logo
FA 10/2025 z laboratoriów

Piotr Kłodkowski

„Azjatycka Wielka Gra”

O przyszłej dominacji Azji we współczesnym świecie


„Azjatycka Wielka Gra”  1

Azja Południowa, mapa polityczna. Źródło: Wikipedia

Zahamowanie ekspansji chińskiej w Azji Południowej oraz w innych rejonach kontynentu oznaczałoby porażkę Pekinu w dążeniu do globalnej supremacji, natomiast wyeliminowanie przez niego zagrożeń realizowanej ekspansji w tej części świata byłoby tożsame z szerokim otwarciem bramy wiodącej ku faktycznej supremacji. To właśnie są możliwe scenariusze przyszłej Azjatyckiej Wielkiej Gry, której implikacje mogą mieć charakter globalny, co oznacza między innymi aktywne zaangażowanie Stanów Zjednoczonych.

Na początku XXI wieku teza o „nowej azjatyckiej hemisferze” – określenie wykoncypowane przez singapurskiego dyplomatę Kishore Mahbubaniego – która miała stopniowo zdominować politykę globalną, wyglądała z perspektywy euroatlantyckiej na dość prawdopodobną, zaś kilkanaście lat później, czyli w połowie drugiej dekady, na niemal przesądzoną. Amerykański „pivot to Asia” został uznany w Europie, chociaż nie bez oporów, za logiczną konsekwencję zmian na współczesnej szachownicy (lub lepiej: szachownicach) polityki międzynarodowej, zaś kolejni prezydenci USA, i to niezależnie od stosowanej retoryki, de facto podtrzymywali kurs na zmianę wektorów dyplomatycznych i gospodarczych. Inwazja Rosji na Ukrainę zasadniczo nie zahamowała tej tendencji i mało prawdopodobne, aby w przyszłości Stany Zjednoczone były bardziej skupione politycznie, gospodarczo i militarnie na Europie aniżeli na Azji. Zresztą jako globalne supermocarstwo są w stanie realizować swoje zadania w kilku wrażliwych obszarach świata jednocześnie.

Współczesna Azja, a przynajmniej duża jej część, jest bardziej asertywna aniżeli kilka dekad wcześniej. Nie sposób zaprzeczyć, że kolejne państwa azjatyckie coraz częściej rozgrywają swoje partie już nie czarnymi, lecz białymi pionami, nie czekając na ruch supermocarstwa, którym kiedyś były Wielka Brytania bądź Francja czy Rosja, a obecnie Stany Zjednoczone i zaraz potem Chiny. Nie jesteśmy jeszcze obecnie pewni, czy w takim razie doświadczymy tego, co Graham Allison opisał jako fenomen „pułapki Tukidydesa”, który oznaczałby nie tylko próbę zdominowania świata przez supermocarstwo azjatyckie, ale faktycznie globalny awans niemal całego kontynentu na światowej scenie politycznej, a przynajmniej przesunięcie się centrum rozwoju gospodarczo-społecznego w tamtym kierunku. W każdym bądź razie Nowa Ziemia Obiecana, lokowana na wschód od Europy, staje się bytem całkowicie samodzielnym politycznie, na razie jeszcze nie w pełni dominującym na świecie, ale z podmiotowością i globalną sprawczością, której nie miała jeszcze trzydzieści-czterdzieści lat temu.

„Azjatycka Wielka Gra”  2

Xi Jinping, prezydent Chińskiej Republiki Ludowej. Źródło: Wikipedia

Jak należałoby wyjaśnić zatem tezę, że XXI wiek należeć będzie do Azji? Czy chodzi wyłącznie o rosnący wolumen produkcji i eksportu, dynamikę wzrostu oraz wielkość PKB poszczególnych krajów azjatyckich na czele z Chinami i ich łączną sumę w porównaniu z PKB całej Unii Europejskiej bądź Unii i Stanów Zjednoczonych wspólnie jako przedstawicieli cywilizacji euroatlantyckiej? A skoro nieprzerwany wzrost gospodarczy, a następnie rozwój innowacyjności i stopniowa przewaga technologiczna związane są nierzadko z ekspansją polityczną i kulturową, z eksportem wielowymiarowej soft power, czy wobec tego doświadczymy stopniowej „orientalizacji Zachodu”, w podobnym stopniu jak w XIX i XX wieku niemała część Azji uległa westernizacji? Czy sukcesy gospodarcze i wzrost pozycji globalnej kolejnych krajów Azji, a nie tylko samych Chin kontynentalnych, oznaczałby rosnącą popularność rozmaitych ideologicznych hybryd, w których elementy elekcji przedstawicielskiej splatają się z silną egzekutywą, mającą przy tym duży mandat społeczny? Inaczej mówiąc: czy nie do końca jasno sprecyzowane, ale za to gorąco popularyzowane od lat dziewięćdziesiątych XX wieku „wartości azjatyckie” kręgu konfucjańskiego mogą poważnie zagrozić wartościom kojarzonym z cywilizacją Zachodu, jeśli by stosować terminologię Huntingtona? Kolejne pytania mogą wyglądać na mniej oczywiste obecnie, ale w kilkunastoletniej perspektywie zyskają całkowicie nowy ciężar problemowy. Być może przyszła dominacja Azji oznacza nie tylko ekspansję gospodarczo-ideologiczną, ale również dyfuzję wewnątrzazjatyckich konfliktów poza granicę gigantycznego kontynentu, co w zglobalizowanym świecie wygląda na bardzo prawdopodobną ewentualność? A może puchnąca demograficznie Azja stanie się głównym eksporterem własnej ludności do Europy (zgodnie z jej wolą lub też częściowo wbrew jej woli), co stopniowo zmieni etniczną, kulturową czy wręcz polityczną strukturę Starego Kontynentu, czego dobrym przykładem było stanowisko premiera Wielkiej Brytanii dla Rishi Sunaka, a wcześniej szefa rządu w Irlandii (Taoiseach) dla Leo Varadkara? Rzecz jasna, wyczerpujące odpowiedzi na tak postawione pytania byłyby zarazem odpowiedziami dotyczącymi przyszłości Europy, częściowo Stanów Zjednoczonych, a prawdopodobnie jeszcze innych części globu, nie wyłączając Afryki.

