Paweł Kornacki

Sara Gold (z prawej) i Maria Wisłocka podczas uroczystości odbioru medalu, maj 1991 roku w Izraelu
Chyba żadne z zagadnień, którymi zajmuje się polska historiografia, nie budzi tylu kontrowersji, co relacje polsko-żydowskie w okresie przed, w trakcie i po drugiej wojnie światowej. Od lat różne ich aspekty są przedmiotem sporu polskich historyków i publicystów. Jest to też jeden z nielicznych, a często jedyny problem z zakresu historii Polski, który jakkolwiek interesuje historyków zachodnioeuropejskich, amerykańskich czy izraelskich. Co ciekawe funkcjonuje on tam w sposób niejako wyabstrahowany, wypreparowany z polskich dziejów. Zachodnich badaczy Holokaustu interesują losy Żydów, na bazie których tworzą oni sążniste dzieła, wykazując jednocześnie daleko posuniętą ignorancję w zakresie wiedzy na temat historii Polaków. Nie ma wśród nich natomiast sporu o naszych przodków. Przeważa opinia, że w przedwojennej Polsce panował antysemityzm, a w czasie wojny nasi przodkowie kolaborowali z nazistami w Zagładzie Żydów, aby po jej zakończeniu urządzać dla ocalałych pogromy. To jednowymiarowe wyobrażenie, choć niedorzeczne, jest powszechnie akceptowane. To właśnie próby implementowania tej narracji na grunt polski stały się u nas osią sporu historiograficznego. Mamy zatem licznych rodzimych zwolenników twierdzenia, że Polacy byli wspólnikami Niemców w Zagładzie żydowskich sąsiadów. Ich badania często zyskują poklask w zachodnich ośrodkach uniwersyteckich, a głoszone przez nich często absurdalne wnioski szerokim echem odbijają się w publicystyce. Rezultatem tego jest wysoki odsetek Niemców przekonanych, że za Holokaust odpowiadają na równi z Polakami, tudzież innymi podbitymi narodami. Nota bene przekonanie to dominuje wśród współczesnych Izraelczyków. Polscy historycy, którzy próbują kwestionować te sądy, często są stygmatyzowani ewentualnie zamilczani. Jednym z elementów tego nierównego „dialogu” jest zagadnienie ratowania Żydów przez Polaków. Kwestia ta nie pasuje do naszkicowanego powyżej modelu. Stąd też mamy próby reinterpretacji tego zjawiska. W opinii zatem wielu historyków ratowanie obciążone było grzechem pierworodnym, jakim było pobieranie opłat za pomoc, zarówno w czasie wojny, jak i po niej (przekazywanie nieruchomości). Stosunek ratujących do ratowanych miał być zły, a Żydzi ukrywani w złych warunkach bywali poniżani, okradani, a nawet głodzeni. Są badacze, którzy z satysfakcją przytaczają przykłady, gdy Polacy ukrywali Żydów, po wydobyciu od nich wszystkich dóbr wydawali ich Niemcom lub sami mordowali. Wszystkie te elementy mają deprecjonować okupacyjną rzeczywistość pomocy, w kontrze otrzymujemy historie Polaków mordujących i wydających Żydów. I tu pojawia się kolejny argument przeciwko mówieniu o Sprawiedliwych. Mianowicie historykom zajmującym się tą problematyką stawiany jest zarzut, że poprzez mówienie o Polakach ratujących Żydów próbują oni „przykryć” polskie zbrodnie popełnione na Żydach. Jak widzimy, nawet taki aspekt relacji polsko-żydowskich, jakim była pomoc niesiona Żydom w czasie okupacji, stał się „gorącym kartoflem” polskiej historiografii i nie da się go badać bez narażenia się na zarzut „symetryzmu”. Jest to jednak zagadnienie na tyle ważne i ciekawe, że nie należy zaprzestawać nad nim badań, zwłaszcza że nasza wiedza w tym zakresie jest niepełna.
