Tomasz Mizerkiewicz

Rys. Sławomir Makal
Jest tylko jedna dziedzina, która przynosi Polsce regularnie, ostatnio raz na 25-30 lat, Nagrodę Nobla. Jest nią literatura polska. Dlaczego się to udaje? Z powodu dobrych instytucji promocyjnych, aktywności pism literackich, stosującej bezkompromisowe kryteria wartościowania krytyce literackiej i… dzięki polonistyce. Andrzej Skrendo zauważył kiedyś, że do kanonu wchodzą tylko dzieła opatrzone kanonicznymi interpretacjami. Przygotowaniem tych interpretacji zajmują się polonistki i poloniści, to oni wypuszczają w świat nie tylko informacje o polskich utworach, ale i eksportują już gotową wiedzę literaturoznawczą na ich temat. Od zawsze polskie literaturoznawstwo było przy tym znakomicie skomunikowane ze światem, a do tego wspierało sztukę przekładu polskich utworów na języki obce. Jeden przekład na język dominujący – kiedyś francuski, teraz angielski – nie załatwiał nigdy sprawy, musiała to być strategicznie zaplanowana seria przekładów na wiele języków, w tym skandynawskie. W finale bowiem toczy się bardzo subtelna rozgrywka w środowiskach sztokholmskich, ale arkana wiedzy i na ten temat posiedli ludzie polskiej literatury i polskiego literaturoznawstwa.
Co w podobnej sytuacji winien uczynić decydent dysponujący środkami na badania w Polsce? Racjonalna byłaby jedna jedyna zasada: najpierw zabezpieczam środki dla tych, którzy efektywnie budują markę Polski w skali globalnej, czyli dla polonistów i polonistek, a dopiero potem zajmuję się innymi. Mówiąc inaczej: decydent ów postąpiłby dokładnie tak, jak wspiera się potężnymi budżetami germanistykę w Niemczech czy romanistykę we Francji, gdyż wszystkie kraje G20 walczą bezpardonowo o prestiż swojego języka jako języka nauki. Zatem sama już sprawa Nagrody Nobla – pomijam wiele innych, ważniejszych nawet powodów – powinna spowodować, że państwo polskie otoczy specjalną opieką i udzieli wsparcia polonistyce. Tymczasem nie tylko rozdaje się dofinansowania wszystkim dyscyplinom wokół oprócz polonistyki, ale i w czasie, gdy kierowali nauką ministrowie Jarosław Gowin i Przemysław Czarnek podjęto decyzje, które miały przy okazji dyscyplinę polonistyka zniszczyć kompleksowo i niezwykle starannie, tak ażeby nie pozostał po niej kamień na kamieniu.
Jeszcze do czasu, gdy urzędowała minister Barbara Kudrycka, możliwe były korekty pewnych koncepcji w reakcji na głosy środowiska polonistycznego. Był wówczas projekt, by punktowane były wyłącznie publikacje w językach kongresowych, ale po interwencji polonistyk zmieniono ten zapis na publikowanie „w języku właściwym dla danej dyscypliny”. Potem jednak już nikt środowiska polonistycznego nie słuchał i przyjęto rozwiązania, które miały doprowadzić polonistykę do ruiny. Najpierw minister Gowin mimo środowiskowych petycji nie zgodził się na wpisanie polonistyki do ministerialnego wykazu dyscyplin. W rezultacie zasłużone instytuty filologii polskiej w większości rozwiązano, a polonistów zmuszono do zapisania się do innych dyscyplin. Minister Czarnek raz po raz nagle awansował kilka czasopism publikujących w języku polskim, często jednak były to decyzje co najmniej dwuznaczne, dlatego jego następca je zaraz uchylił. Samej zasady wyższości publikacji anglojęzycznych nad polskojęzycznymi w każdym razie nie naruszono.
Co do polonistyki, to minister Czarnek po kilku latach nagle ogłosił, że można się zapisywać do polonistyki, ale… kazał za to słono zapłacić. Przez analogię do pewnej decyzji polskiego rządcy sprzed dwustu lat mówiliśmy wtedy gorzko, że minister Czarnek zdjął nam kajdany razem z butami. Nie tylko przypilnował, żeby polonistyka miała najniższą możliwą kosztochłonność, ale też, pomimo licznych próśb, nie wprowadził regulacji, która osobie przechodzącej do nowej na danej uczelni dyscypliny pozwoliłaby do czasu ewaluacji wnieść do niej swoją dotychczasową ocenę parametryczną. W efekcie minister nie musiał na pracownika naukowego przechodzącego do polonistyki naliczać 1/3 subwencji. Tylko pięć uczelni zdecydowało się w tej sytuacji ponieść straszne koszty stworzenia dyscypliny polonistyka, w większości uniwersytetów nadal nie ma tej dyscypliny, nie z winy ich władz ani nie z winy opieszałości w działaniu polonistek i polonistów. Dodatkowo zresztą na niektórych uczelniach odejście polonistów z dotychczasowych dyscyplin doprowadziłoby do ich zapaści. Symbolem dokonań ministrów Gowina i Czarnka pozostanie na zawsze fakt, iż w Warszawie, w stolicy Polski nie ma już polonistyki. Są studia polonistyczne, ale żadna uczelnia warszawska nie utworzyła dyscypliny naukowej polonistyka.