Rozważając przyszłą rolę Azji dość często – i niekoniecznie wprost – ma się na myśli Chiny i ich dominację w kolejnych segmentach całego kontynentu, a następnie na całym niemal świecie. To zrozumiałe, i do pewnego stopnia uzasadnione, aczkolwiek nie można wykluczyć i tego, że badając sytuację w Azji będziemy musieli uwzględniać koncepcję tymczasowych aliansów bądź bardziej trwałych bloków sojuszniczych, w których Chiny będą po prostu jedną ze stron. Wzrost siły jednego, coraz potężniejszego mocarstwa, może (chociaż nie zawsze musi) być postrzegane jako zagrożenie dla interesów innych graczy kontynentalnych, gotowych szukać swoich sojuszników w celu powstrzymywania, a przynajmniej zminimalizowania jego ekspansji. Nie jest to sytuacja typowa wyłącznie dla Azji, możemy odnaleźć podobne wzorce działania na innych kontynentach i w rozmaitych epokach historycznych. Co jednak tutaj charakterystyczne, to sama skala wydarzeń i ich potężne implikacje poza regionem ich występowania. Wystarczy wymienić dwa potężne mocarstwa azjatyckie, aczkolwiek o dalece nierównym potencjale ekonomicznym i militarnym, czyli Chiny oraz Indie, które liczą łącznie niemal trzy miliardy mieszkańców, zaś wielkość ich PKB lokuje je w ścisłej globalnej czołówce, a to naturalnie musi mieć przełożenie na całość złożonego systemu funkcjonowania współczesnego świata. Indie, a wraz z nimi Azja Południowa, stają się powoli jednym z trzech-czterech centrów dominacji ekonomicznej i politycznej, konkurując – na razie z umiarkowanymi sukcesami – z rejonem Azji Wschodniej i Południowo-Wschodniej, które uznawane są, obok Stanów Zjednoczonych i części Unii Europejskiej, za główne motory rozwoju gospodarczo-społecznego XXI wieku, i to w coraz większej liczbie dziedzin ludzkiej aktywności.

Fenomen Azjatyckiej Wielkiej Gry w XXI wieku

W Azji spędziłem łącznie ponad osiem lat: najpierw jako student na stypendium w Pakistanie, następnie jako organizator wypraw kulturowych do Chin, Wietnamu, Indii, Indonezji, Malezji, Singapuru, Nepalu, Kambodży, Laosu, Mjanmy, na Filipiny i Sri Lankę czy nawet do Korei Północnej, zaś jeszcze później jako akademik, który uczestniczył w licznych konferencjach i projektach badawczych w Azji Południowej. Wreszcie jako ambasador RP w Indiach w latach 2009-2014 realizowałem ambitną misję dyplomatyczną na subkontynencie indyjskim. Za niezwykle cenne uważam także swoje liczne wizyty w Stanach Zjednoczonych, najpierw jako stypendysta Departamentu Stanu USA, później czterokrotnie jako profesor wizytujący na University of Rochester (stan Nowy Jork).

Monografia Azjatycka Wielka Gra. Indie i Azja Południowa w sporze o regionalną i globalną dominację w XX i XXI wieku, wyróżniona nagrodą im. Jana Długosza w 2025 roku, jest podsumowaniem wieloletnich badań, w tym „obserwacji uczestniczącej” dyplomaty i badacza, jak również wieloletniej analizy licznych publikacji oraz materiałów (wyłącznie jawnych lub z których zdjęto klauzulę tajności) sporządzonych nie tylko w językach europejskich, ale również w hindi i urdu. Zawdzięcza także wiele inspirującym rozmowom z interlokutorami azjatyckimi, europejskimi i amerykańskimi, co pozwoliło na skonstruowanie odpowiedniej perspektywy badawczej, z której opisuję fenomen Azji Południowej, a przede wszystkim ewolucję polityki indyjskiej i rolę Indii w polityce światowej.

