Zbigniew Drozdowicz

Rys. Sławomir Makal
Jeśli uczelnie są, a przynajmniej chciałyby być, świątyniami wiedzy, to muszą się liczyć z tym, że pojawią się profani, którzy będą stawiali pod znakiem zapytania ich świętość. Problem nie tylko w tym, że ta świętość jest dyskusyjna, ale także w tym, że dyskusyjna jest rola w nauce i akademickim nauczaniu owych profanów. Jedni z nich bowiem przyczyniają się do jej rozwoju, natomiast inni go utrudniają.
Przez wiele stuleci granice między świętością akademickiej nauki i świętościami Kościoła były płynne i ci, którzy zajmowali się tymi pierwszymi musieli się liczyć z tymi drugimi. Rzecz jasna jednym uczonym wychodziło to lepiej, innym gorzej, o czym świadczą chociażby głośne wydarzenia, jak na przykład „sprawa Galileusza”. Byli także tacy, którzy wprawdzie akceptowali dogmaty wiary, ale nie akceptowali sprawowania kościelnej kontroli nad badaniami naukowymi. Jeśli przy tym mieli na tyle odwagi, aby to ujawniać publicznie, raczej nie mogli mieć nadziei na znalezienie się w gronie akademickich uczonych, a jeśli nawet jakimś cudem się w nim znaleźli, to nie mieli w nim łatwego życia. Uczelnie bowiem aż do połowy XIX stulecia miały charakter wyznaniowy, a co za tym idzie, wstęp na nie mieli jedynie ci, którzy przynajmmniej deklaratywnie podzielali wyznanie, za którym opowiadał się patronujący im Kościół. W XVIII stuleciu doprowadziło to nie tyle do wielkiego kryzysu nauki, co do wielkiego kryzysu niejednej ze znaczących wcześniej europejskich uczelni. Natomiast ci, dla których nie było miejsca na tych uczelniach, znajdowali je w dysydenckich akademiach, takich np. jak w Warrington w Cheshire, na której nauczycielem języków nowożytnych i retoryki był prekursor badań z zakresu elektryczności i związków chemicznych Joseph Priestley (odkrył m.in. azot, tlen, amoniak, dwutlenek siarki i chlorowodór). W XIX stuleciu w Anglii wprawdzie wiele się zmieniło, jednak jej dwa „sztandarowe” uniwersytety – Cambridge i Oxford – doczekały się poważniejszych zmian dopiero w drugiej jego połowie i to nie na tyle, aby udostępnić swoje katedry do głoszenia „profanujących” wiarę w boskie pochodzenia człowieka teorii, jak teoria ewolucji Karola Darwina. Podobnie sytuacja wyglądała na wielu uniwersytetach w Europie kontynentalnej.
W XX stuleciu pojawiały się uczelnie, które swoją misję widziały – jak to określił Kazimierz Twardowski w wykładzie O dostojeństwie Uniwersytetu – „w zdobywaniu prawd i prawdopodobieństw naukowych oraz krzewieniu umiejętności ich dochodzenia”. Nie było to nic nowego, bowiem podobnie swoje misje określały uniwersytety, które pojawiły się pod koniec XI i na początku XII stulecia. Przypomina o tym m.in. Wielka karta uniwersytetów europejskich ogłoszona w 1988 roku, w dziewięćsetlecie najstarszego uniwersytetu w Europie, tj. Uniwersytetu Bolońskiego. Nowe było jednak nie tylko to, że w owym zdobywaniu i krzewieniu przestano się oglądać na to, co na temat owych prawd mają do powiedzenia różne Kościoły, ale także postawienie na to, co zwykło się nazywać akademickimi wolnościami. W punkcie trzecim Fundamentalnych zasad Wielkiej karty stwierdza się, że „Swoboda prowadzenia badań naukowych i kształcenia jest najbardziej fundamentalną zasadą życia uniwersyteckiego, a rządy i uniwersytety, w miarę swoich możliwości, muszą zapewnić poszanowanie dla tego podstawowego warunku”.
Rzecz jasna w praktyce różnie bywało i bywa zarówno ze swobodą, jak i jej poszanowaniem, również w krajach, które – tak jak Stany Zjednoczone – mają uniwersytety od lat „okupujące” czołowe miejsca na prestiżowej liście szanghajskiej. Do „gry” o myślenie i sumienie uczonych weszli bowiem zarówno „gracze”, którzy na pierwszym miejscu stawiali ideologię, jak i tacy, którzy stawiali na nim pieniądze. Ci pierwsi największe sukcesy zanotowali w państwach komunistycznych i faszystowskich. Natomiast drudzy odnosili je i odnoszą nadal w państwach demokratycznych. W Stanach Zjednoczonych nawet najbardziej prestiżowe uczelnie – takie np. jak Uniwersytet Harvarda – kierują się m.in. rachunkiem ekonomicznym. Rzecz jasna, nie w każdym przypadku oznacza to profanację akademickich świętości.
