logo
FA 10/2024 rozmowa forum

Rozmowa z prof. Bogumiłą Kaniewską, filolożką, rektorką Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza i przewodniczącą Konferencji Rektorów Akademickich Szkół Polskich

Potrzebujemy stabilności

Potrzebujemy stabilności 1

Prof. Bogumiła Kaniewska (ur. w 1964 r.) jest związana z Uniwersytetem im. Adama Mickiewicza, gdzie pełniła funkcje zastępczyni dyrektora ds. nauki Instytutu Filologii Polskiej, dziekany Wydziału Filologii Polskiej i Klasycznej oraz prorektorki ds. studenckich. Od 2020 roku jest rektorką UAM. W latach 2020-2024 pełniła funkcję przewodniczącej Konferencji Rektorów Uniwersytetów Polskich, a w roku 2024 została wybrana na przewodniczącą Konferencji Rektorów Akademickich Szkół Polskich.
Prof. B. Kaniewska jest literaturoznawczynią, polonistką i tłumaczką. Specjalizuje się w historii literatury, literaturze współczesnej i teorii literatury; interesuje ją szczególnie literatura XX wieku. Jest autorką lub współautorką blisko stu prac naukowych – książek i artykułów. Uprawia krytykę literacką. Jest tłumaczką prozy anglojęzycznej, ze szczególnym uwzględnieniem prozy dziecięcej, która stanowi jej wielką pasję. Przełożyła na język polski Alicję w krainie czarów i Po drugiej stronie lustra. Zajmowała się biografistyką – jest autorką książek o Wiesławie Myśliwskim i Henryku Sienkiewiczu.

Funkcjonujemy obecnie w chaosie prawnym i musimy to zmienić. Mam nadzieję, że zostawimy za sobą czas, gdy kilka razy do roku pojawiały się zmiany prawne. Ustawa 2.0 obiecywała wiele, a tego nie spełniła.

Zanim została pani wybrana na przewodniczącą KRASP, przez cztery lata kierowała pani pracami Konferencji Rektorów Uniwersytetów Polskich. Co ważnego KRUP zrobiła w tamtym okresie?

To był w pewnym sensie eksperyment, bo jako rektorka pierwszej kadencji nie miałam doświadczenia w organizacji pracy takiego gremium. Myślę, że była to trudna kadencja, gdyż przypadła nie tylko na czas pandemii i wojny, ale także na okres silnych napięć społecznych. Dyskutowaliśmy na tematy ogólne, np. gdzie jest granica między neutralnością a obojętnością na dramaty współczesnego świata – to była jedna z najtrudniejszych rozmów, którą musieliśmy prowadzić. Działaliśmy w warunkach wciąż zmieniającego się prawa. Mam dziś wrażenie, że stabilność jest jedną z najważniejszych rzeczy, jakich potrzebujemy, aby realizować długoterminowe strategie. W związku z tym, że żyliśmy – i nadal żyjemy – w niespokojnym otoczeniu, uczelnie nie mogą być wieżami z kości słoniowej. Uniwersytety powinny przyjąć na siebie większą rolę w obszarach edukacji, także tej niższych poziomów, ale również ogólnej, obywatelskiej. Budujemy edukację w tym sensie, że kształcimy nauczycieli. Nasz wielki problem to spadek liczby chętnych do studiowania kierunków ścisłych. A jeszcze gorzej jest z kształceniem nauczycieli takich przedmiotów. To grozi poważnymi problemami w edukacji na niższych poziomach i dalekosiężnymi negatywnymi skutkami społecznymi. Ten problem trzeba systemowo rozwiązać. Dziś w dyscyplinach, w których za publikację wyników badawczych można uzyskać setki punktów, np. w chemii, bardzo trudno znaleźć chętnych do zajęcia się dydaktyką przedmiotową, bo publikacje z tego zakresu są nisko punktowane. O ile w polonistyce nie ma takich różnic i osoby zainteresowane kształceniem nauczycieli mogą się rozwijać naukowo, o tyle np. w dydaktyce matematyki czy fizyki praktycznie nie ma szans na habilitację. Jest też coraz mniej katedr dydaktyki. To się odbije na kształceniu nauczycieli, a w przyszłości młodzieży. Myślę, że dowartościowanie dydaktyki i metodyki przedmiotów zwłaszcza ścisłych to ważne zadanie przyszłej kadencji, szczególnie KRUP, ale i KRASP. Bez tego nie pozyskamy studentów w tych dyscyplinach, a bez nauk ścisłych nie będziemy się rozwijać, bo właściwie wszystko dziś opiera się na metodach matematycznych, coraz częściej korzystają z nich humanistyka czy nauki społeczne. Chcę też podkreślić znacznie badań podstawowych, tych mozolnych, których zastosowań nie widać, a jednak bez nich nie będzie żadnych nowych wyników w badaniach aplikacyjnych: w medycynie bez badań nad komórką, w inżynierii bez badań fizycznych właściwości materiałów i tak dalej. Badania podstawowe to główne zadanie uniwersytetów. Bez nich będziemy tylko podwykonawcami. Upominaliśmy się nie tylko o nauki ścisłe. Żyjemy w określonej kulturze, która definiuje naszą tożsamość. Polonistyka wrzucona tylko w kontekst językoznawstwa i literaturoznawstwa zginie. Potrzebujemy polonistyki rozumianej szerzej i zadbaliśmy o wpisanie jej na listę dyscyplin w tej nowej formie. Musimy wymyślić taki sposób ewaluacji, który z jednej strony będzie zachęcał do udziału w obiegu międzynarodowym, ale równocześnie pozwoli zadbać o rozwój krajowej nauki, badań dla najbliższego otoczenia.