W swojej monografii stawiam kilka fundamentalnych tez i próbuję zdefiniować czym byłaby nowa Azjatycka Wielka Gra. Tak więc Chiny, budując swoją globalną potęgę i skutecznie kontrując USA, muszą najpierw uzyskać zdecydowaną przewagę na obszarze Azji, narzucając tam własną wersję Pax Sinica. Swoistym geostrategicznym murem blokującym wszechazjatycką ekspansję, owymi militarno-politycznymi Himalajami, jest Azja Południowa na czele z Indiami. W żadnej mierze nie stanowi jednakże zapory nie do pokonania. Chiny są w stanie skonstruować (czyli politycznie i gospodarczo „wyrąbać”) kolejne szlaki własnej ekspansji, rozwijając wielowymiarowe przyjazne relacje z Pakistanem oraz silnie zaznaczyć swoją obecność w Nepalu, na Sri Lance i w Bangladeszu, tym samym osłabiając pozycję Indii, to znaczy stopniowo „krusząc ów himalajski mur strategiczny”. Proces neutralizacji wpływów indyjskich przez Pekin ma miejsce również na Oceanie Indyjskim, wzdłuż wybranych szlaków transportowych mających dla obydwóch mocarstw fundamentalne znaczenie. Budowa całej sieci portów bądź faktyczna kontrola strategicznych obszarów nadmorskich przez chińskie podmioty biznesowe, niemal całkowicie zależne od państwa, sprawiają, że Indie mogą poczuć się okrążone i blokowane w swoich działaniach. Koncepcja chińskiego „naszyjnika z pereł” otaczającego subkontynent – czyli cywilnych baz handlowych, ale o możliwym zastosowaniu militarnym – nawet jeżeli ma charakter nieco publicystyczny, to jednakże dobrze ilustruje obszar konfliktu, którego implikacje będą mieć wpływ na wiele państw w Azji. Poza tym Chiny deklarują również swoją przynależność nie tylko do Azji Wschodniej, ale także do Azji Południowej. Nawet jeżeli budziłoby to wątpliwości geografów, to z pewnością zostałoby uznane za zrozumiałe przez geostrategów czy polityków rozumiejących fenomen realizacji własnych interesów przez Pekin w rejonach „bliskiej zagranicy”.

Tymczasem kraje Azji Południowej są tak samo uznawane za „bliską zagranicę” przez Nowe Delhi, co w tym przypadku oznacza poważny konflikt interesów obydwóch państw, a dla Indii bezpośrednie zagrożenie nie tylko własnej pozycji regionalnego hegemona, ale także niebezpieczeństwo możliwej utraty terytoriów, chociażby stanu Arunaćal Pradeś. Roszczenia terytorialne jednej i drugiej strony wobec siebie są niezmienne od kilkudziesięciu lat i mało prawdopodobne, aby sytuacja zmieniła się w ciągu najbliższej dekady. Indie w takiej sytuacji są zmuszone nie tylko wzmacniać wewnętrznie własne linie obrony u siebie i w najbliższym sąsiedztwie, ale budować panazjatycką sieć sojuszy, sięgających Azji Wschodniej i Południowo-Wschodniej, w kontrze do sieci sojuszy wymuszonej przez Chiny. Bardzo dużą rolę będą odgrywały tutaj Stany Zjednoczone oraz – w nieco mniejszym stopniu – Rosja, dla której Azja była i nadal będzie niezwykle istotnym terenem działalności politycznej, gospodarczej i militarnej, zwłaszcza po nieudanej próbie militarnego podboju Ukrainy i załamaniu relacji z wieloma państwami Zachodu.

Tymczasem zahamowanie ekspansji chińskiej w Azji Południowej oraz w innych rejonach kontynentu oznaczałoby porażkę Pekinu w dążeniu do globalnej supremacji, natomiast wyeliminowanie przez niego zagrożeń realizowanej ekspansji w tej części świata byłoby tożsame z szerokim otwarciem bramy wiodącej ku faktycznej supremacji. To właśnie są możliwe scenariusze przyszłej Azjatyckiej Wielkiej Gry, której implikacje mogą mieć charakter globalny, co oznacza między innymi aktywne zaangażowanie Stanów Zjednoczonych. Niezwykle istotną jej częścią jest wewnętrzna polityka poszczególnych krajów Azji Południowej, która przyczynia się albo do długoletniej stabilności, to zaś przekłada się na bardziej asertywne działania w regionie południowoazjatyckim lub na obszarze całego kontynentu, albo też do tymczasowego bądź permanentnego kryzysu politycznego, a to z kolei osłabia możliwości samego państwa w domenie międzynarodowej.

