logo
FA 10/2025 okolice nauki

Grzegorz Bartosz

Biurokrasfera

Biurokrasfera 1

Rys. Sławomir Makal

Co jest środowiskiem naszego życia? Geograf odpowie, że „atmosfera” lub, bardziej precyzyjnie, „troposfera”, biolog może odpowiedzieć, że „biosfera”, antropolog, że „antroposfera”. Niezależnie jednak od specjalności polski naukowiec ma prawo odpowiedzieć, że podstawowym środowiskiem jego działalności jest biurokrasfera. To takie dziwne środowisko, w którym króluje biurokracja, i to w najrozmaitszych przejawach.

Codziennie mamy kontakt z najniższymi, nie najważniejszymi, lecz uciążliwymi warstwami biurokrasfery. Na załatwienie prostej sprawy musi pracownik „parający się nauką” niejednokrotnie czekać tygodniami, bo Pan/Pani w administracji, który/a tą sprawą się zajmuje, jest na urlopie. Wprawdzie w takiej sytuacji ktoś winien zastępować osobę urlopowaną, ale zwykle ta osoba jest na tyle niezorientowana, że radzi po prostu poczekać na powrót specjalisty z urlopu. Zmuszony jest wielokrotnie podawać te same informacje, które zostały już wprowadzone do odpowiednich systemów informatycznych, ale te systemy to oddzielne księstwa rządzone przez różnych władców i nie mogą sobie nic przekazać (lub nikomu nie chce się sięgać do ich zasobów). Informatyzacja miała ułatwić różne sprawy, ale często skutek jest taki, że ten sam formularz należy wypełnić w formie elektronicznej, a następnie wydrukować, podpisać i zanieść, gdzie trzeba. Recenzję trzeba wysłać w formie pisemnej, ale także zeskanować i wysłać na nośniku elektronicznym (niekiedy, ale nie zawsze, można przesłać elektronicznie). Trudno przecież wymagać, by w instytucji przyjmującej recenzję ktoś posłużył się skanerem i naszą recenzję zeskanował. Zamiast tego dużo prościej jest zażądać, by recenzent oświadczył, że treść recenzji uwiecznionej na nośniku jest identyczna z podpisanym wydrukiem. Kolejna kawa dużo lepiej wtedy smakuje.

Wiadomo, że przestrzeganie reguł jest w pracy, także naukowej, nieodzowne, że trzeba dotrzymywać terminów i zadaniem administracji jest przypominanie o zobowiązaniach pracowników nauki/nauczycieli akademickich i pomoc w ich egzekwowaniu, ale nie przerzucanie na nich części swoich obowiązków, na zasadzie zawodów w przeciąganiu liny. Administracja została przecież powołana dla obsługi, ale nie zarządzania pracownikami nauki.

Te uciążliwości codziennego życia naukowca, wynik przepychanki motywowanej imperatywem jak najmniejszego działania, to jednak jest to tylko najniższa warstwa biurokrasfery. Warstwą właściwą jest biurokratyczna wizja rzeczywistości: uporządkować wszystko, wtłoczyć do regularnych tabelek, by nie było pustych pól i nic nie wystawało.

Urlop nauczyciela akademickiego jest (to moje osobiste zdanie) tak paradoksalnie długi, że osoby naprawdę zaangażowane w uprawianie nauki nie mają czasu go w pełni wykorzystać i rosną zaległe urlopy. Trzeba je wykorzystać, bo inaczej PIP nałoży karę na przełożonego. No ale wtedy nic nie wolno – np. podpisywać dokumentów (wiadomo przecież, że na urlopie obowiązuje ścisły zakaz działalności służbowej). Uczestniczyć w zebraniu będąc na urlopie? Chyba wolno, ale głosować na posiedzeniu rady już nie. Dobrze że podczas urlopu choć przelew wypłaty można odebrać, a policja myśli nie kontroluje czy przypadkiem pracownik nie rozważa tematów związane z pracą. Zgodę na zmianę terminu urlopu musi wyrazić rektor i choć wiadomo, że nie on to robi w praktyce (przykład przystosowania do życia w biurokrasferze), to w myśl biurokratycznych reguł powinien osobiście kontrolować terminy urlopów tysięcy pracowników uczelni i ich zmiany. Czyżby celem tego zapisu było ograniczenie jego możliwości zajmowania się sprawami bardziej ważkimi?