Czy przewodniczenie KRUP miało wpływ na podjęcie zadania kierowania KRASP?

Bez tamtego – dodam, że wspaniałego, inspirującego – doświadczenia nie mogłabym się podjąć tego nowego zadania. Ponieważ przewodnicząc KRUP, wchodziłam w skład prezydium KRASP, miałam okazję spotkać się z różnymi punktami widzenia, poznać inne typy uczelni i ich problemy. Obejmuję stanowisko przewodniczącej KRASP z doświadczeniem konfrontacji różnych perspektyw, czasami trudnych do pogodzenia. Trudnych, ale nie niemożliwych, bo jeżeli za najważniejszą wartość uznajemy rozwój szkolnictwa wyższego w Polsce, to one dają się pogodzić, udaje się wypracować kompromisy, wspólne stanowiska. KRASP jest oczywiście zupełnie inna niż KRUP, która funkcjonowała jako przestrzeń do dyskusji i wymiany doświadczeń klasycznych uniwersytetów. Byliśmy gronem przyjaciół borykających się wspólnie z problemami minionej kadencji. Do KRASP, jako instytucji umocowanej ustawowo, trafiają różne zewnętrzne sprawy, które wymagają odpowiedzi w konkretnych, czasami krótkich terminach. Już dziś widzę, że tych spraw jest bardzo wiele i nie uda się wszystkich rozważać wspólnie. Na szczęście mamy komisje.

Czy doświadczyła pani tego, że rektor wybrany w demokratycznych wyborach, czyli przez większość społeczności akademickiej, po jakimś czasie bywa uznawany za kogoś z zewnątrz, nie należy już do grupy „my”?

To naturalna sytuacja. Podczas kampanii wyborczej kandydat przedstawia swoją wizję uniwersytetu, a potem działa w konkretnej sytuacji i ograniczeniach z niej wynikających – nie wszystkie można przewidzieć, gdy kreśli się plan rozwoju uczelni na cztery lata. Osoby, które biorą na siebie odpowiedzialność, muszą mieć świadomość, że czeka je konfrontacja z trudną rzeczywistością, a relacje z kolegami, oprócz tego, że mogą być koleżeńskie, muszą też być odpowiedzialne. Dla wielu członków społeczności, wbrew naszym, czyli rektorów, intencjom, stajemy się kimś spoza, jesteśmy jakby wyłączeni poza wspólnotę czy też ponad nią, choć dbamy właśnie o interes całej wspólnoty uczelni. A z perspektywy rektorskiej widzi się więcej, dalej, więc na pewno trochę inaczej. To bardzo trudna sytuacja, ale po prostu trzeba się z nią zmierzyć i równocześnie pamiętać o własnym spojrzeniu na uczelnię sprzed funkcji. Nawet jeśli nie da się z nim utożsamić. To trochę – z szacunkiem dla proporcji – jak bycie rodzicem: dobrze jest pamiętać własne odczucia i przeżycia z czasów dzieciństwa.

