logo
FA 10/2024 informacje i komentarze

Adam Proń, Halina Szatyłowicz

Mieliśmy sen...

Mieliśmy sen... 1

Rysunek 1. Liczba artykułów publikowanych rocznie przez warszawskie ośrodki naukowe; dane dotyczą lat 1973-2023

W tym roku mija 50 lat, odkąd starszy ze współautorów rozpoczął pracę naukową. Młodsza współautorka była wówczas w klasie maturalnej, ale podjęła już decyzję o studiowaniu chemii. Oboje byli więc świadkami zmian, jakie następowały w ostatnim półwieczu w codziennej pracy naukowca, a także w polityce naukowej i wydawniczej zarówno w Polsce, jak i na świecie.

Życie ambitnego naukowca 50 lat temu było nieporównanie trudniejsze niż dzisiaj. Gromadzenie wyników badawczych bez wspomagania informatycznego było żmudne i wymagało długich godzin pracy. Znacznie większą niż dzisiaj liczbę drobnej, a czasami też większej i skomplikowanej aparatury naukowej trzeba było samemu zaprojektować i zbudować. Już wtedy opublikowanie pracy w prestiżowym periodyku naukowym wydawanym w świecie zachodnim było przedmiotem chwały i ułatwiało awans naukowy, przynajmniej w dziedzinie nauk przyrodniczych i ścisłych. Utrudnienia biurokratyczne związane z publikowaniem za granicą były stosunkowo łatwe do przezwyciężenia. W każdym instytucie uczelnianym istniała komisja (której przewodniczył dyrektor) wydająca prawie automatycznie zezwolenie na wysłanie artykułu do zagranicznego czasopisma. Nieliczne odmowy były zazwyczaj powodowane animozjami personalnymi pomiędzy dyrekcją instytutu i autorami publikacji wynikającymi z zazdrości. Inną niedogodnością, przynajmniej w Warszawie, był nakaz wysyłania manuskryptu tylko z jednego urzędu pocztowego na Woli. Praktycznie do końca lat 80, czyli do odejścia nieboszczki Polski Ludowej, liczba polskich artykułów naukowych publikowanych rocznie wzrastała bardzo powoli. Po zmianie ustroju na krótko spadła, po czym zaczęła szybko rosnąć. Wystarczy powiedzieć, że w latach 1990-2023 wzrosła 8-krotnie. W tym samym czasie liczba chińskich artykułów naukowych zwiększyła się aż 80-krotnie. Ten drugi przypadek jest bardzo szczególny, gdyż do końca lat 70 ubiegłego stulecia Chiny żyły w prawie całkowitej izolacji od zachodniego świata naukowego, praktycznie nie uczestnicząc w wymianie odkryć naukowych. Znaczący wzrost liczby publikacji w w/w okresie występował też w krajach o dużym potencjale naukowym, np. we Francji liczba artykułów publikowanych rocznie wzrosła prawie trzykrotnie. Te szybkie zmiany zilustrowaliśmy na rys. 1 pokazującym wzrost liczby publikacji pochodzących z warszawskich uczelni i instytucji naukowych w latach 1973-2023. Choć przedstawione dane dotyczą tylko Warszawy, mogą być traktowane jako reprezentatywne dla całej Polski.

Nagły skok

W latach 1973-1992 liczba „warszawskich” publikacji fluktuowała, ale nie zmieniała się w znaczący sposób. W wyniku ważnych wydarzeń dziejowych, takich jak powstanie „Solidarności” i stan wojenny oraz zmiana ustrojowa w 1989 r., okresowo spadała. Pomiędzy 1992 i 2015 r. liczba publikacji rosła w postępie geometrycznym, stabilizując się począwszy od 2016 r. na poziomie 14 tys./rok z fluktuacjami nie przekraczającymi 6-7%. Opublikowanie pracy było w latach 70. i 80. raczej świętem, a nie codziennością, jak dzisiaj, bo nawet najwięksi luminarze polskiej nauki, często kierujący dużymi grupami badawczymi, publikowali nie więcej niż 4-5 artykułów rocznie, a niektórzy z nich tylko pojedyncze, ale często bardzo znaczące prace. Liczba czasopism naukowych była wówczas wielokrotnie niższa niż obecnie, ale te obecnie najbardziej prestiżowe już istniały, a polscy naukowcy, chociaż nieczęsto, umieszczali w nich swoje prace. Np. w latach 1973–1989 polscy naukowcy zdołali opublikować 79 artykułów w „Nature” (0,26% wszystkich zamieszczonych tam prac), dokładnie tyle samo co Węgrzy i 2,5 razy więcej niż naukowcy z Czechosłowacji. Aż 9 prac opublikował w „Nature” Jerzy Wdowczyk, łódzki fizyk zajmujący się promieniowaniem kosmicznym.

Jakie były przyczyny zaskakująco szybkiego wzrostu liczby polskich publikacji naukowych w latach 1992-2015? Po pierwsze, otwarcie na Zachód. Istniejące przed przełomem w 1989 r. wątłe więzi naukowe z krajami o dużym potencjale gospodarczym i naukowym zostały zwielokrotnione. Po drugie, wymienialność złotego, która pozwalała, choć początkowo w ograniczonym zakresie, na zakup nowoczesnej aparatury, a także umożliwiła łatwy dostęp do literatury naukowej. Czynnikiem, który najsilniej stymulował wzrost liczby publikacji, było jednak wprowadzenie informatyzacji procesu składania manuskryptów, ich oceny oraz ostatecznego redagowania, a także odejście od wersji drukowanych na rzecz elektronicznych. Nastąpiło to pod koniec XX w. Starszy z autorów dobrze pamięta, że ostatni papierowy manuskrypt wysłał pocztą do redakcji periodyku „Macromolecules” w 1998 r. Wszystkie późniejsze składał już w formie elektronicznej.

Opracowanie nowych dróg syntezy, udoskonalenie aparatury badawczej i ciągły rozwój metod obliczeniowych spowodowały, że publikowalne wyniki badawcze zaczęto otrzymywać w coraz krótszym czasie. Nastąpił niespotykany wzrost liczby manuskryptów przesyłanych do redakcji czasopism naukowych. Wszystkie znaczące oficyny wydawnicze, zarówno prywatne (np. oficyna Wileya), jak i prowadzone przez organizacje społeczne (np. oficyna Amerykańskiego Towarzystwa Chemicznego), na zjawisko to zareagowały identycznie: „cnotę zachowamy, ale swoje zarobić musimy”. Rozumowanie szefów wydawnictw można w największym skrócie opisać następująco: Nie należy zwiększać liczby publikacji w najbardziej prestiżowych czasopismach danej oficyny, bo inaczej staną się mniej prestiżowe. Ekonomicznym nonsensem byłoby jednak pozbywanie się wszystkich odrzuconych manuskryptów, lepiej je zagospodarować tworząc nowe, bardziej specjalistyczne czasopisma. Utworzenie elektronicznej wersji nowego czasopisma nie wymaga znaczących nakładów finansowych, a generuje duże zyski. Mechanizm ten pokażemy na przykładzie założonego w XIX w. przez braci Daniela i Alexandra Macmillanów wydawnictwa Nature Publishing Group, będącego częścią Macmillan Publishers Limited. Oficyna ta w 1869 r. wydawać zaczęła periodyk „Nature”, uchodzący do dzisiaj za najbardziej prestiżowe czasopismo naukowe na świecie. Posada redaktora naczelnego „Nature” była i jest niezwykle prestiżowa, a ponadto daje 50% szansę na uzyskanie szlachectwa, bowiem honorowy tytuł Sir otrzymało pięciu z dziesięciu dotychczasowych redaktorów naczelnych tego czasopisma. „Nature” publikuje dwa rodzaje artykułów: doniesienia o ważnych odkryciach naukowych oraz prace omawiające zjawiska ważne dla dużych grup społecznych (ekologia, toksykologia…). Liczba opublikowanych artykułów oraz listów do redakcji (letters) nie zmienia się od lat i wynosi 1200-1300 rocznie. Cechą charakterystyczną tego periodyku jest duża liczba retrakcji artykułów. Zdarzają się też afery naukowe, np. afera Benvenista czy Schöna. W maju 2015 r Nature Publishing Group została zakupiona przez oficynę wydawniczą Springera.

Mutacja gigantów

Afery nie wpłynęły znacząco na reputację „Nature”, ale duży wzrost liczby publikacji mógłby prestiż tego periodyku znacząco nadwyrężyć. Jeszcze w XX w., na długo przed nabyciem Nature Publishing Group przez Springera, zaczęto więc tworzyć specjalistyczne mutacje periodyku, w których można publikować prace odrzucone przez „Nature”, albo, w przekonaniu redaktorów, prace niebudzące na tyle szerokiego zainteresowania, aby mogły ukazać się w podstawowym periodyku. Dotychczas stworzono 43 mutacje „Nature” publikujące prace naukowe (np.: „Nature Chemistry”, „Nature Materials”, „Nature Physics”, „Nature Immunology”) oraz 27 periodyków publikujących prace przeglądowe np. „Nature Reviews Cardiology”, „Nature Reviews Genetics”). Utworzono też „Scientific Reports”, czasopismo bardzo popularne wśród polskich naukowców, które zamieszcza artykuły nienadające się do opublikowania ani w „Nature”, ani w jej mutacjach. Wszystkie te czasopisma zgrupowane są w oddziale oficyny Springera nazywanym Nature Portfolio.

Podobną drogę wybrała utworzona w 1807 r. zasłużona oficyna wydawnicza John Wiley & Sons, powszechnie znana jako Wiley. W czasach naszej młodości wydawała ona znakomite podręczniki akademickie i tradycję tę z mniejszym lub większym sukcesem kontynuuje. Ponadto Wiley jest wydawcą wielu czasopism naukowych o najwyższym prestiżu, jak np. „Angewandte Chemie Int. Ed.” w dziedzinie nauk chemicznych czy „Advanced Materials” w dziedzinie inżynierii materiałowej, ale także czasopism bardzo kiepskich, których tutaj nie będziemy wymieniać. Różnica w jakości redagowania najlepszych i najsłabszych czasopism Wileya jest taka jak w jakości gry Realu Madryt i Polonii Warszawa.

Periodyk „Advanced Materials”, utworzony w 1989 r. przez Wileya, okazał się tak znaczący i popularny, że wydawnictwo stworzyło szereg jego specjalistycznych mutacji, aby w nim samym nie zwiększać liczby artykułów, a równocześnie nie tracić pochopnie manuskryptów potencjalnie interesujących dla węższego grona czytelników. Tak powstały czasopisma „Advanced Energy Materials”, „Advanced Optical Materials”, „Advanced Materials Interfaces”, „Advanced Materials Technologies” i inne. Wiley stworzył również czasopismo „Chemistry Select”, które pełni taką samą rolę jak „Scientific Reports” w przypadku Nature Portfolio.

Syndrom tworzenia nowych czasopism szczególnie silnie dotknął wydawnictwo Amerykańskiego Towarzystwa Chemicznego (ACS). W 1879 r. zaczęło ono wydawać swój najbardziej prestiżowy periodyk „Journal of the American Chemical Society”. W późniejszych latach doszły do niego inne ważne czasopisma, ale ich liczbę zwiększano powoli: jeszcze w XIX w. utworzono dwa periodyki; pomiędzy I i II wojną światową trzy kolejne; w okresie 1953–1999 już 14 czasopism, przy czym zasłużony „Journal of Physical Chemistry” podzielono na mutacje A, B i C. W XXI wieku oficyna ACS zaczęła powielać strategię Nature Portfolio i Wileya, tworząc aż 71 nowych czasopism (3 rocznie). Powstało też czasopismo „ACS Omega”. Autorzy manuskryptów, które nie zostały przyjęte do druku przez inne periodyki ACS, często są zachęcani do ich przeniesienia właśnie na jego łamy.

Czasopisma wydawane przez brytyjską oficynę Królewskiego Towarzystwa Chemicznego (RSC) są często odpowiednikami periodyków wydawanych przez oficynę ACS, obejmującymi tę samą lub zbliżoną domenę nauk chemicznych. Również w niej obserwuje się wzrost liczby nowych czasopism, choć nie tak drastyczny jak w ACS. Rolę absorbera nadmiaru manuskryptów pełni w tym przypadku „RSC Advances”.

Elsevier to wydawnictwo utworzone w Rotterdamie w 1880 r. Jest największym wydawcą czasopism naukowych. Ze względu na rozległość tematyczną wydawanych periodyków, może być nazwane „supermarketem publikacyjnym”. Wśród kilku tysięcy specjalistycznych pism tego wydawnictwa niektóre cieszą się dobrą lub bardzo dobrą reputacją. Elsevier jest najczęściej wybieraną oficyną wydawniczą przez 95% wszystkich uczelni na świecie, ale nie przez polskie uczelnie.

Przeglądowe źródła sukcesu

W ostatnim pięcioleciu czasopisma oficyny Multidisciplinary Digital Publishing Institute (MDPI) stały się pierwszym wyborem dla naukowców pracujących w Polsce. Wydawnictwo powstało w 1996 r. i publikuje czasopisma o „nieograniczonym dostępie” (ang. open access). W XXI w. zwiększyło liczbę opublikowanych rocznie artykułów z 57 w 2000 r. do 286 tys. w 2022 r., czyli 5000 razy! Cechą charakterystyczną periodyków wydawanych przez MDPI jest bardzo duża liczba artykułów przeglądowych, dochodząca rocznie do 15% ogółu publikacji. Prowadzi to do zwiększenia IF tych czasopism, gdyż prace przeglądowe są na ogół znacznie częściej cytowane niż prace badawcze. Poważnym problemem czasopism MDPI są małe kompetencje większości redaktorów, a w szczególności redaktorów wydań specjalnych (special issues). Zespoły redakcyjne (editorial boards) są bardzo liczne, odpowiedzialność za opublikowanie artykułu jest rozmyta. Większość ich członków nie ma żadnej wiedzy i doświadczenia w redagowaniu czasopism naukowych. W efekcie, w artykułach publikowanych przez MDPI jest znacznie więcej błędów merytorycznych niż w artykułach zamieszczonych w czasopismach renomowanych oficyn. Znaleźć można nawet prace, których opublikowanie stanowi obrazę dla logiki i wiedzy naukowej. Wiele tych błędów wynika z pośpiechu, gdyż nawet najlepsze zespoły redakcyjne, wspomagane dużą liczbą redaktorów technicznych o najwyższych kwalifikacjach, nie zdołałyby dokonać przyzwoitej oceny merytorycznej i korekty redakcyjnej manuskryptów, jeśli okres od ich przesłania do redakcji do opublikowania wynosi mniej niż miesiąc. A tak właśnie działa MDPI. Wydaje się, że negatywne cechy tego wydawnictwa zaczynają być dostrzegane, gdyż po szczycie w 2022 r., kiedy w periodykach MDPI opublikowano 286 tys. artykułów, ich liczba zmniejszyła się do 273 tys. w 2023 r., a przez pierwszych 6 miesięcy 2024 r. ukazało się zaledwie 112 tys. prac. Jeszcze długo MDPI będzie jednak najpopularniejszym miejscem publikacji dla polskich naukowców, bo wynika to z aberracyjnego systemu punktowania czasopism faworyzującego periodyki MDPI oraz zaleceń NCN i unijnych instytucji grantowych, aby wyniki badań finansowanych z funduszy publicznych były publikowane wyłącznie w artykułach o nieograniczonym dostępie. W takich przypadkach wysłanie manuskryptu do któregoś z periodyków MDPI jest rozwiązaniem najprostszym.

Polityka naukowa we wszystkich prawie państwach faworyzuje naukowców zdolnych do stworzenia dużych grup badawczych. Grupy takie nierzadko liczą kilkadziesiąt osób, a spotkaliśmy się nawet z taką, która w szczycie sukcesów jej szefa liczyła ponad sto osób. Naukowiec ten w ciągu 55 lat pracy badawczej opublikował ponad 2100 artykułów naukowych, w tym 220 w „Journal of the American Chemical Society”, 110 w „Advanced Materials”, 7 w „Nature”, 3 w „Science”. W okresie największej aktywności badawczej co trzy dni publikował nowy artykuł. Takich mandarynów naukowych jest coraz więcej. Publikując tak dużą liczbę prac w bardzo krótkim okresie, nie spełniają oni zarówno etycznych, jak i prawnych kryteriów atrybucji autorstwa, ale nikt się tym nie przejmuje. Mandaryni są na ogół w sile wieku lub zbliżają się do wieku emerytalnego, publikują prawie wyłącznie w bardzo prestiżowych czasopismach.

W ostatniej dekadzie w takich krajach jak Indie, Pakistan, Iran, Chiny, Turcja, Arabia Saudyjska, Egipt, Brazylia, a także Polska w coraz większej liczbie pojawiają się naukowcy, którzy w liczbie cytowań zaczynają doganiać mandarynów, nie mając jednak dużych grup badawczych. Nazywamy ich spółdzielcami. Tworząc kilkudziesięcioosobową, międzynarodową spółdzielnię wspólnie publikujących i wzajemnie cytujących się autorów, nierzadko publikują rocznie równie dużą liczbę prac jak najwięksi mandaryni. Spółdzielcy nie są w stanie zamieszczać swoich prac w prestiżowych czasopismach, często wykorzystują więc łamy MDPI lub interdyscyplinarne periodyki Elseviera i Springera o niespecjalnie dobrej reputacji. Nie przeszkadza im to w uzyskiwaniu równie licznych cytowań jak w przypadku największych mandarynów. Co więcej, często sztucznie generują publikacje o niewielkiej lub żadnej wartości, będące źródłem cytowań dla członków grupy. