logo
FA 10/2024 informacje i komentarze

Stanisław Gałkowski

Wstydliwa tajemnica

Wstydliwa tajemnica 1

Ustawa PSWN wprowadziła dydaktyczną ścieżkę kariery akademickiej, a pozycja nauczyciela akademickiego wiąże się z licznymi przywilejami. Jednak dydaktyka to wciąż zaniedbany obszar działalności uczelni, w niewielkim stopniu wpływający na ich finansowanie, a przecież ze społecznego punktu widzenia znacznie ważniejszy niż same badania naukowe. Ten fakt przypomina prof. Stanisław Gałkowski, filozof z Uniwersytetu Ignatianum.

Sekretem, który znaczna część pracowników naukowych głęboko ukrywa, nawet (a być może zwłaszcza) przed sobą samym, jest wstydliwy fakt, że jesteśmy nie tylko uczonymi, ale również nauczycielami.

Z dwóch funkcji społecznych: tworzenia nowej wiedzy oraz przekazywania jej kolejnym pokoleniom, niepokojąco często radośnie przyznajemy się tylko do tej pierwszej. Uważamy ją za najważniejszą i wręcz jedynie godną naszej uwagi część pracy akademickiej, podczas gdy dydaktyka traktowana jest jako zło konieczne, rodzaj pańszczyzny, którą trzeba odrobić możliwie niskim kosztem, tak by móc jak najwięcej sił i czasu poświęcić na rzeczy naprawdę ważne – uprawianie nauki. Jesteśmy jednak nauczycielami, wprawdzie „tylko” akademickimi, bardzo chętnie domagamy się związanych z tym przywilejów (długie wakacje, ferie etc.), a nawet nie tyle domagamy się, ile traktujemy je jako coś oczywistego, przy czym zupełnie inaczej podchodzimy do nauczycielskich zobowiązań, przede wszystkim do wymogu rzetelnej dydaktyki.

Po co uniwersytety?

Niestety, w świetle obowiązujących u nas zasad oceny instytucji akademickich i pracowników nauki, jest to racjonalna strategia prywatnej kariery oraz awansu zawodowego. Jednak biorąc pod uwagę potrzeby społeczeństwa, rzecz wygląda nieco inaczej, a jest to istotny punkt widzenia zważywszy na fakt, że to właśnie ono utrzymuje z podatków uczelnie, a tym samym i uczonych, wykładowców. Z perspektywy ogólnospołecznej dydaktyka jest tak samo ważnym, a w pewnym sensie nawet ważniejszym niż badania, aspektem naszej pracy. By to wykazać, proponuję następujący eksperyment: Wyobraźmy sobie, że z jakiegoś powodu przez okres jednego pokolenia wszyscy uczeni i akademicy nie będą w stanie wymyślić nic nowego – nie powstaje zatem żadna nowa idea, koncepcja, teoria, nie ma nowych wynalazków ani patentów etc. Uczelnie nie uprawiają zatem nauki, poprzestając na przekazywaniu wiedzy już zastanej. Brzmi strasznie. Jednak w tej sytuacji świat się w zasadzie nie zmieni. Nastąpi wprawdzie powszechna stagnacja, zniknie postęp, nie pojawi się nic nowego, lecz też nic starego nie zostanie utracone. Jednak gdyby uczelnie, niezależnie od przyczyn, zaprzestały swojej roli dydaktycznej, przez okres jednego pokolenia nie przekazywałyby istniejącej już wiedzy, spowodowałoby to zapaść cywilizacyjną, a w konsekwencji globalną katastrofę o następstwach niemożliwych do oszacowania. W oczywisty sposób świat stałby się zupełnie inny, i niestety znacznie gorszy.

Indywidualna korzyść

Funkcja dydaktyczna uniwersytetu jest zatem ze społecznego punktu widzenia co najmniej równorzędnym w stosunku do badań naukowych celem powołania instytucji akademickich. Należy się więc zastanowić, dlaczego jest ona tak powszechnie lekceważona. Dzieje się tak zapewne z tego powodu, że traktowanie dydaktyki po macoszemu – jako zło konieczne, mimo że społecznie szkodliwe – jest korzystne indywidualnie oraz instytucjonalnie (z punktu widzenia instytutu, wydziału czy uczelni) pożądane, a przynajmniej akceptowane. To właśnie nauka, a nie dydaktyka jest nagradzana stopniami naukowymi, awansami i podwyżkami pensji.

Lata temu, gdy byłem młodym asystentem, jeden z moich niewiele starszych kolegów dał mi radę, że aby zrobić karierę akademicką, powinienem (przepraszam za wulgaryzm) „p…ć dydaktykę, pisać doktorat”. Kolega ów, postępując zgodnie z tą zasadą, niewątpliwie zrobił karierę – jest dziś szanowanym profesorem i dziekanem. Podziwiam jego dorobek, jednak odradzam studiowanie na kierowanym w ten sposób wydziale.

Społeczne straty

Do lekceważenia dydaktyki zdaje się skłaniać również system naliczania ministerialnych subwencji dla uczelni. Punkty przyznawane są za osiągniecia naukowe, lecz nie premiują dobrej dydaktyki. Chcę być dobrze zrozumiany: system punktowy jest konieczny. Ministerstwo przyznając środki poszczególnym uczelniom, może kierować się albo arbitralnym widzimisię urzędnika, albo sformalizowanym algorytmem jednakowym dla wszystkich, który powinien uwzględniać, oczywiście, osiągnięcia naukowe jednostki. Nieszczęście polega na tym, że nader często osoby decydujące o kształcie życia akademickiego zapominają, czym jest uniwersytet i autonomia akademicka oraz czemu system punktowy ma służyć.