Jak pani widzi rolę KRASP w najbliższej kadencji?

Wolałabym, by KRASP była bardziej instytucją kreującą wizję przyszłości niż reagującą na sprawy bieżące. Na razie jednak ta druga rola wyprzedza tę pierwszą ze względu na ilość spraw wymagających uwagi. Już dawno przekazaliśmy ministrowi nasze postulaty dotyczące zmian w ustawie Prawo o szkolnictwie wyższym i nauce. Zostały one wypracowane w poprzedniej kadencji we współpracy z Polską Akademią Nauk i Radą Główną Nauki i Szkolnictwa Wyższego, zatem można je uznać za propozycje środowiska akademickiego. Nie są one rewolucyjne, ale głęboko przemyślane i starają się uwzględnić interesy wszystkich typów uczelni i instytutów PAN. Teraz czekamy na projekt ministerstwa i jesteśmy gotowi na konsultacje. Podobnie jest z ustawą okołobudżetową – wysłaliśmy do premiera list z naszymi propozycjami. W sprawie wiz wysłaliśmy już dwa listy i mamy zaproszenie do rozmów z MSZ, oczywiście skorzystamy z tego zaproszenia. Kolejną sprawą jest tzw. Lex Kamilek – przekazaliśmy już ministerstwu propozycje rozwiązań, które zapewnią ochronę małoletnich na uczelniach, a z drugiej strony zracjonalizują wymagania stawiane instytucjom. Jednak w tej chwili najistotniejszym zadaniem jest odczarowanie czarnego PR-u, który pojawił się wokół szkolnictwa wyższego. W przestrzeni publicznej jesteśmy przedstawiani przez pryzmat rozmaitych afer: wizowej, NCBR, Collegium Humanum. To nieadekwatne do tego, co się dzieje w nauce polskiej i po prostu niesprawiedliwe. Większość z tych afer polegała przecież na niewłaściwym nadzorze w danym obszarze, ale to nie uczelnie nadzorują konsulaty czy szkolnictwo prywatne. Rażącą niesprawiedliwością jest sugerowanie, że to na uczelniach ciąży odpowiedzialność i wprowadzanie regulacji, które są wyjątkowo niekorzystne i niszczą np. naszą pracę nad umiędzynarodowieniem. Mam nadzieję, że się w tej sprawie dogadamy z korzyścią dla uczelni i całego państwa, bo umiędzynarodowienie kształcenia i działalności akademickiej w ogóle jest korzystne dla społeczeństwa. Nie znaczy to, że nie ma nieprawidłowości, one są, ale w uczelniach publicznych, a nawet szerzej – uczelniach akademickich nie wyznaczają naszej polityki rekrutacyjnej.

O co KRASP chce walczyć w ustawie okołobudżetowej?

Nasz budżet na rok 2025 ma wzrosnąć poniżej przewidywanej inflacji i jest w stosunku do PKB na najniższym poziomie w dwudziestym pierwszym wieku: to jest tyko 1,07 procent PKB. Rozumiemy, że są wydatki na obronność, a bezpieczeństwo państwa jest teraz najważniejsze, ale widzimy też możliwość nieco innego rozdziału środków publicznych, aby szkolnictwo wyższe nieco zyskało. Na przykład środki na IDUB mogłyby zostać przekazane w postaci obligacji, co uwolniłoby pół miliarda złotych z przyszłorocznej subwencji, na czym zyskałyby wszystkie uczelnie, nie tylko badawcze. Druga rzecz to stworzenie ścieżki, dzięki której resorty, które mają pieniądze na badania, zlecałyby je polskim uczelniom i w ten sposób wspomagały nie tylko ich rozwój, ale także naszą gospodarkę, bo nie możemy być tylko klientem kupującym rozwiązania w innych państwach. Stać nas na własne technologie, a one zapewniają państwu większe bezpieczeństwo niż ich zakupy za granicą. Jest mnóstwo hamulców prawnych w tym obszarze. Trzecim niezmiernie ważnym postulatem jest należyte dofinansowanie zagłodzonego w poprzedniej kadencji Narodowego Centrum Nauki, które boryka się ze znaczącym niedoborem środków, co skutkuje ograniczaniem finansowania grantowego, niezwykle ważnego elementu nauki. To jest minimum, które, jak sądzimy, można zrealizować z korzyścią dla państwa i uczelni. Uważamy, że należy zapisać w ustawie stopniowy wzrost nakładów na naukę i szkolnictwo wyższe, abyśmy w przewidywalnym, w miarę bliskim czasie doszli do 2 procent PKB, choć wymarzonym progiem byłyby 3, jak w krajach o najwyższym poziomie innowacyjności.

Czy ustawa 2.0 okazała się bublem?

Nie wiem, czy możemy mówić o bublu. Ta ustawa była bardzo szeroko konsultowana także przez rektorów. Jednak w końcowym okresie jej procedowania doszło do wielu zmian, które wypaczyły sens pewnych rozwiązań, a w następnych latach pojawiły się nowelizacje, które kolejny raz zmieniły wydźwięk tej ustawy. W rezultacie to, co zostało pierwotnie założone jako pewien sensowny system, przestało nim być. Wiele rozwiązań weryfikuje życie, co obserwowaliśmy w czasie lockdownu. Stąd istnieje potrzeba nowelizacji. Funkcjonujemy obecnie w chaosie prawnym i musimy to zmienić. Mam nadzieję, że zostawimy za sobą czas, gdy kilka razy do roku pojawiały się zmiany prawne. Potrzebujemy stabilności. Pewnie należy zmienić rolę rad uczelni. Przywróciłabym większą rolę senatowi, a radzie pozostawiłabym rolę doradczą, wspierającą. Konieczne jest uregulowanie, które umożliwi godne odejście na emeryturę profesorów seniorów. Trzeba zapewnić profesorom takie warunki, żeby mogli godnie odejść z uczelni, zwalniając miejsce dla młodszych. Niekoniecznie musi to być stan spoczynku, ale np. jakiś przyzwoity poziom emerytury określony względem minimalnej płacy profesora. Ustawa 2.0 obiecywała wiele, a tego nie spełniła. Musimy poprawić warunki zatrudniania młodych ludzi w nauce, otworzyć na nich uczelnie, bo środowisko akademickie najzwyczajniej się starzeje.

Jak ocenia pani szkoły doktorskie i kształcenie doktorantów?

Mamy dopiero koniec pierwszego cyklu kształcenia i wkrótce rozpocznie się ewaluacja szkół doktorskich, zatem nie mam jeszcze jasnego obrazu. Jednak już widać, że pojawia się problem finansowania badań doktorantów i ich związku z wydziałami, czyli innymi niż sama szkoła strukturami uczelni. Być może system finansowania doktoratów należy uregulować i rozwiązać centralnie, a nie tylko na poziomach uczelni. To moja prywatna opinia na gorąco.

Czy obecna, znacznie mniejsza niż dawniej liczba doktorantów zapewni ciągłość kadr w szkolnictwie wyższym i nauce?

To zależy od dyscypliny i dziedziny wiedzy. Są takie, jak fizyka czy chemia, w których mamy mało chętnych na doktoraty. Inaczej w naukach społecznych czy humanistyce. Jest to problem systemowy. Absolwenci kierunków ścisłych idą do gospodarki, a nie do szkół. To poważny problem, o którym mówiłam już wcześniej.

Czy jeszcze w obecnym okresie oceny nauki powinniśmy zmienić jej zasady?

Nie dokonywałabym już żadnej rewolucji w zasadach ewaluacji obecnego okresu, jest na to za późno. Jest jednak kilka punktów, które należy zmienić, np. musimy ograniczyć możliwość manipulacji liczbą N, przez co otrzymujemy fałszywy obraz jakości badań naukowych w dyscyplinach na uczelniach. Małe jednostki czy takie, które dopasowały liczbę N do ewaluacji, wygrywają punktowo z silnymi ośrodkami, które poddały ocenie całą kadrę. Dostają uprawnienia, ale nie mają jak przeprowadzać postępowań awansowych. Należy natomiast pilnie przystąpić do pracy nad ewaluacją kolejnego okresu, bo czasu, wbrew pozorom, zostało bardzo mało.

Jest pani filologiem. Czy humanistyka powinna być oceniana według takich samych zasad, jak nauki ścisłe, czy powinna wypracować własne zasady oceny jakości badań naukowych?