Obszarem, o którym wiemy niewiele, jest Białostocczyzna. Przyczyn takiego stanu rzeczy jest wiele, a jednym z nich jest relatywnie mała ilość źródeł. Przyjrzyjmy się liczbom. Obecnie z obszaru przedwojennego województwa białostockiego, którego znaczna część znajduje się dziś na Białorusi, mamy około 150 rodzin lub pojedynczych osób, którym Instytut Pamięci Męczenników i Bohaterów Yad Vashem przyznał tytuły Sprawiedliwych wśród Nardów Świata. Historyk jest bezradny w obliczu pytania, ilu ratujących nie zostało w ten sposób uhonorowanych. W dużym przybliżeniu możemy powiedzieć, że wiadomo o około 300 takich przypadkach. O ilu nie wiemy? Aby to ustalić, należy zapytać, ilu Żydów ocalało, a ilu próbowało szukać ocalenia w czasie okupacji niemieckiej? Ilu było ich na początku, a ilu i w jakich okolicznościach straciło życie?
Przed wojną na terenie województwa białostockiego mieszkało około 200 tys. Żydów. W przybliżeniu tyle samo było ich w momencie wybuchu wojny niemiecko-sowieckiej. Holokaust na Podlasiu zaczął się od razu po wybuchu wojny niemiecko-sowieckiej (22 czerwca 1941 r). Jego preludium to spalenie Wielkiej Synagogi i pogrom ludności żydowskiej w Białymstoku, czego Niemcy dopuścili się 27 czerwca 1941 r. w dopiero co zajętym mieście. Potem nastąpiły egzekucje na Pietraszach w Białymstoku oraz seria pogromów i rzezi na ziemi łomżyńskiej. Po pierwszej fali prześladowań większość Żydów zamknięto w gettach. W Okręgu Białystok działało ich około trzydziestu, przeważająca ich liczba przestała istnieć 2 listopada 1942 r. Niemcy wywieźli wtedy część Żydów do obozu zagłady w Treblince, a pozostałych umieścili w którymś z pięciu zbiorczych obozów przejściowych. Gdy zamykano je w styczniu 1943 r., transportowano Żydów do obozów zagłady. W lutym 1943 r. przeprowadzono pierwszą akcję likwidacyjną w getcie białostockim, a w sierpniu tego roku białostockich Żydów ostatecznie deportowano do Treblinki i na Majdanek.
Gdy 2 listopada 1942 r. zlikwidowano tzw. małe getta, Niemcy do realizacji tego przedsięwzięcia skierowali stosunkowo niewielkie siły, dlatego nie byli w stanie utrzymać nadzoru nad tysiącami ludzi. Żydzi bowiem dowiadywali się o przygotowywanej akcji i zawczasu uciekali. W listopadzie 1942 r. w licznych wsiach, a przede wszystkim lasach Białostocczyzny ocalenia szukały setki, a nawet tysiące Żydów. Ich sytuacja z dnia na dzień stawała się coraz trudniejsza. Druga fala ucieczek miała miejsce w styczniu 1943 r. i nastąpiła w momencie wywózki obozów przejściowych. Trzecia nastąpiła w sierpniu 1943 r. po likwidacji getta białostockiego. Nie wiemy, ilu było Żydów, którzy uciekli z gett i obozów. Większość z nich została wyłapana w niemieckich obławach, do udziału w których okupanci zmuszali miejscową ludność. Żydzi stosowali rozmaite strategie przetrwania. Najczęściej starali się znaleźć stałe ukrycie, w którym bezinteresownie lub za opłatę albo obietnicę wynagrodzenia po wojnie pozwolono by im czekać na koniec okupacji. Nieraz wędrowali od wsi do wsi, od gospodarza do gospodarza, czasem nawet codziennie zmieniali miejsce pobytu. Zdarzało się, że dzieci i ludzie młodzi udawali Polaków. Wielu Żydów szukało schronienia w lasach, zaroślach, gdzie urządzali ziemianki, a nocami wędrowali po okolicznych wsiach i prosili o pożywienie, a czasem je kradli. Niektórzy dołączali do partyzantki sowieckiej lub sami organizowali grupy przetrwania. Niezależnie od wybranej metody przeżycie w warunkach okupacji graniczyło z cudem. Należy przyjąć, że zdecydowana większość prób ratowania kończyła się niepowodzeniem. Jednocześnie w licznych relacjach jest mowa o dziesiątkach osób, które udzielały wsparcia jednemu tylko uciekinierowi. Przykładem historia Arie Fajwiszysa (Józefa Kutrzeby), który przyznał, że pomogło mu ok. 60 osób, a tylko jedna – ks. Stanisław Falkowski – otrzymała tytuł Sprawiedliwy wśród Narodów Świata.