Wszędzie tam, gdzie gra toczy się o „rząd dusz”, do roli wielkich graczy urastały instytucje, które trzymały w ręku „lejce” władzy. Takimi instytucjami przez wieki były zarówno władze królewskie jak i kościelne. Jacques Le Goff, przedstawiając w Inteligencji w wiekach średnich walkę uniwersytetów o swoje prawa, wskazuje zarówno na zagrożenia związane z ich podporządkowaniem władzy miejscowego biskupa, jak i z podporządkowaniem władzy królewskiej. Te z nich, które zdołały uwolnić się spod jurysdykcji biskupiej, wpadały „w sidła” władzy monarszej, która „usiłowała położyć rękę na korporacjach, które przynosiły bogactwo i zapewniały prestiż ich państwu, dostarczały im kadr przyszłych urzędników i funkcjonariuszy”. Dobrze na tym wychodziły wówczas, gdy sprawujący władzę byli na tyle obznajomieni z realiami życia akademickiego, aby nie zachowywać się wobec uniwersytetów niczym przysłowiowy słoń w składzie porcelany. Za taką władczynię uważa się królową Anglii Elżbietę I (1559-1603); z okresem elżbietańskim związane są lata świetności obu angielskich uniwersytetów. Takie osoby na szczytach władzy królewskiej były jednak wyjątkiem.
Jeśli miałbym krótko odpowiedzieć na pytanie, czy wiele się pod tym względem dzisiaj zmieniło, to byłbym w sporym kłopocie. Wynika on nie tyle z nieznajomości kwalifikacji ludzi sprawujących władzę, co z obserwacji poczynań przynajmniej niektórych z nich. Na ministerialnych stanowiskach mieliśmy przecież osoby z akademickimi stopniami i tytułami, jednak rzadko przekładało się to na postępowanie pozytywnie oceniane przez zdecydowaną większość akademickiego środowiska. Jeszcze niedawno funkcję ministerialną pełniła osoba, która posiada wykształcenie prawnicze, a nawet stopień doktora habilitowanego, ale jej poczynania wywoływały zadowolenie niewielu, za to oburzenie licznych członków akademickiej społeczności.
Dzisiaj największymi graczami – nie tylko zresztą w batalii o uniwersytety – są jednak ci, którzy urzędują w Brukseli, nie zaś w Warszawie. Przypuszczam, że owi urzędnicy w zdecydowanej większości posiadają akademickie wykształcenie, a niektórzy z nich być może również doświadczenie wynikające z pracy na uczelni. Problem w tym, że są oni jedynie „trybikami” w wielkiej machinie, jaką stanowi brukselska biurokracja. Ma ona – jak każda biurokracja – zarówno zalety, jak i wady. Do tych pierwszych Max Weber zaliczył w Gospodarce i społeczeństwie m.in. „hierarchiczne uporządkowanie organów”, natomiast do tych drugich „umacnianie prawa do urzędowania”, obsadzanie stanowisk „w zasadzie bez oglądania się na patenty wykształcenia” oraz „chronienie jak tylko się da swej wiedzy i swoich czynów przed krytyką”. W efekcie w zbiurokratyzowanych instytucjach najważniejszą rolę odgrywają urzędnicy, od których kompetencji lub ich braku zależy załatwienie każdej, nawet najprostszej sprawy. Na razie europejskie uniwersytety jeszcze nie osiągnęły poziomu zbiurokratyzowania, do którego doszły uczelnie amerykańskie. Jeśli jednak w krajach Unii Europejskiej utrzyma się obecna tendencja do bezkrytycznego naśladowania Ameryki, to można się spodziewać, że w życiu akademickim już niedługo niewiele będą znaczyły naukowe stopnie i tytuły. Natomiast liczyć się będzie np. tytuł prezydenta uczelni czy członka rady powierniczej lub zarządczej, która składa się zarówno z osób z dużym akademickim doświadczeniem, jak i bez takiego doświadczenia, ale mających sukcesy w zarządzaniu biznesem i doradzających w polityce finansowej oraz rozwojowej uczelni. W naszym kraju mamy zresztą już mniej lub bardziej udane próby naśladowania tego modelu funkcjonowania uczelni. O ile jeszcze wprowadzenie rad uczelni, poza finansowym wydatkiem, jest stosunkowo mało szkodliwe, a w niektórych przypadkach nawet pożyteczne, to już zdeprecjonowanie wartości habilitacji i profesorskiego tytułu skłania do poważnego niepokoju o przyszłość życia akademickiego.