System ocen trzeba dopasować do specyfiki dyscyplin. Nie chodzi jednak o jakieś szczególne fory dla humanistyki, ale o uwzględnienie realiów. W naukach humanistycznych podstawową formą wypowiedzi naukowej jest monografia. Musimy to uwzględnić w ewaluacji. Nie możemy przykładać tej samej wagi do artykułów naukowych, z natury o znacznie węższym zakresie, i do monografii, powstającej latami pracy o szerokim horyzoncie poznawczym. Musimy je docenić, bo w humanistyce czasami jedna książka znaczy więcej niż dziesiątki artykułów, a obecna punktacja tego nie uwzględnia. Odwoływanie się do miar scopusowych czy Web of Science nie daje prawdziwego obrazu jakości i znaczenia badań humanistycznych. Często czasopism najbardziej cenionych w dyscyplinach, np. filologiach polskiej czy słowiańskiej, nie ma w ogóle w Scopusie.

Czy nie za wiele zależy od wyników ewaluacji? Już trochę pani o tym powiedziała.

Nie ma ewaluacji idealnej, która wszystkich zadowoli. Jeśli jednak będzie ona w istotny sposób pokazywała poziom badań prowadzonych w poszczególnych jednostkach, a w ostatniej ewaluacji tak się nie stało, to rzeczywiście powinna mieć wpływ i na pieniądze, i na uprawnienia akademickie. Chcę jednak zwrócić uwagę na to, że teraz mamy wiele różnych systemów ocen i inne kryteria, np. oceny czasopism, obowiązują w ewaluacji, inne są stosowane przez Narodowe Centrum Nauki; mamy zupełnie odrębną ocenę jakości kształcenia przez Polską Komisję Akredytacyjną i jeszcze wiele innych. Ta mnogość powoduje, że do każdego sposobu oceny przygotowujemy inną dokumentację. To zajmuje wiele czasu i sił, które można wykorzystać lepiej, gdyby udało się ujednolicić i uprościć zasady oceny. Czekamy na zatwierdzenie przez ministerstwo zasad oceny kompleksowej, przygotowanych przez PKA – to krok we właściwym kierunku.

Pojawił się problem akademików, który przez wiele lat nie istniał, bo studenci chcieli mieszkać „na swoim”, czyli w wynajętych mieszkaniach. Skąd się wzięło to nowe zjawisko?

Trudno mi odpowiedzieć, potrzebne byłyby solidne badania socjologiczne, żeby to ustalić. Postrzegam to zjawisko w kategoriach radykalizacji nastrojów społecznych, wykracza ono znacząco poza środowisko akademickie. Awantura o akademiki często przekłada się na decyzje niekorzystne dla społeczności studenckiej. Przykład Poznania pokazuje to bardzo wyraźnie.

Jaki jest skutek awantury o „Jowitę”?

W tej chwili otworzyliśmy konkurs architektoniczny nadzorowany przez Stowarzyszenie Architektów Polskich. Dopiero po powstaniu projektu możemy przystąpić do starań o środki na jego realizację. Nie wynika to z opieszałości, ale z konieczności wymaganych przez regulacje prawne. Gdybyśmy zrealizowali plan pierwotny, czyli sprzedaż tego starego, wysłużonego akademika, bylibyśmy dzisiaj na etapie rozpoczynania nowej inwestycji – budowy akademika na Morasku. Istniejący już w tej lokalizacji dom studencki cieszy się ogromnym powodzeniem. Okazuje się, że to, co w praktyce studenci pokazują, wnioskując o akademik, nie zgadza się z hasłami głoszonymi przez tych, którzy okupowali DS „Jowita”. Bitwa o akademiki to ruch nie tylko studencki, ale raczej związany z pewną ideologią, postawą społeczną, wymagającą od państwa więcej, niż jest ono w stanie dać. To postulat rewolucyjnej zmiany systemu szkolnictwa wyższego. W tej chwili akademik jest formą pomocy materialnej dla studenta, do której uczelnia nie jest zobowiązana. Przepisy powodują, że akademik musi utrzymać się sam, czyli opłaty mieszkańców muszą pokryć koszty jego funkcjonowania. To spoczywa na barkach mieszkających w nim studentów. Uczelnia nie zarabia na akademikach. Natomiast wszelkie remonty czy naprawy są po stronie uczelni, ale nie ma na ten cel specjalnych środków, one muszą być wygospodarowane z puli wszystkich środków inwestycyjnych. Jeśli akademiki przynoszą dochód, to rozliczane jest to w taki sposób, że w późniejszym okresie studenci płacą mniej. Akademiki działają w tej chwili trochę jak spółdzielnie mieszkaniowe. Postulaty wysuwane przez niektóre środowiska – tanich akademików, stołówek studenckich – są z innej rzeczywistości prawnej.