„Azjatycka Wielka Gra”  3

Narendra Modi, premier Indii. Źródło: Wikipedia

W przeciwieństwie do Stanów Zjednoczonych, a ongiś Związku Radzieckiego, a nawet Japonii, Chiny nie dysponują atrakcyjną dla innych uniwersalną ideologią, która mogłaby wspomóc ich ekspansję. Chiński nacjonalizm jest interesujący co najwyżej dla samych Hanów, a ich własny model gospodarczo-polityczny tylko częściowo może budzić prawdziwy entuzjazm wśród innych mieszkańców Azji. Pewnym novum jest rozgrywanie przez Pekin w dyplomacji międzynarodowej tzw. karty buddyjskiej, ale ma ona ograniczony zasięg, wynikający nie tylko z geografii wyznaniowej, ale również z małej wiarygodności Chin jako protektora buddyzmu. Faktycznymi instrumentami w dyspozycji Pekinu są zatem silna gospodarka i coraz silniejsza armia (w takiej kolejności), co jednak sprawia, że – w przeciwieństwie do mocno ideologicznej zimnej wojny – Azjatycka Wielka Gra będzie odmianą europejskiej Realpolitik z przełomu XIX i XX wieku. Jeżeli przyjmiemy zatem tezę Paraga Khanny, że „XXI wiek będzie należał do Azji”, to również w tym sensie, że azjatycka konfrontacja, jak też regionalne starcia zbrojne o różnej skali, będą miały globalne implikacje: polityczne, gospodarcze i społeczne, jak chociażby wielkie ruchy migracyjne dotykające również Europę. Tymczasem Unia Europejska, prowadząc niemal całkowicie defensywną politykę poza własnym zachodnim limes, skazuje się na bierną reakcję wobec konsekwencji nowej Wielkiej Gry. Chodzi tu przede wszystkim o obszar „bliskiej zagranicy” dla państw europejskich: Bliski Wschód, rejon Morza Śródziemnego i części Azji Południowej, których rosnąca niestabilność w połączeniu ze zbliżającym się kryzysem klimatycznym mogą przyczynić się do wybuchu kolejnych konfliktów i intensyfikacji procesów migracyjnych na gigantyczną skalę. Stany Zjednoczone, mocno zaangażowane w spór z Chinami, nie będą w stanie skutecznie wspierać Europejczyków, aczkolwiek agresywne działania Rosji mogą skłonić Waszyngton do nieco większego zaangażowania w rozwiązywanie problemów europejskich. Z kolei indywidualne działania poszczególnych państw unijnych, zwłaszcza fakt ich samodzielnej, nieskoordynowanej realizacji, czyli bez wspólnego dla całej Unii scenariusza, jeszcze bardziej osłabią pozycję Starego Kontynentu. Innymi słowy: Azjatycka Wielka Gra może mieć dużo większy (pośredni i bezpośredni) wpływ na całą Europę aniżeli nieodległa w czasie zimna wojna czy nawet rosyjska inwazja na Ukrainę w 2022 roku.

Azja Południowa na globalnej szachownicy

Azja Południowa to obecnie obszar zajmujący około 5,2 miliona km2 i zamieszkały przez ponad 1,8 miliarda ludzi. Tworzy ją łącznie osiem państw o skrajnie zróżnicowanym potencjale demograficznym, ekonomicznym czy militarnym: od niewielkiego atolu Malediwów z populacją nieco powyżej 500 tysięcy oraz himalajskiego Bhutanu z mniej niż 800 tysiącami mieszkańców aż po mocarstwowe Indie, obecnie najludniejsze państwo świata, z populacją przekraczającą 1,4 miliarda i powierzchnią 3,3 miliona kilometrów kwadratowych. Znaczącymi ludnościowo państwami są też Pakistan, zamieszkiwany przez 232 miliony mieszkańców i Bangladesz z ponad 170 milionami, ale o powierzchni 147,6 tysiąca km2 (a więc ponad dwukrotnie mniejszej niż Polska), a to oznacza, że jest jednym z najgęściej zaludnionych miejsc na świecie. Tymczasem Nepal, zamknięty lądowo między Indiami a Chinami, liczy ponad 30 milionów mieszkańców i należy do najuboższych państw globu. Zbyt szybki przyrost ludności nie sprzyja rozwojowi gospodarczemu; w ciągu 70 lat liczba mieszkańców Nepalu wzrosła ponad trzykrotnie, chociaż jeszcze w 1950 roku wynosiła zaledwie 9 milionów. Dotknięty długotrwałym konfliktem zbrojnym Afganistan liczy około 40 milionów mieszkańców, aczkolwiek liczba uchodźców do sąsiedniego Pakistanu jest bardzo dynamiczna, co może naturalnie wpływać na zmienność wielkości populacji w tej części Azji. Ostatnim państwem na liście jest wyspiarska Sri Lanka z populacją powyżej 22 milionów, i z poziomem dochodów per capita znacznie wyższym (zresztą podobnie jak Malediwy) od pozostałych krajów Azji Południowej, chociaż kryzys ekonomiczny w 2022 roku poważnie osłabił jej pozycję w regionie. Cała ósemka państw należy do Południowoazjatyckiego Stowarzyszenia na rzecz Współpracy Regionalnej (South Asian Association for Regional Cooperation – SAARC), które jest w mniejszym stopniu wielonarodową strukturą promującą regionalną kooperację, a bardziej służy jako platforma wzajemnej komunikacji politycznej między poszczególnymi członkami. Nieusuwalny konflikt między Indiami a Pakistanem stanowi tutaj główną przeszkodę i dość łatwo przewidywać, że taki stan rzeczy nie zmieni się w ciągu najbliższej dekady.