Komu przyznawać wyróżnienia, ordery czy medale? Najprościej zrobić tabelkę z rokiem otrzymania poprzedniego odznaczenia i pilnować, by wszyscy coś dostawali w regularnych odstępach czasu. Znam wiele miejsc, w których taka zasada funkcjonuje. Trochę to przeczy samej idei wyróżniania, ale duch biurokracji triumfuje i spokój w zespole jest zachowany (osoby dotknięte naukowym czy dydaktycznym ADHD mogą trochę narzekać, ale przecież powszechnie wiadomo, że one zawsze generują problemy). Zaryzykuję tezę, że w naszym szkolnictwie wyższym korelacja pomiędzy medalami i odznaczeniami a rzeczywistymi osiągnięciami wykraczającymi poza długość stażu pracy jest co najwyżej umiarkowana, a gdyby w jakiś sposób te osiągnięcia skwantyfikować i skorelować z liczbą i ważkością wyróżnień, wartość współczynnika korelacji nie osiągnęłaby istotności statystycznej.

Spójrzmy jednak na problem najważniejszy, górne warstwy biurokrasfery: biurokratyczną ocenę działalności naukowej. Wydawać by się mogło (i z pewnością wielu decydentom się wydawało), że wprowadzenie ilościowej miary oceny aktywności naukowej opartej na punktowej ocenie „efektywności publikacyjnej” zależnej od rangi czasopism lub wydawnictw, w których te publikacje się ukazały, wytworzy parametr wymierny, eliminujący arbitralność oceny i w zasadzie uniwersalny. W zasadzie, bo skoro ranga czasopism mierzona wskaźnikami cytowalności jest różna w różnych dyscyplinach, stworzono system wyrównujący szanse różnych dyscyplin poprzez arbitralne przypisanie czasopismom „punktów ministerialnych”. Wadom tego systemu, unikatowego w skali światowej (oczywistym nawet przed świątobliwym gwałtem dokonanym na nim przez ministra Czarnka), poświęcono zbyt wiele krytycznych esejów, by warto było powtarzać podnoszone w nich argumenty. Przerażającym owocem tego systemu stała się zmiana sposobu myślenia znacznej części, jeśli nie większości pracowników nauki, a zwłaszcza kierowników zespołów naukowych w naszym kraju: głównym problemem stało się takie publikowanie wyników, by uzyskały jak najwięcej punktów ministerialnych. A przecież, parafrazując słynne powiedzenie, nie o taką naukę walczyliśmy. Wyobrażałem sobie, że uprawianie nauki powinno wyglądać mniej więcej tak: szef zespołu olśniony świetnym, nowym pomysłem kieruje pracą zespołu zmierzającą do rozwiązania problemu badawczego, w miarę potrzeby nawiązując współprace z innymi zespołami dysponującymi odpowiednią aparaturą i wiedzą ekspercką, zmierzając do przygotowania jak najlepszych publikacji w świetnych czasopismach, najbardziej cenionych w danej dyscyplinie czy interdyscyplinarnych. Odwiedzając różne ośrodki naukowe, kilkakrotnie widziałem widniejące w widocznym miejscu hasło: „Nasz cel to Cell” („Cell” – świetne czasopismo poświęcone biologii komórki, o wartości impact factor 42,5, CiteScore 74,8; a liczbie punktów ministerialnych jedynie 200, tak jak wiele innych, dużo gorszych czasopism). Czy choć jedna publikacja w czasopiśmie takiej rangi nie powinna być oceniana jako dużo ważniejsze osiągnięcie niż uciułanie nawet 1000 punktów ministerialnych miernymi publikacjami?

