kraju. Znaleźliśmy się obecnie w punkcie, w którym wprowadzone zmiany legislacyjne pociągnęły już za sobą określone skutki strukturalne. Prawo stanowione obowiązuje, nawet gdy jest złe. Zdajemy sobie sprawę, że w życiu społecznym nie można wciąż wciskać klawisza backspace. Dlatego kierując się realizmem, należy domagać się rozwiązań, które zapobiegną trzem największym zagrożeniom, jakie rysują się na horyzoncie akademickiego kształcenia polonistycznego.

Kod kulturowy wspólnoty

Zagrożenie pierwsze: utrata uprawnień do prowadzenia studiów polonistycznych, w tym w szczególności studiów przygotowujących do wykonywania zawodu nauczyciela-polonisty, przez te ośrodki, w których z przyczyn wyżej przedstawionych nie ukonstytuowała się (i prawdopodobnie się nie ukonstytuuje) dyscyplina polonistyka. Wiele, jeśli nie wszystko w tej sprawie zależeć będzie od stanowiska Polskiej Komisji Akredytacyjnej. Nietrudno wyobrazić sobie scenariusz, w którym – w zgodzie z twardą logiką, do której mogą kiedyś odwołać się decydenci – prawo do prowadzenia kierunku filologia polska zostaje administracyjnie ograniczone do tych podmiotów, które wykażą, że dysponują kadrą deklarującą przynależność do dyscypliny polonistyka. Stąd niezbędne jest osiągnięcie trwałego consensusu, zarówno środowiskowego, jak i instytucjonalnego, w kwestii tego, iż: 1) posiadanie przez uczelnię kadry akademickiej reprezentującej dyscyplinę polonistyka nie stanowi warunku niezbędnego do prowadzenia studiów polonistycznych, ponieważ: 2) warunkiem wystarczającym do ich prowadzenia jest kadra akademicka, prowadząca badania w dziedzinie polskiego języka i literatury niezależnie od deklarowanej dyscypliny naukowej.

Zagrożenie drugie: zróżnicowanie między ośrodkami w kwestii finansowania kształcenia polonistycznego w zależności od współczynnika kosztochłonności dla dyscypliny. Poloniści słusznie domagają się zwiększenia tego współczynnika zarówno w odniesieniu do polonistycznych badań naukowych, jak i polonistycznego kształcenia. Jest to bowiem jedyny powszechny, tj. możliwy do zastosowania we wszystkich podmiotach szkolnictwa wyższego, sposób wymiernej priorytetyzacji nakładów w tych obszarach. Także w tym wypadku nie można dopuścić, by beneficjentami wyższego współczynnika kosztochłonności były wyłącznie ośrodki, w których zdołała się ukonstytuować dyscyplina polonistyka. Doprowadziłoby to bowiem do dalszego upodrzędnienia uczelni regionalnych, których misja w zakresie kształcenia polonistycznego jest absolutnie nie do przecenienia.

Zagrożenie trzecie ujmę w formie postulatu rezygnacji z modelu ilościowego finansowania studiów polonistycznych. Studia te ze względu na swój unikatowy, misyjny charakter winny mieć zapewnione bezpieczeństwo i ciągłość nawet przy niższym naborze niż w przypadku innych kierunków. Szczególnie ważne w akademickim kształceniu polonistycznym jest przywrócenie relacji mistrz—uczeń, którą polityka finansowania opartego na wskaźniku liczby studentów przypadających na nauczyciela akademickiego w dużej mierze zniszczyła. Uzasadnienia dla zgłoszonego tu postulatu dostarcza rola, jaką ma do odegrania polonista w życiu społecznym, w szczególności jako nauczyciel i wychowawca kolejnych pokoleń, uczący korzystania ze wspólnotowego kodu kulturowego. Systemowe wsparcie państwa zdjęłoby z polonistów — zwłaszcza tych pracujących w niewielkich zespołach, na mniejszych uczelniach — poczucie permanentnego zagrożenia i pozwoliło odzyskać pewność siebie oraz wigor, tak potrzebne, by w twórczym dialogu ze studentami wprowadzać ich w świat idei, tradycji i literackiej wrażliwości, której nie sposób uformować w warunkach masowego kształcenia.

Podczas rozmaitych konwentykli gromadzących polonistyczne środowisko, w tym także w trakcie konferencji, która odbyła się w Senacie RP 27 października tego roku, pocieszaliśmy się na poły żartobliwie, że polonistyka przeżyła już tyle, że przeżyje i utworzenie dyscypliny polonistyka. Obserwując jednak procesy, zachodzące w różnych sferach w naszym kraju, trzymam swój optymizm mocno na smyczy.

Prof. dr hab. Dariusz Skórczewski, dziekan Wydziału Nauk Humanistycznych KUL

Wróć