Wróćmy jeszcze do Nagrody Nobla. Drugim czynnikiem sukcesów noblowskich naszych pisarek i pisarzy jest polszczyzna. Nie mógł się nadziwić szwedzki laudator Olgi Tokarczuk, jakim to fenomenem musi być ta polszczyzna, która tak często rodzi zdumiewających cały świat pisarzy i pisarki. Nam byłoby łatwiej powiedzieć, że język polski z powodu strukturalnego skomplikowania pozwala nazywać najróżniejsze niuanse znaczeń, myśli, emocji. Badana przez polonistykę wielość odcieni znaczeniowych, jakie możemy nadawać słowom dzięki samym zmiennych końcówkom wyrazowym, pozwala najściślej doprecyzowywać każdą myśl, koncepcję, wyobrażenie. Jeśli ktoś nie jest pewien, czy wie, o czym w tym miejscu mówię, wystarczy, że przeczyta Dziewczynę Bolesława Leśmiana. Gigantyczny potencjał polszczyzny jest zatem tym, co unosi polskie pisarki i pisarzy na wyżyny, gdyż daje im niesłychane wprost możliwości wyrażeniowe.
Co w tej sytuacji zrobiło nasze ministerstwo w czasie rządów ministrów Gowina i Czarnka? Usunęło język polski z nauki w Polsce. Wprowadzono bardzo wydajny system, wedle którego za publikację w języku polskim można otrzymać maksymalnie połowę punktów, jakie uzyskałoby się za tę samą publikację po angielsku. W efekcie nastąpiła natychmiastowa ucieczka uczonych od języka polskiego, a z upierającymi się do dziś przy publikowaniu po polsku rozprawi się nadchodząca parametryzacja. Język polski przestał być językiem nauki w Polsce. Potencjał, z którego żyje polska literatura i towarzysząca jej polonistyka, kapitał kulturowy przynoszący Polsce Nagrody Nobla został zabrany polskim uczonym. A przecież dla dobra nauki zdrowsza jest sytuacja, jaka panowała wcześniej, czyli faktyczna dwujęzyczność, a nawet wielojęzyczność nauki. Dlaczego polskie uczone i polscy uczeni mają myśleć wyłącznie w jednym, i to koniecznie obcym, języku? „Granice mojego języka są granicami mojego świata”, powiedział swego czasu Ludwig Wittgenstein, dlaczego zatem mamy ten świat języka zubażać, krępować zdolność innowacji i myślenia naszych uczonych? Domyślić się w każdym razie dość łatwo, że w takiej sytuacji polonistyka znalazła się na samym dnie świata urządzonego według błędnych doktryn ministerialnych.
Czego chce dzisiaj środowisko polonistyczne stale uparcie się reintegrujące mimo rozproszenia i podzielenia? Po pierwsze, żąda ono stanowczo, aby język polski znowu był równoprawnym językiem nauki w Polsce i żeby instytucje państwa mu to zagwarantowały, gdyż rozwój naukowego języka polskiego należy do długofalowych strategicznych interesów Polski. Nie jest dopuszczalne, aby najlepsze pisma polonistyczne i monografie polonistyczne mogły mieć tylko połowę punktacji przyznawanej publikacjom obcojęzycznym, muszą mieć punktację równą najwyżej punktowanym publikacjom w języku angielskim. Publikowanie w języku polskim należy zresztą do obowiązkowych składowych etosu polskiego uczonego i polskiej uczonej. Kiedy widzę uczonych, którzy dzisiaj skwapliwie i całkowicie uciekli od polszczyzny, to zawsze przypomina mi się Florian Znaniecki. Jako światowej sławy socjolog zrobił karierę na uczelniach amerykańskich i mógł tam wygodnie się urządzić, ale Polska odzyskała niepodległość, wrócił więc do kraju i zbudował podstawy socjologii uprawianej także w języku polskim. Każdy z nas może sobie dzisiaj zadać pytanie: ile artykułów naukowych (nie: popularnonaukowych) w języku polskim opublikowałem w ostatnich pięciu latach oraz ile monografii naukowych w języku polskim opublikowałam w ostatnich dziesięciu latach? Jeśli czegoś nie zmienimy, to niedługo czeka nas dość zabawna sytuacja. Studenci politechnik ukraińskich bowiem uczą się teraz obowiązkowo polskiego naukowego języka technicznego. Za kilka lat już jako młodzi uczeni podczas spotkania z uczonymi z polskich politechnik dowiedzą się zapewne, że są jedynymi na świecie użytkownikami polskiego naukowego języka technicznego.