No tak, słyszałem często, ale system punktowy wymusza przynajmniej aktywność publikacyjną, a przez to badawczą, wszystkich pracowników, pod groźbą otrzymania negatywnej oceny okresowej, co w inny sposób jest trudno osiągalne. Hmm… czy chodzi o jakąkolwiek działalność, byle dostarczała punktów ministerialnych? I czy dopiero ocena okresowa, a nawet trzy kolejne są potrzebne, by stwierdzić, że czyjaś działalność naukowa jest niewystarczająca? Szef zespołu wie to doskonale dużo wcześniej. No ale obowiązujące, przyjazne pracownikowi prawo pracy nie pozwala na natychmiastowe podziękowanie pracownikowi za współpracę ze względu na niską efektywność jego wysiłków. Prawa pracy nie zmienimy tak łatwo, a można się też zastanawiać, czy warto to robić pochopnie. Czy jednak nie ma możliwości zwiększenia efektywności pracy naukowej w istniejących ramach prawnych? Pewnym rozwiązaniem mogłoby być przesuwanie pracowników nauki z zespołów mniej aktywnych do bardziej aktywnych naukowo, w których realizowane projekty stwarzałyby szanse większej aktywności naukowej i wręcz ją wymuszały. Takie rozwiązanie, stosowane w niektórych instytutach PAN, wydaje się nierealne w uczelniach, z ich sztywną strukturą katedr i zakładów, do których pracownicy są przypisani jak chłop pańszczyźniany do ziemi. System feudalny jednak w końcu załamał się, czego jedną z przyczyn była jego niska konkurencyjność. Analogiczny proces można w nauce przeprowadzić w sposób dużo szybszy i bardziej racjonalny.

Wracając do wierzchołka naukowej biurokrasfery, warto przypomnieć tekst prof. L. Kaczmarka z marcowego numeru „Forum Akademickiego” o systemie ewaluacji placówek naukowych w Portugalii. Nie nawołuję do wiernego kopiowania jakiegokolwiek wzorca, ale ewaluacja, w moim przekonaniu, winna obejmować wiele aspektów działalności placówki, w tym najważniejsze osiągnięcia, wagę tematyki badawczej, strukturę placówki i perspektywy jej rozwoju, a także rady i sugestie dotyczące dalszej działalności. Bo przecież powinno w ewaluacji chodzić nie tylko (a może nawet nie tyle) o to, kto jest lepszy, a kto gorszy, lecz by wszędzie podwyższał się poziom badań naukowych.

Pracownicy uczelni rozliczani są nie tylko z pracy badawczej, lecz także dydaktycznej. Trudno przecenić rolę Państwowej, a następnie Polskiej Komisji Akredytacyjnej w dbałości o jakość dydaktyki w uczelniach wyższych. Czy jednak i ta działalność nie wkroczyła w obszar biurokrasfery? Większość działań Komisji sprowadza się do papierologii, zgodności opasłych sprawozdań w wymogami. Oczywiście, to jest konieczne, by nie dochodziło do jawnych patologii nauczania, ale czy wystarczające? Czy test kompetencji (zdolności wykonania praktycznego zadania, np. szczegółowego zaplanowania procedury sklonowania konkretnego genu czy syntezy inhibitora proteazy określonego wirusa w biochemii czy biotechnologii, przy nieograniczonym dostępie do internetu, ale w czasie na tyle ograniczonym, by wymagał solidnej znajomości podstaw niezbędnej wiedzy) nie byłby lepszym sprawdzianem poziomu nauczania niż zgodność sylabusów z odpowiednimi kryteriami?

Nasza działalność, w zamierzeniu mająca mieścić się w sferze normalnego, sensownego działania opartego na priorytetach merytorycznych (którą można określić mianem normosfery), ciągle styka się z biurokrasferą, w której priorytety ustępują pokusie łatwiejszego, lecz nie zawsze merytorycznie słusznego przewartościowania. Biurokrasfera – tak jak strefa dla palących na lotnisku – jest potrzebna, ale nie powinna niepotrzebnie rozszerzać się kosztem normosfery. Jej rola wobec normosfery powinna pozostać służebna i musimy zachowywać ciągłą czujność, by te role nie ulegały odwróceniu.

Grzegorz Bartosz, Uniwersytet Rzeszowski

Wróć