Piotr Müldner-Nieckowski

Źródło: pixabay
Problem fałszowania prawdy naukowej przez reklamy leków w mediach polega między innymi na tym, że podsuwają one utożsamienie choroby z jej objawem, wyrazem, przejawem, a ten przecież nie jest chorobą samą w sobie. Zmniejszanie uciążliwości objawów zamiast usuwania przyczyn choroby przeważnie mija się z celem. Tego wielu ludzi nie chce i być może nie jest w stanie pojąć. Niestety, rzadko, ale jednak, w tej grupie można spotkać także lekarzy. Według reklamodawców pacjent ma uwierzyć temu, co widzi na ekranie, bo to telewizja, i temu co tam wypowiadają dziennikarze i aktorzy. Szczególnie ci ostatni, bo są uważani za autorytety w każdej dziedzinie.
Wmawiają w widzów, że podstawą życia i zdrowia jest dzisiaj magnez (najlepiej wsparty którąś z witamin B), że skutecznym lekiem przeciwwirusowym jest inozyna, bezpiecznym lekiem przeciwbólowym ketoprofen, a idealnym na zapalenie dróg oddechowych 1-gramowe dawki witaminy C. Wymieniłem najczęstsze kłamstwa, ale jest tego w TV i Internecie dużo, dużo więcej.
Ciekawy jest ten ostatni przypadek, bo został obmyślony i podany przez co prawda dwukrotnego laureata Nagrody Nobla, Linusa Paulinga, ale ten wielki uczony, chemik, bynajmniej nie był lekarzem, tylko takim samym klientem aptek jak każdy inny. Niczego w tej sprawie nie zbadał, tylko intuicyjnie zastosował na użytek leczenia własnego kataru, po czym ogłosił to światu jako wielki wynalazek.
Lekarze doskonale wiedzą, że to bzdury i kłamstwa, starają się odradzać ich używanie, ale pacjenci wiedzą swoje i biorą bez opamiętania. Zdecydowana większość reklamowanych i przedstawianych w mediach jako leki substancji nie działa albo jest szkodliwa. Nie wiem, jak udało się producentom niezliczonych niedziałających, rzekomo leczniczych substancji nadać oficjalny status leków albo produktu medycznego. Wiele z nich to prymitywne zastępniki (substytuty) żywienia, łatwe do uzupełnienia przez normalne posiłki.
Również dziwaczną i niebezpieczną zagadką jest to, że ogromna liczba preparatów dawniej sprzedawanych wyłącznie na receptę, a więc tylko na zlecenie lekarza lub w ścisłym porozumieniu z nim, dziś jest dostępna bez faktycznego potwierdzenia fachowca od medycyny. Można je brać dowolnie, w każdej sytuacji i w każdej ilości, w tym ze szkodą dla siebie.
Media tego nie kontrolują i bezkrytycznie biorą pieniądze za chorą reklamę.
Obawiam się, że ustawa o reklamach leków, mimo wprowadzonych nie tak dawno zmian, nadal nie jest skonstruowana poprawnie. Jest przecież oczywiste, że reklamodawcy „leków” i „substytutów żywności” powinni móc się wykazać wiarygodnymi badaniami naukowymi stosowanymi zgodnie z regułą trzech niezależnych ośrodków badawczych, zasadami tajemnicy przebiegu badania na ludziach (stosowanie tzw. ślepych prób) oraz EBM (ang. evidence based medicine – medycyna oparta na dowodach naukowych), wreszcie z poprawnym stosowaniem reguł statystycznych (obowiązek użycia dużej liczby badanych przypadków) i realnego zestawiania wyników z działaniem placebo. Niestety w większości przypadków producenci pseudoleków nie są w stanie wykazać ich skuteczności i bezpieczeństwa, bo albo badań w ogóle nie robiono, albo zostały wykonane szczątkowo lub z błędami.
Mniej więcej od 2010 r. w Internecie można zobaczyć celowo źle „przełożone na język polski” reklamy w postaci rzekomo naukowych artykułów. Ich autorzy zakładają, że większość czytelników nie ma żadnej wiedzy na temat treści naukowych, badań medyczno-farmakologicznych, samej medycyny (nauki o chorobach, ich zapobieganiu i leczeniu) i tego, co jest w jej ramach stosowane przez lekarzy. Kładzie nacisk na pobudzanie u czytelników wrażliwości na specyficzne argumenty paranaukowe.
Artykuły takie rzeczywiście działają, mimo że niemal zawsze mają tę samą konstrukcję. Najpierw przedstawiają dramat istnienia jakiejś nieuleczalnej lub szczególnie trudnej do wyleczenia ważnej, śmiertelnej lub kłopotliwej choroby, na przykład cukrzycy, alergii, nadciśnienia, przerostu gruczołu krokowego, nowotworu. Następnie podstawę tej tragedii opisują jako skutek nieudolności lekarzy i kłamstw zawartych w nauce lekarskiej, a następnie prezentują odkrywców nowej metody postępowania w danym schorzeniu. Ich nazwiska są żywcem brane z książki telefonicznej, ale tytuły naukowe im dodają takie, które w Polsce nie istnieją, choć brzmią jak te niemal Noblowskie. Teraz następuje opis zdumiewających cech prezentowanego preparatu na daną chorobę, wykaz jego bezpiecznych (bo roślinnych) składników (przeważnie są to kombinacje wyciągów z nieznanych u nas roślin egzotycznych). Potem pojawiają się liczne zgrabnie wymyślone opinie osób, które podobno już skorzystały z tego nadzwyczajnego leku i z tego powodu są zdrowe i szczęśliwe.
Na koniec następuje wprowadzenie czytelnika do działu zachęt zakupu leku za specjalnie dla niego i tylko dzisiaj bardzo obniżoną cenę, która i tak jest niemała.
Ktoś, kto da się na to nabrać i zamówi preparat, musi podać dane (m.in. numer telefonu), a to powoduje, że pod dniu czy dwóch odzywa się wygadany i natarczywy przedstawiciel sprzedawcy i oświadcza, że zakupiona ilość genialnej mikstury nie wystarczy do wyleczenia przypadłości. Trzeba kupić dużo więcej, bo buteleczka z lekiem, już zresztą wysłana (będzie jutro), jest przewidziana ledwie na tydzień używania, a leczenie musi trwać pół roku. W wypadku otyłości nawet rok, gdyż każde odstawienie preparatu będzie powodowało natychmiastowe przybranie masy ciała dużo większej niż przed leczeniem.
I tak dalej. A reklamy to olbrzymie pieniądze.
e-mail: lpj@lpj.pl