Po drugie, polonistki i poloniści domagają się, aby wzorem wszystkich innych liczących się krajów, strategicznie ważna dla państwa polskiego dziedzina, jaką jest polonistyka, była prowadzona w jednostkach o bardzo dużych budżetach pozwalających im swobodnie działać w skali międzynarodowej. Polonistyka powinna zawsze posiadać co najmniej 50 procent kosztochłonności dyscypliny posiadającej aktualnie najwyższą kosztochłonność. Obecnie polonistyka musi mieć kosztochłonność 2.0, zarówno jeśli chodzi o koszty kształcenia, jak i koszty prowadzenia badań. Za rok zostaną zamknięte pierwsze polonistyki w mniejszych ośrodkach akademickich. Ciekawe kogo zatrudnią wtedy dyrektorzy szkół działających w tamtych regionach dzwoniący od dawna do tych likwidowanych polonistyk z prośbami o nowych absolwentów. Kosztochłonność 2.0 pozwoliłaby uratować te najsłabsze polonistyki, a wszystkie inne ośrodki otrzymałyby szansę na powstanie z gruzów i przygotowanie do realizacji wielkich cywilizacyjnych wyzwań, jakie stoją przed nimi jako reprezentantkami flagowej dyscypliny kraju z pierwszej dwudziestki gospodarek świata. Dodać zresztą można, że Rada Doskonałości Naukowej określiła polonistykę jako obszar badań interdyscyplinarnych obejmujących potencjalnie wszystkie dyscypliny humanistyczne. Najwyżej wyceniana z nich ma właśnie kosztochłonność 2.0, jest to zatem racjonalny minimalny próg kosztochłonności dla polonistyki.
Po trzecie, środowiska polonistyczne domagają się wprowadzenia regulacji, która pozwoli osobom przechodzącym do dyscypliny nowej na ich uczelni zachować ocenę parametryczną, bo dopiero wtedy dowiemy się, ile będzie polonistyk i jak silnych liczbowo. Po utworzeniu pięciu rad naukowych dyscypliny polonistyka nikt więcej nie utworzy następnych, jeśli taki zapis ustawowy się nie pojawi. Sprawa nie dotyczy tylko samej polonistyki, ale paraliżuje rozwój innych nowych dyscyplin w Polsce.
Sprawy powyższe bardzo mocno wybrzmiały podczas konferencji „Polonistyka i jej strategiczne znaczenie dla państwa polskiego”, jaka odbyła się 27 października 2025 r. w Senacie Rzeczypospolitej Polskiej. Okazuje się, że to Senat RP jest jednym z pierwszych urzędów, który dostrzegł opłakaną sytuację polonistyk, być może przy okazji zajmowania się sprawami Polonii i kontaktów z polonistykami zagranicznymi, co należy do jego konstytucyjnych zadań. A może dlatego, że wicemarszałkiem senatu jest Rafał Grupiński, polonista z wykształcenia, gdyż to on podjął decyzję o organizacji tego ważnego wydarzenia, w którym wzięła też udział wiceminister Karolina Zioło-Pużuk. Dla uczestniczek i uczestników konferencji był to pierwszy od wielu lat sygnał, że władze państwa polskiego są skłonne przemyśleć swoją decyzję o odejściu od języka polskiego jako języka nauki w Polsce. Był to też pierwszy od wielu lat akt uszanowania środowiska naukowego tak źle potraktowanego, a tak silnie związanego z polskim językiem, literaturą i kulturą. Wiemy, że ministerstwo zaproponowało teraz częściowy powrót do wysokiej punktacji czasopism i monografii w języku polskim, ale też jesteśmy pewni, że propozycja ta spotka się z ostrą krytyką. Mamy mimo wszystko nadzieję, że konferencja w Senacie RP oraz ważna rozmowa o polonistyce, jaka się tam odbyła, będzie początkiem zmiany losu ośrodków polonistycznych.
Kiedy Stefan Żeromski pisał o próbach rusyfikacji polskiej młodzieży, pokazywał, że odbywało się to także przez zmuszanie jej do czytania książek naukowych napisanych po rosyjsku. Pisarz chciał nas pocieszyć i przekonywał, że tak zaplanowane oderwanie od polskości się nie udało, dlatego zatytułował swe dzieło Syzyfowe prace. Tymczasem współcześnie udało się w okresie mniejszym niż dekada usunąć język polski z nauki w Polsce, a środowisko polonistyczne rozproszyć, spauperyzować i pozbawić jakiegokolwiek prestiżu. Działania ministra Gowina, ministra Czarnka oraz ich zwolenników to były zasmucająco skuteczne, nie-syzyfowe prace.
Prof. dr hab. Tomasz Mizerkiewicz, przewodniczący Konferencji Polonistyk Uniwersyteckich, dziekan Wydziału Filologii Polskiej i Klasycznej UAM w latach 2016-2024