Czy liczy pani na program ministra dotyczący wsparcia akademików?

Oczywiście, że liczę. Jednak nie będzie on polegał na tym, że po prostu dostaniemy środki, ale że staniemy do konkurencji o pieniądze. To z pewnością poprawi sytuację, tyle że nie natychmiast, tylko w perspektywie kilku, a może nawet kilkunastu lat, zważywszy na tempo procesów inwestycyjnych. Tymczasem populacja studentów w Polsce będzie raczej malała niż rosła. Nie wiemy, jakie naprawdę będzie zapotrzebowanie na akademiki. Nie możemy szastać publicznym groszem, musimy uwzględniać prognozy demograficzne. Liczymy na studentów zagranicznych, a tymczasem wprowadzone właśnie rozwiązania bardzo nam utrudniają ich przyjęcie. Na Politechnice Poznańskiej aż 30 procent zrekrutowanych studentów zagranicznych nie dotarło na czas na studia.

Jaka młodzież trafia dziś na studia: ambitna i samodzielna czy słabo przygotowana i roszczeniowa?

Bardzo różna. Są i znakomicie przygotowani ambitni ludzie, którzy chcą się uczyć, są i słabsi, czasami roszczeniowi. Prawdziwym problemem, narastającym, jest to, że duży procent tej młodzieży wymaga pomocy psychologicznej.

Jaki jest tego powód?

Zapewne jest ich bardzo wiele. To są wciąż skutki pandemii, to problemy wynikające z wychowania. Istnieje potrzeba dużego centralnego programu, który w porozumieniu z NFZ zapewniłby pomoc psychologiczną studentom w skali całego kraju.

Wiem, że wiele uczelni samodzielnie organizuje pomoc psychologiczną. Czy KRASP podejmie ten problem?

Jak tylko uporamy się z najważniejszymi sprawami, o których mówiliśmy, wrócimy do tej kwestii w porozumieniu z ministerstwem, a może nawet kilkoma.

W ostatnim konkursie ERC aż jedenaścioro Polaków, w tym jedna Polka z francuskim obywatelstwem, dostało granty, ale tylko dwóch laureatów będzie je realizowało w Polsce. Dlaczego młodzi uciekają za granicę?

Problemem są nie tylko płace, ale także mała elastyczność rozwiązań prawnych w szkolnictwie wyższym, choćby osławiona kwestia zamówień publicznych. Mamy bardzo skomplikowane procedury, które nakładają na nas bardzo ciasne wędzidła. Środowisko naukowe, jak wszystkie inne, ma swoje problemy, i być może poza krajem ci młodzi znajdują lepsze warunki do realizacji badań.

Czy nie jest to kwestia pewnych uciążliwych zwyczajów, nieakceptowanych przez młodych naukowców, zwłaszcza po doświadczeniach zagranicznych?

Zapewne zdarzają się sytuacje, w których młodzi natrafiają na trudności, których nie potrafią bądź nie chcą zaakceptować. Nie spotkałam się z takimi sytuacjami, więc nie chcę generalizować.

Z drugiej strony mamy w nauce kult młodości, specjalne programy dla młodych, rady młodych, akademie młodych.

Zapewne trochę tak jest, ale to wynika z tego, że bardzo ich potrzebujemy. Nie jestem zwolenniczką żadnych kultów na uniwersytecie.

Skoro brakuje pieniędzy, trzeba zadać sobie pytanie, czy dobrze gospodarzymy – jako państwo, jako środowisko naukowe – tym, czym dysponujemy?

W poprzednim okresie były sytuacje nieprzejrzystego przydzielania środków, których wciąż jest za mało. Tyle ze strony państwa. Wydaje mi się, że dość dobrze gospodarujemy środkami, które dostajemy z budżetu, ale i zarabiamy sami. Na tyle, na ile pozwala nam prawo, bo wcale nie jest najbardziej racjonalne i czasami funkcja kontrolna prawa przeważa nad racjonalnością wydatkowania pieniędzy. Mam na myśli dwie ustawy: Prawo zamówień publicznych i o odpowiedzialności za naruszenie dyscypliny finansów publicznych. O ile w domu poszukujemy tańszych rzeczy, staramy się korzystać z promocji, o tyle na uczelniach musimy realizować te dwa reżimy, które zmuszają nas często – jak wspomniałam, chyba tylko w imię kontroli – do zakupów po wyższych cenach niż moglibyśmy to zrobić, gdybyśmy mieli więcej swobody, gdyby to prawo było bardziej elastyczne.

O prawie zamówień publicznych dyskutujemy od lat. Naprawdę nie da się z tym czegoś zrobić?

Wygląda na to, że nie. Tu jest wiele elementów: po pierwsze procedury są skomplikowane, po drugie, zmuszają nas do zakupów rzeczy po zaoferowanych cenach i nie możemy korzystać na przykład z promocji. Myślę, że bardzo cierpią na tym doświadczalnicy, którzy nie mogą swobodnie planować badań, bo ograniczają ich terminy i procedury zakupów najbanalniejszych odczynników. Odnieśliśmy mały sukces w postaci podniesienia kwoty wolnej od tych procedur, jednak to oznacza nałożenie większej odpowiedzialności na rektora i służby finansowe uczelni.

Przejdźmy do kwestii integralności akademickiej. Teoretycznie za plagiat można stracić tytuł naukowy, ale równocześnie można dostać tytuł naukowy, mając na koncie plagiaty. Mamy awanse na podstawie marnych dorobków, spadającą jakość doktoratów i habilitacji. Wreszcie patrzenie przez palce na takie sytuacje przez władze wielu uczelni, instytutów.

Nie widzę tego aż tak czarno. Nie znam tych przypadków profesorskich. Myślę, że dbamy o rzetelność naukową. Uczymy studentów o tym, czym są plagiaty. Zjawisko plagiatu istnieje w kulturze, a zatem i w nauce, od wieków. Myślę, że możemy mieć zarówno do czynienia ze wzrostem liczby plagiatów, jak i z poprawą rozpoznawalności tego zjawiska. Mam wrażenie, że jesteśmy coraz bardziej na plagiaty wyczuleni. Natomiast jest, a na pewno w najbliższym czasie będzie, konieczne przedefiniowanie tego pojęcia w związku z wejściem sztucznej inteligencji do naszej działalności. Jestem absolutną przeciwniczką bylejakości. Jako środowisko musimy zrobić wszystko, aby takich sytuacji było jak najmniej, a ich sprawcy ponosili odpowiedzialność.

Jak pani ocenia funkcjonowanie systemu dyscyplinarnego w nauce?

Meandry prawa autorskiego są niezwykle zawiłe, dlatego rozumiem kłopoty komisji dyscyplinarnych i rzeczników dyscyplinarnych. Miałam do czynienia z czymś, co uznawałam na plagiat, tymczasem prawnicy przekonywali mnie, sypiąc jak z rękawa różnymi przepisami, wyjątkami, że jednak nie. Na pewno nie są to sprawy proste, ale sądzę, że podchodzimy do tego odpowiedzialnie, na tyle, na ile ich skomplikowanie nam pozwala. Prawo autorskie, a z nim mamy do czynienia w przypadku plagiatów, jest wyjątkowo skomplikowane i bardzo trudno o dobrych specjalistów z tej dziedziny.

Czy prawem zastąpimy zwykłą przyzwoitość, etos naukowca, kulturę akademicką?

Nie ma mowy. Myślę, że generalnie dbamy o kulturę akademicką, a sytuacje, w których wytrychami prawnymi bronimy jednostkowych, choć bardzo głośnych przypadków łamania zasad rzetelności naukowej, są czymś wyjątkowym. Dobrze, że są głośne, bo uczymy się na nich, jak nie postępować i jak działać w takich przypadkach. Choć prawem nie zastąpimy kultury, to trzeba je doprecyzowywać, aby jasno wskazywało, co jest, a co nie jest dobre i jak postępować w przypadku jego łamania. Myślę, że rektorami zostają optymiści, którzy wierzą, że można coś dobrego zrobić dla swoich środowisk, uczelni, nauki. To daje nadzieję na dobrą pracę KRASP i rozwój naszych uczelni. Nawet jeśli to, co robimy, wydaje się powolne, jest to droga do przodu.

Rozmawiał Piotr Kieraciński

Wróć