W ostatnim czasie spory rozgłos medialny zyskała sprawa Uczelni Biznesu i Nauk Stosowanych Varsovia – Collegium Humanum. Władze tej uczelni dosłownie potraktowały jej nazwę, bowiem stawiały nie tylko na kształcenie w zakresie biznesu, ale także na zarabianie na dyplomach poprzez ich przyznawanie za łapówki. W gronie osób z dyplomami tej uczelni znajdują się zarówno politycy z różnych ugrupowań, jak i ci, którym dyplom daje uprawnienia do znalezienia się w zarządach spółek skarbu państwa. Nie twierdzę, że wszyscy oni otrzymali dyplomy za łapówki. Problem w tym, jak odróżnić tych, którzy rzeczywiście studiowali i zdawali egzaminy, od tych, którzy jedynie kupowali dyplomy. Pod zarzutem wielokrotnego wręczania korzyści majątkowych członkom Polskiej Komisji Akredytacyjnej CBA zatrzymało również rektora Wyższej Szkoły Społeczno-Ekonomicznej w Gdańsku, rektora i założyciela Akademii Nauk Stosowanych we Wrocławiu oraz profesora Akademii Jagiellońskiej w Toruniu. Można się poważnie zastanawiać, czy takie lub podobne nadużycia miały miejsce również na innych uczelniach. Podejście rynkowe było bowiem i jest dosyć powszechne w wielu uczelniach prywatnych, które lawinowo zaczęły powstawać w latach 90. minionego stulecia i opierają swoją obecność na rynku edukacyjnym nie tyle na wysoko kwalifikowanej kadrze akademickiej, co na pobieraniu czesnego.
Samo pobieranie opłat za kształcenie na poziomie akademickim nie musi jeszcze oznaczać profanacji akademickich świętości. Są przecież takie kraje jak np. Stany Zjednoczone czy Wielka Brytania, w których studia są płatne i przynajmniej na niektórych uczelniach wysokie czesne przekłada się na wysoki poziom edukacji akademickiej. Profanacją staje się ono wówczas, gdy chodzi jedynie o wzbogacenie się tych, którzy oferują możliwości zdobywania dyplomów i potrafią tak zręcznie przedstawiać swoją ofertę, że nabierają się na nią liczni, których stać na płatne studia. W swoim czasie dość blisko współpracowałem z uczelnią prywatną, której właścicielem była osoba bez większego doświadczenia akademickiego, ale z takimi zdolnościami menedżerskimi, że uczelnia w okresie apogeum popularności kształciła kilkanaście tysięcy studentów i to w znacznej mierze przy pomocy kadry z uczelni publicznych. „Pożyczanie” kadr było wówczas czymś tak powszechnym, że wielu wykładowców potrafiło obsłużyć swoją wiedzą i mobilnością kilka różnych uczelni prywatnych. Mogło to również oznaczać profanację ich akademickiego zawodu, zwłaszcza wówczas, gdy występowali na spotkaniach ze studentami, które miały charakter bardziej masowych wieców niż wykładów akademickich.
W środowisku akademickim takich profanów można znaleźć więcej. Są nimi m.in. ci, którzy dopisują się do osiągnięć osób od nich zależnych. Zjawisko to jest wprawdzie dzisiaj nieco odważniej nagłaśniane, jednak jego skala pozostaje nadal słabo rozpoznana, zwłaszcza na tam, gdzie ci, którzy mają coś sensownego do powiedzenia w nauce, nie mają wiele do powiedzenia przy awansach i wynagrodzeniach. Takimi profanami są również ci, którzy podpisują się pod naukowymi osiągnięciami innych. Od lat takie przypadki są nagłaśniane na łamach FA. Czasami plagiatorzy zostają pozbawieni nadanych im stopni naukowych i tytułu profesorskiego oraz uczelnianych stanowisk. Takimi profanami są w końcu również ci, którzy popełniają pospolite przestępstwo. Jednak dopóki nie zostanie ono sądownie orzeczone, to zgodnie z prawem powinni być uznawani za niewinnych. Co więcej, takie osoby do czasu wydania ostatecznego wyroku nie mogą być wykluczone z akademickiej społeczności, a oczekiwanie na wyrok może trwać wiele lat. Przez kilka lat byłem członkiem rektorskiej komisji ds. przeciwdziałania dyskryminacji. Rozpatrywaliśmy w niej zarówno przypadki, w których można było w miarę jednoznacznie wskazać, kto jest ofiarą, a kto agresorem, jak i takie, w których żadna ze stron nie była bez winny. Członkowie tej komisji mogli wprawdzie powiedzieć, że agresywne zachowania są niegodne uczonego, jednak rektor w najlepszym przypadku mógł udzielić nagany z wpisaniem do akt. Jeszcze bardziej złożona jest sprawa agresywnych wypowiedzi na temat realiów akademickiego życia, które pojawiają się na łamach prasy. Ich autorami są osoby mające czasami pewną orientację w sprawach uczelnianych, jednak nie na tyle, by odróżnić zwykłe praktyki, zgodne z prawem, od jego przekroczenia. Problem w tym, że takie wydumane nadużycia przyczyniają się do ugruntowywania społecznego przekonania, że w środowisku akademickim nie ma w gruncie rzeczy żadnych świętości. A tak przecież nie jest.
Wróć