W sierpniu 1944 r. niemal całe województwo białostockie zostało zajęte przez Armię Czerwoną. Ocaleńcy wychodzili z kryjówek, schronów i wracali do swoich miejsc zamieszkania lub do Białegostoku. Według sprawozdań organizacji żydowskich na przełomie 1944 i 1945 r. ocalało około tysiąca Żydów. Nie mamy żadnych informacji, w jaki sposób przetrwała zdecydowana większość z nich. Na podstawie tej liczby możemy szacować, że Żydów szukających ocalenia musiało być wielokrotnie więcej. Ilu dokładnie, pozostanie okryte mgłą tajemnicy. Należy przy tym założyć, że warunkiem koniecznym przeżycia musiała być pomoc okazana przez miejscowych Polaków. Wynika z tego, że nawet tym ocaleńcom, co najmniej kilka tysięcy ludzi musiało nieść przynajmniej doraźną pomoc w postaci żywności i okazjonalnego noclegu. Ilu z nich pomogło w sposób długotrwały? Niemal na pewno przyjęcie stosunku jeden ratujący na jednego ocalonego zaniża liczbę niosących pomoc. Nawet jednak przyjęcie takiego stosunku dowodzi, że o zdecydowanej większości ratujących nie wiemy kompletnie nic. Jeśli dodatkowo uwzględnimy, że ratowano również Żydów, którzy nie przetrwali wojny, to rozumowanie to pozwala multiplikować liczbę ratujących.
Można więc przyjąć, że w okazjonalną i długotrwałą pomoc Żydom zaangażowanych było kilka tysięcy Polaków. Dlaczego zatem tak niewiele o nich wiemy? Powód jest prozaiczny. Jak pisał Szymon Datner, ci Żydzi, którzy ocaleli na Białostocczyźnie, zawdzięczali to miłosierdziu polskich chłopów. Dziś, gdyby nie dokumenty wytworzone przez Okręgową Komisję Badania Zbrodni Hitlerowskich, ewentualnie te powstałe na potrzeby archiwum Yad Vashem, nie wiedzielibyśmy na ten temat niemal nic. Nie istnieją więc inne niż wywołane, a przez to ułomne relacje polskie. Istnieją co prawda zeznania i nieliczne pamiętniki żydowskie, w których mowa jest o pomocy niesionej przez Polaków, lecz i w tym przypadku zdecydowana większość ocalonych nie pozostawiła żadnej informacji. Wynika to z tego, że ci którzy przetrwali też byli prostymi i niewykształconymi ludźmi. Ponadto zdecydowana większość zarówno Żydów jak i Polaków chciała jak najszybciej odseparować się od traumatycznych przeżyć wojennych, stąd wynikała niechęć jednych i drugich do dzielenia się swoimi przeżyciami. Dysponujemy więc skrawkami informacji, stąd też próba stworzenia całościowego obrazu z góry skazana jest na niepowodzenie.