Azja Południowa styka się na swojej zachodniej flance z krajami Bliskiego Wschodu, co sprawia, że wiele jego konfliktów i napięć, ale też niektóre elementy przesłania ideologicznego i turbulencji społecznych mają tutaj swoje bezpośrednie przełożenie. Chodzi przede wszystkim o dwa państwa: Afganistan i Pakistan. Na początku XXI wieku zaczęto je klasyfikować, nierzadko łącznie pod hasłem Af-Pak, jako fragment „Większego Bliskiego Wschodu” (The Greater Middle East), który dodatkowo – oprócz faktycznego Bliskiego Wschodu i części Azji Południowej – obejmował również państwa Afryki Północnej (tzw. MENAP – Middle East, North Africa, Afghanistan and Pakistan). Rzecz dotyczyła nie tylko samego położenia geograficznego i roli całego regionu w polityce globalnej, ale także wspólnoty cywilizacyjnej, jako że niemal wszystkie państwa (z wyjątkiem Izraela i częściowo Libanu) związane są z religią islamu. Zbigniew Brzeziński zwrócił uwagę, że ów „Większy Bliski Wschód” dobrze symbolizuje na przełomie stuleci stopniową transformację unilateralnej polityki międzynarodowej w kierunku polityki wielobiegunowej, przy czym cały region może być dodatkowo definiowany jako „globalne Bałkany”, a to z powodu złożonej struktury etnicznej, językowej czy wewnątrzwyznaniowej oraz wysokiej częstotliwości konfliktów na poszczególnych obszarach. Najpierw Rewolucja Islamska w Iranie, następnie wojna iracko-irańska, imperialne plany Iraku wobec Kuwejtu i jego militarna agresja, gwałtowny rozwój ruchów fundamentalistycznych, wewnętrzny konflikt w Afganistanie i jego konsekwencje dla Pakistanu, wreszcie Arabska Wiosna oraz jej dramatyczne implikacje na Bliskim Wschodzie i w Afryce Północnej zapewne potwierdzają trafność definicji, aczkolwiek nie oznacza to automatycznie, że istnieje tutaj bliska analogia z rolą Bałkanów w przededniu I wojny światowej. To raczej skrótowy opis sytuacji w tym regionie świata z perspektywy europejskiej czy raczej euro-atlantyckiej. Zresztą ów potencjał „bałkanizacji” nie ogranicza się wyłącznie do całego obszaru „Większego Bliskiego Wschodu”, ale dotyczy, aczkolwiek w mniejszym stopniu, również Azji Południowej, nawet nie licząc Afganistanu oraz Pakistanu. Sam subkontynent indyjski należy do najbardziej zróżnicowanych etnicznie, wyznaniowo i językowo regionów świata. Przykładowo Indie, z większością hinduistyczną stanowiącą około 80% populacji, są także państwem o największej liczebnie mniejszości muzułmańskiej, która przekracza obecnie 200 milionów osób i nie tworzy jednorodnego skupiska kulturowego w określonej części kraju. Zróżnicowanie religijne i etniczne charakteryzują Nepal i Sri Lankę, z kolei dość jednorodne wyznaniowo są Bangladesz i Pakistan (ten ostatni przy dużym zróżnicowaniu etnicznym) oraz Afganistan (podobne zróżnicowanie etniczne jak w Pakistanie). Warto przypomnieć, że na obszarze Azji Południowej zamieszkują największe wspólnoty nie tylko hindusów (98,5% całości wyznawców) ale także sikhów (90,5%), dżinistów oraz wyznawców islamu, którzy stanowią aż jedną trzecią wszystkich mieszkańców tej części kontynentu, a których liczba przekracza 640 milionów (czyli ponad 33% wszystkich muzułmanów na całym świecie). Z kolei liczbę buddystów szacuje się na około 30 milionów, zaś chrześcijan w przedziale 35-37 milionów. Dla buddystów Indie północne i południowy Nepal to od dwóch i pół tysiąca lat „ziemia święta”, usiana mniej lub bardziej starożytnymi sanktuariami, natomiast obecność chrześcijan na subkontynencie datuje się już od I wieku, co ma poświadczać nie tylko lokalna tradycja, ale również źródła zewnętrzne, spoza Azji Południowej.