Uniwersytet jest instytucją, której sensem istnienia jest prowadzenie badań (czasem całkowicie nikomu w sensie praktycznym niepotrzebnych) oraz przekazywanie wiedzy. Autonomia akademicka jest po to, by nikt nam w realizacji tych zadań nie przeszkadzał. Punkty za osiągnięcia badawcze (w praktyce głównie za publikacje) są jedynie narzędziem służącym urzędnikom do właściwego podziału środków koniecznych do osiągania powyższych celów. Dopóki wszyscy zainteresowani będą pamiętać o tej hierarchii wartości, wszystko będzie w porządku. Obecnie jednak niepokojąco duża liczba „menagerów akademickich” zaczyna traktować uniwersytet jak „korpo”, której jedynym celem i sensem istnienia jest maksymalizacja zysku, a dokładnie rzecz ujmując zdobycie możliwie największej liczby punktów, co prowadzić ma do wydobycia z ministerstwa możliwe najwyższej subwencji. A skoro poświecenie się dydaktyce subwencji nie zwiększa, to tym gorzej dla dydaktyki oraz (przepraszam osoby uprawiające najrzetelniejszą dydaktykę) frajerów, którzy się jej oddają.

W tej sytuacji nie może nikogo dziwić fakt, że w wewnętrznych rozliczeniach i ocenach uczelnianych pracownicy są wręcz zniechęcani do poważnego angażowania się w dydaktykę jako coś, co ich odciąga od „prawdziwych zadań”. Niestety odbywa się to kosztem nie tylko „frajerów – dydaktyków”, lecz również, a może przede wszystkim studentów. Należy też z uporem maniaka powtarzać banał, że kiepska dydaktyka akademicka zagraża nam wszystkim: pacjentom źle wykształconym lekarzy, uczniom źle wykształconych nauczycieli, mieszkańcom felernie zbudowanych domów etc.

Wniosek praktyczny tych niezbyt odkrywczych rozważań jest taki, że oprócz wymagania przynajmniej minimum przyzwoitej dydaktyki od wszystkich, należy szczególnie docenić wykładowców – nauczycieli akademickich – zatrudnionych na etatach wyłącznie dydaktycznych. Oczywiście, grupa ta nie może dominować, przynajmniej na uczelniach akademickich, a etat dydaktyczny nie może być zasiłkiem socjalnym pozwalającym doczekać emerytury tym, którzy nie potrafią napisać habilitacji. Musi być uznaniem wysiłków włożonych w to, do czego został powołany uniwersytet – kształcenie młodych ludzi.

Przy czym w sytuacji, gdy studia już dawno przestały być elitarne, bo na uczelnie trafia blisko połowa każdego rocznika młodzieży, duża część naszych studentów potrzebuje coraz większego, uważnego wsparcia ze strony nauczycieli w przyswajaniu wiedzy i radzeniu sobie z wymaganiami studiów wyższych. W tego rodzaju pracy dydaktycznej nie chodzi bynajmniej (a już na pewno nie przede wszystkim, wbrew często głoszonym postulatom) o wprowadzanie czegoś nowego i wyjątkowego, „implementacji innowacji dydaktycznych” i „wyjątkowych” osiągnięć. Tu sprawdza się raczej zwyczajna mrówcza praca, dziesiątki godzin spędzonych na konsultacjach, dodatkowe kolokwia, setki przeczytanych, odesłanych do poprawy i jeszcze raz przeczytanych, skomentowanych, przedyskutowanych ze studentami prac zaliczeniowych, licencjackich i magisterskich etc. Słowem to, co zwiększa prawdopodobieństwo uczynienia naszych absolwentów ludźmi wykształconymi, dobrze przygotowanymi fachowcami, a co rzadko zostaje i dostrzeżone, i uznane.

Zapewne osoby o naprawdę wybitnych osiągnieciach naukowych powinny być przynajmniej częściowo zwolnione z takich zadań, jednak ktoś to musi robić, dlatego też tak bardzo potrzebujemy prawdziwych nauczycieli. Wprawdzie nominalnie ustawa dowartościowuje trud nauczania, tworząc osobną – dydaktyczną – ścieżkę kariery akademickiej, jednak, przynajmniej na razie, nie zmieniło to w najmniejszym stopniu praktyki życia akademickiego.

Nowe, czyli stare myślenie

Nieszczęście polega na tym, że „dobroć dydaktyki” bardzo trudno sparametryzować, a coraz powszechniejszy dyktat poprawności politycznej jeszcze to utrudnia. Stosowane sposoby, mimo iż pożyteczne, są dalekie od miarodajności. Śledzenie ekonomicznych losów absolwentów więcej mówi o lokalnym rynku pracy niż o tym, co się dzieje z poziomem nauczania na uczelniach. Ewaluacja studencka z kolei, mimo że często pomaga wyłapać „grubsze” uchybienia, jest raczej plebiscytem popularności wykładowców niż rzetelną oceną ich warsztatu dydaktycznego. Niestety, na uczelniach samodegradujących się do poziomu korporacji coś, czego nie da się wyrazić w słupkach i tabelkach, nie istnieje. Oczywiście, powszechnie dostrzegane obniżenie poziomu nauczania akademickiego ma wiele bardzo różnych przyczyn. Eliminacja tej jednej – traktowania dydaktyki jako zło (nie do końca) konieczne – zależy jednak całkowicie od nas. Wymagałoby to nie tyle nowej ustawy, co nowego, a właściwie starego, akademickiego, a nie korporacyjnego myślenia.

Wróć