Mimo to spróbujmy odpowiedzieć na pytanie, kim byli ludzie pomagający Żydom na Podlasiu i czy można pokusić się o stworzenie jakiegoś zbiorowego portretu człowieka, który postanowił pomagać swoim żydowskim bliźnim. Zanim to uczynimy, zastanówmy się, jak rzeczywistość wojenną, w tym zagładę Żydów, postrzegali mieszkańcy Podlasia. Mamy tu do czynienia z rozmaitymi zjawiskami. W literaturze przedmiotu, wspomnieniach mowa jest o tym, że Białostockie, a zwłaszcza zachodnia jego część odznaczała się antysemityzmem, który był jedną z przeszkód, na jakie natykali się Żydzi w trakcie wojny. Przyjmując, że tak było, należy zauważyć, że okres okupacji sowieckiej (1939-1941) manifestacyjną kolaboracją części Żydów z najeźdźcą tylko wzmocnił te emocje. Na to wszystko po 22 czerwca 1941 r nałożyła się polityka niemieckiego okupanta, który już na swoje potrzeby eksploatował stereotyp „żydokomuny”. W rezultacie stosunek znacznej część polskiego społeczeństwa do Żydów był po prostu zły. Do tego doszło niemieckie prawodawstwo, które karało śmiercią za pomoc Żydom, a premiowało ich wydawanie. Działo się to w warunkach terroru, nieustannego zagrożenia, biedy i głodu. W warunkach, gdy byli tacy, którzy korzystali z krzywdy swych bliźnich, grabiąc ich i wydając. Pamiętajmy, że codziennością było zabijanie Żydów i Polaków, a sprawców nie spotykała żadna kara, nie spadał grom z nieba, a mordercy byli wręcz nagradzani. W sytuacji gdy nastąpiło odwrócenie pojęć, występek stał się cnotą, a cnota występkiem i nie miał kto skorygować tego błędnego mniemania, gdyż znaczna część elit straciła życie lub trafiła na Syberię. W rezultacie ci, którzy podejmowali decyzje o udzieleniu pomocy Żydom, często musieli działać na przekór wszystkim i wszystkiemu: Niemcom, sołtysowi, sąsiadom, rodzinie. Należy też przypomnieć, że ówczesne społeczności nie były tak zatomizowane jak dzisiejsze i ukrywanie Żydów tak, aby sąsiedzi się o tym nie dowiedzieli, było niemal nie do zrealizowania. Zatem ten, kto podjął takie działania, musiał przełamać rozliczne opory i przeciwstawić się szeregowi czynników. Jak najbardziej trafna jest tu analogia do sytuacji, gdy człowiek włoży rękę do ognia i jej nie cofnie. Przecież ci, którzy ukrywali Żydów ryzykowali życiem swoim, a często i swoich najbliższych. Czy można wyobrazić sobie bardziej elementarne zagrożenie i bardziej irracjonalną decyzję?
Opisując ich historie nie wolno pomijać relacji osobistych, które powstawały między ratującymi a szukającymi ocalenia. Na szczególną uwagę zasługują uczucia rodzące się między żydowskimi dziećmi oraz ich opiekunami. Takie historie są dominantą książki Nie tyko Ulmowie. Historie o Polakach ratujących Żydów na Podlasiu. Z oczywistych powodów dzieci udawało się ukryć dużo łatwiej niż dorosłych. Można było wmówić sąsiadom, że jest to dziecko kuzynki, a w sytuacji zagrożenia ukryć je w miejscu niedostępnym dla dorosłego.