Nic zatem dziwnego, że owa złożona kompozycja etniczno-wyznaniowa tutejszych społeczeństw przywodzi na myśl Europejczykom bądź Amerykanom porównanie z Bałkanami i – dużo rzadziej – z obszarem Bliskiego Wschodu, tyle że skala konfliktów, ich częstotliwość, a zwłaszcza ich międzynarodowe reperkusje bywały w tej części Azji relatywnie mniejsze. Nie oznacza to jednakże, że ów potencjał konfliktów nie zostanie aktywowany, i to w zupełnie nieodległej przyszłości. Czynnikiem, który może się do tego przyczynić jest m.in. radykalizacja ideologiczna wśród rozmaitych grup wyznaniowych, i nie chodzi wyłącznie o muzułmanów, ale w nie mniejszym stopniu również o hindusów czy buddystów. To z kolei może się wiązać z rosnącym napięciem między wybranymi krajami Azji Południowej lub też między Indiami a Chinami i Pakistanem, albo z konfliktami, które mają swoją genezę na zachodniej flance całego regionu. Kolejnym czynnikiem wartym rozpatrzenia łącznie z dotychczas wymienionymi jest słabo kontrolowany przyrost naturalny, co ma wpływ na obecną i przyszłą strukturę społeczną poszczególnych państw. Indie na początku lat 50. ubiegłego stulecia liczyły poniżej 400 milionów mieszkańców, w połowie lat 70. już 623 miliony, natomiast pod koniec trzeciej dekady XXI wieku mogą przekroczyć 1,5 miliarda. Populacja sąsiedniego Pakistanu w 1975 roku wynosiła około 67 milionów, ćwierć wieku później nastąpił wzrost o ponad 100%, do 142 milionów, natomiast w trzeciej dekadzie XXI liczba mieszkańców przekroczy ćwierć miliarda. Nieco mniejszą dynamiką cechuje się Bangladesz: od 70 milionów mieszkańców w 1975 roku do ponad 170 milionów w połowie trzeciej dekady XXI wieku. Społeczeństwa Azji Południowej są bardzo młode, w Indiach mediana wieku w 2016 roku wynosiła 27,6 roku, przy wskaźniku dzietności 2,45, natomiast w Pakistanie, kraju o wysokim wskaźniku dzietności (2,68), mediana wieku w tym samym czasie wynosiła 23,4 roku. Dodajmy jeszcze, że ponad jedna trzecia społeczeństwa pakistańskiego liczy mniej niż 15 lat, zaś w Indiach ów wskaźnik jest niewiele niższy, ale i tak przekracza 30%. Według autorów raportu World Population Prospects, przygotowanego przez jedną z agend ONZ, do roku 2050 ludność globu wzrośnie z 7,7 miliarda do 9,7 miliarda, przy czym co druga osoba z spośród dwóch miliardów nowych obywateli Ziemi urodzi się w dziewięciu krajach, wśród których znajdują się właśnie Indie i Pakistan. Nietrudno w takiej sytuacji o wnioski, że niemal każde państwo z regionu będzie borykało się z poważnym deficytem wody w ciągu kolejnej dekady, a w konsekwencji również z niedoborem żywności i poważnymi wyzwaniami ekologicznymi.

„Azjatycka Wielka Gra”  4

O ile kwestie demograficzne budzą obawy na Starym Kontynencie, to akurat dla puchnących ludnościowo krajów Azji Południowej niekoniecznie uznawane są za zagrożenie, przynajmniej w perspektywie krótkoterminowej. Wysoka stopa przyrostu naturalnego i młode społeczeństwo bywają postrzegane jako atut, nierzadko zabarwiony nacjonalizmem lub nacjonalistycznym fundamentalizmem, jak w przypadku Indii bądź Pakistanu. Szeroko dostępna siła robocza i potencjalnie większa liczba rekrutów mogą stanowić o sile państwa, są wręcz mocną kartą przetargową w relacjach międzynarodowych, zwłaszcza przy uwzględnieniu danych o starzejących się społeczeństwach Azji Wschodniej, nie mówiąc już o Europie. Sama dywidenda demograficzna mogłaby okazać się korzystna dla rozwoju ekonomicznego, a następnie dla umocnienia pozycji politycznej w świecie, ale tylko wówczas, jeżeli poszczególne rządy umiejętnie zagospodarują rosnące nadwyżki siły roboczej, godząc to jeszcze z wymogami ekologicznymi i zachowaniem odpowiedniej harmonii społecznej, bez której jakiekolwiek reformy nie będą skuteczne. W przeciwnym wypadku coraz większa presja na rynek pracy i rosnące (a niezaspokojone) aspiracje młodych obywateli, a to w połączeniu z coraz większym skażeniem środowiska i toksycznymi napięciami między poszczególnymi wspólnotami wyznaniowymi i etnicznymi, może stać się polityczną bombą, której wybuch doprowadziłby do serii lokalnych, a następnie regionalnych konfliktów, a w konsekwencji do niekontrolowanej migracji w kierunku Bliskiego Wschodu, a potem Europy. To oczywiście najbardziej pesymistyczny scenariusz, ale prawdopodobny, czyli uwzględniany w kalkulacjach strategicznych. Z drugiej strony należy pamiętać, że dotychczasowy przyrost ludności w krajach Globalnego Południa, w tym Azji Południowej, szedł w parze z ogromnym postępem technologicznym i dynamicznym wzrostem PKB. Z wyliczeń Banku Światowego wynika, że w latach 1981-2010 odsetek osób żyjących za mniej niż dwa dolary dziennie spadł tam z 50% do 21%, mimo wzrostu ludnościowego o 59%. Wyliczenia statystyczne nie sugerują, że redukcja ubóstwa rozłożona była równomiernie, niemniej jednak wyraźnie podkreślają pozytywną tendencję, łatwo dostrzeganą przez mieszkańców w każdym kraju Azji Południowej, być może z wyjątkiem Afganistanu. Otwarte pozostaje zatem pytanie, gdzie znajduje się hipotetyczna czerwona linia „nasycenia ludnościowego”, przekroczenie której groziłoby permanentnym deficytem podstawowych środków do życia (w tym wody), a w konsekwencji stopniowym załamaniem struktur państwa i trudnym do opanowania konfliktem. Niewykluczone, że pełnej odpowiedzi nie poznamy jednak w ciągu najbliższej dekady.

Obszar konfliktu indyjsko-chińskiego

Prawdopodobieństwo coraz większej „bałkanizacji” sąsiednich obszarów Azji Zachodniej, dynamika zmian demograficznych i skomplikowana struktura wyznaniowo-etniczna tutejszych społeczeństw nie wyczerpują całej listy problemów. Centralne położenie Azji Południowej na kontynencie oraz styczność z Oceanem Indyjskim sprawiają, że jej rola w globalnej polityce będzie coraz większa. To, co zdarzy się w tej części świata będzie miało fundamentalne znaczenie przede wszystkim dla najbliższego sąsiedztwa, ale również dalej położone kraje, nie wyłączając Stanów Zjednoczonych, będą żywotnie zainteresowane wydarzeniami na subkontynencie i w jego otoczeniu. Ze strony północno-wschodniej państwa Azji Południowej mogą liczyć na tymczasową stabilizację, aczkolwiek jej trwałość zależy w ogromnej mierze od Chin czy bardziej jeszcze od wzajemnych relacji chińsko-indyjskich. Zmienne nastroje polityczne między obydwoma mocarstwami azjatyckimi mają swoje odzwierciedlenie w liczbie potyczek w rejonach nadgranicznych, szczęśliwie o bardzo ograniczonym charakterze i bez dalszych istotnych konsekwencji politycznych. Kontrola Wyżyny Tybetańskiej przez Pekin stawia każdy rząd indyjski w trudnej sytuacji. Chodzi tutaj nie tylko o rozmieszczenie chińskiej broni strategicznej, zdolnej razić ogromną liczbę celów na Nizinie Hindostańskiej, ale również o możliwość regulowania gospodarki wodnej. Wyżyna Tybetańska posiada gęstą sieć hydrologiczną i jest obszarem, z którego biorą początek życiodajne rzeki, jak Brahmaputra i Indus, mające wpływ na egzystencję milionów obywateli Indii, Bangladeszu i Pakistanu. Jakiekolwiek inicjowane przez Pekin plany hydrologiczne, które miałyby wpływ na wyraźne zmniejszenie zasobów wodnych Indii, a częściowo i Bangladeszu, zostałyby z pewnością uznane za casus belli przez Nowe Delhi i doprowadziłyby do poważnej konfrontacji, o skali obecnie trudnej do przewidzenia.

Indyjscy stratedzy rozumieją również, że ewentualna eskalacja sporu z Chinami niekoniecznie musi mieć miejsce wyłącznie wzdłuż wspólnej granicy, zresztą nieuznawanej w części przez Pekin. Nieprzyjazne działania, chociaż niekoniecznie o charakterze czysto militarnym, mogą być aranżowane z terenów Nepalu czy Bhutanu, a więc państw trzecich, ale mogących ulegać presji chińskiej. W takiej sytuacji cała północna granica Indii może zostać uznana za sferę potencjalnego konfliktu. Ze strategicznego punktu widzenia rzecz jest jeszcze bardziej złożona, albowiem główny korpus terytorialny państwa połączony jest z częścią północno-wschodnią (osiem stanów, które stanowią 8% terytorium Indii) wąskim pasmem lądu, zwanym „Korytarzem Siliguri”, o długości 60 kilometrów i o 22 kilometrach szerokości w najwęższym miejscu. Sąsiaduje on z Nepalem, Bhutanem i Bangladeszem i nie posiada jakichkolwiek znaczących przeszkód naturalnych, co utrudnia czy wręcz uniemożliwia skuteczną obronę. Zablokowanie korytarza oznacza w rzeczywistości odcięcie od Indii całej jej części północno-wschodniej, zamieszkanej przez ponad 45 milionów osób. Jest niemal pewne, że każda planowana przez Pekin akcja militarna w kierunku południowym musi zakładać skoordynowane działania na wąskim obszarze Siliguri. Nawet jeżeli to wyłącznie planistyczne rozważania, to mają one konkretne przełożenie na bilateralne negocjacje dyplomatyczne, w których łatwo można uwypuklić słabe punkty indyjskiej obrony.

Nie mniej wrażliwa strategicznie jest dla Indii granica zachodnia, i to nie tylko w kontekście napiętych relacji bilateralnych z Pakistanem, ale również w perspektywie możliwego sporu z Chinami. Islamabad jest dla Pekinu „partnerem na każdą pogodę”, prawdopodobnie najważniejszym sojusznikiem w całej Azji (obok Korei Północnej), dlatego poważniejsze starcie indyjsko-pakistańskie może spotkać się ze zdecydowaną ripostą Państwa Środka. W 2017 roku ówczesny szef sztabu, a później dowódca naczelny Armii Indyjskiej, generał Bipin Rawat oświadczył, że „Indie muszą być gotowe do walki na dwa i pół frontu”, co oznaczało stawienie jednocześnie czoła oddziałom chińskim i pakistańskim, przy czym „pół frontu” odnosiło się do operacji wojskowych na terenie indyjskiego Kaszmiru. Rzecz jasna poważny konflikt militarny, zwłaszcza o szybko rosnącej dynamice, toczony w tymże azjatyckim trójkącie, mógłby generować niezwykle poważne konsekwencje, jako że każde z trzech państw posiada własny arsenał nuklearny. Świadomość tego faktu ograniczała dotychczas skalę działania militarnego poszczególnych graczy wobec siebie nawzajem, co pozwalało zachować równowagę sił w ciągu ostatnich dwóch dekad. Nuklearna zasada wzajemnego odstraszania determinuje również planowanie strategiczne Pekinu, Nowego Delhi i Islamabadu, ograniczając – do pewnego stopnia przynajmniej – ich ambitne plany ekspansji w tej części Azji, oraz częściowo redukuje przewagę w siłach konwencjonalnych. Bardzo trudno w takiej sytuacji podważać istniejące status quo.

Obszarem owocnej współpracy regionalnej, ale także poważnej konfrontacji jest sam Ocean Indyjski. W Nepalu, Bhutanie czy Afganistanie debaty o tematyce morskiej mogą mieć czysto teoretyczny charakter, lecz dla polityków i strategów w Indiach, Bangladeszu, na Sri Lance, Malediwach oraz – w nieco mniejszym stopniu – w Pakistanie są kluczowe dla przyszłości ich własnych krajów. Jawaharlal Nehru, formalnie pierwszy szef rządu niepodległych Indii, a faktycznie twórca fundamentów politycznych i gospodarczych republiki, dość jasno określił status lądowo-morski przyszłego mocarstwa: „Jesteśmy strategiczną częścią Azji, znajdującą się w centrum Oceanu Indyjskiego, z bliskimi kontaktami z Azją Zachodnią, Południowo-Wschodnią i Dalekim Wschodem. Nawet jeżeli byśmy chcieli, nie możemy ignorować tego faktu”. Z granicą morską liczącą ponad siedem tysięcy kilometrów Indie z konieczności muszą prowadzić politykę zagraniczną, która w równym niemal stopniu uwzględnia zarówno komponent lądowy, jak i morski. Kontrola głównych szlaków transportowych na Oceanie Indyjskim, zwłaszcza tych, które prowadzą do centrum energetycznego Bliskiego Wschodu, jest jednym z najważniejszych priorytetów w strategii Nowego Delhi. Rozbudowa całej infrastruktury portowej oraz rozwój marynarki wojennej wynikają jednak nie tylko z wymogów nowoczesnej gospodarki oraz postępu technologicznego, ale w dużej mierze z realizowanych planów mocarstwowych Chińskiej Republiki Ludowej. Prezydent Xi Jinping stwierdził dobitnie, że Państwo Środka wkrótce zostanie „mocarstwem oceanicznym”, co w praktyce ustanowiłoby Ocean Indyjski akwenem globalnej konfrontacji prawdopodobnie na całą przyszłą dekadę. Jeszcze kilkanaście lat wcześniej władze w Pekinie zainteresowane były przede wszystkim zapewnieniem bezpieczeństwa na własnych wodach przybrzeżnych, czyli na Morzu Wschodniochińskim i Morzu Południowochińskim. To już przeszłość, albowiem obecnie Chiny są gotowe na operacje w coraz większej odległości od portów macierzystych i zabezpieczanie istotnych dla siebie korytarzy transportowych znajdujących się akurat w pobliżu subkontynentu, co naturalnie stanowi najważniejsze wyzwanie dla indyjskiej marynarki wojennej. Analizowany częstokroć w mediach tzw. dylemat Malakki i wszystkie związane z tym konsekwencje, stają się dla Nowego Delhi „dylematem Pekinu i Malakki”, a to będzie wymagało działań na wielu poziomach: od budowania bliższych relacji z państwami oceanicznymi, jak Sri Lanka czy Malediwy, po umiejętne rozwijanie współpracy z Waszyngtonem, który posiada zdolność projekcji siły na morskich obszarach mających znaczenie strategiczne dla samych Indii. Kształtowanie nowych sojuszy globalnych, wcześniej uznawanych za mało realne, może mieć swój początek na wodach Oceanu Indyjskiego. Wydaje się zatem oczywiste, że Indie będą coraz bardziej zainteresowane możliwościami wspólnych działań z państwami, dla których Chiny są albo faktycznym albo dopiero potencjalnym zagrożeniem, jak chociażby Wietnam i Japonia. W takiej sytuacji mielibyśmy do czynienia z kolejną odsłoną Azjatyckiej Wielkiej Gry XXI wieku, która tylko częściowo przypomina swoją poprzedniczkę sprzed dwóch stuleci.

Wyniki badań Piotra Kłodkowskiego zaprezentowane zostały w monografii Azjatycka Wielka Gra. Indie i Azja Południowa w sporze o regionalną i globalną dominację w XX i XXI wieku, Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego, Kraków 2024. Książka przyniosła autorowi Nagrodę im. Jana Długosza w 2025 roku.

Dr hab. Piotr Kłodkowski, prof. UJ, orientalista, Katedra Porównawczych Studiów Cywilizacji Uniwersytetu Jagiellońskiego

Wróć