Wzruszające są tu zwłaszcza opowieści o tęsknocie za dzieckiem, które towarzyszyło przybranym rodzicom przez lata. Bowiem w okresie powojennym dzieci te były odbierane często przy użyciu siły przez przedstawicieli organizacji żydowskich. Jedną z bohaterek książki, Sarę (Zosię) Mężyńską, którą ocalili Bronisława i Adolf Miłkowscy, też spotkał taki los. Dziewczynka trafiła potem do Izraela, gdzie po latach wyszła za maż i miała córkę. Jej przybrana matka Bronisława nie mogła odżałować straty. Po latach kobiety nawiązały ze sobą kontakt. Na spotkaniu autorskim wnuk Bronisławy ze łzami w oczach wspominał, że gdy mówił babci, że jest najstarszy spośród jej wnuków, ta tłumaczyła mu, że w Izraelu żyje starsza od niego wnuczka. Porwano również przybraną córkę Reginy Ostrowskiej – Szulamit (Annę). Kobieta, która nie miała swoich dzieci, do końca życia nie zdołała udźwignąć tego ciężaru. „Ciągle o niej śniłam po nocach, całowałam i miłowałam. I dziś jeszcze przywołuję ją taką, jaka pozostała w mojej pamięci: Gdzie jesteś, śliczna Szulamit – Anno. Tak bym chciała cię zobaczyć, na pewno jesteś ciekawa swego życiorysu z lat dziecięcych. Chciałam tylko usłyszeć od ciebie trzy słowa: «Dziękuję ci, mamo…»”.
Tej samej nocy, kiedy porwano Szulamitkę, zabrano też Reginę (Perlę) Choroszuchę, którą zajęło się bezdzietne małżeństwo Jaromińskich. Żydzi kilkakrotnie namawiali ich, aby oddali dziewczynkę. Zdesperowany Jaromiński udał się do Białegostoku, gdzie w Żydowskiej Komisji Historycznej opowiedział o swoich przeżyciach. „Jaromiński nie chce się z dzieckiem rozstać, uważa je za swoje, mówi, że głowę kładł za nie” – skonkludował spisujący relację przewodniczący tej instytucji Menachem Turek. Być może składając zeznanie, Polak łudził się, iż zatrzyma dziecko. Niewiele mógł jednak wskórać.
Dobrowolnie oddała przybranego synka Michała Rosenszejna Genowefa Majcher. Kobieta tak opisała swoje przeżycia: „Bardzo zżyłam się i pokochałam mojego przybranego synka. Było nam razem bardzo dobrze. Miałam wrażenie i pewność, że będzie on tylko mój i na zawsze mój. Aż któregoś dnia – było to w końcu 1946 roku – ktoś zapukał do moich drzwi. U progu mieszkania pojawił się Dawid Rozenszejn – ojciec dziecka”.
We wspomnianej publikacji opisane ostały te i inne przypadki ratowania Żydów na Podlasiu, przy czym publikacja ta jest tylko, moim zdaniem, zbiorem interesujących historii. Pokazują one dobro, jakie jedni ludzie w ekstremalnych warunkach świadczyli innym ludziom. Nie otrzymali oni nagrody za swoją ofiarność. Częsty był natomiast ostracyzm i szykany, gdyż inni, sądząc zapewne swoją miarą, mniemali, że ratujący kierowali się chęcią zysku.
W czasie II wojny światowej Polacy pomagali Żydom, ale również ich wydawali, okradali i zabijali. Choć wzmiankowana tu praca dotyczy ratowania, to zawiera też opisy mrocznych przypadków. Czy da się zbilansować rachunek krzywd i dobrych uczynków? Na bazie dostępnych danych wydaje się to bardzo trudne, wręcz niemożliwe. Pamiętajmy jednak, że zło jest z reguły bardziej widowiskowe. Także dziś w mass mediach dominują wiadomości o zbrodniach oraz innych nieszczęściach. Podobnie wyglądało to kiedyś. Fakt, że dany osobnik wydał, zamordował, okradł Żyda lub dopuścił się wobec niego innego przestępstwa, był powszechnie znany. Natomiast o tym, że ktoś pomógł Żydowi, często nie wiedział nikt. I właśnie te przemilczane informacje dają nadzieję, że dobra było więcej.
Rozważania na kanwie książki Nie tylko Ulmowie. Historie o Polakach ratujących Żydów na Podlasiu, Białystok-Warszawa 2024.
Paweł Kornacki, Oddziałowe Biuro Badań Historycznych IPN oddział Białystok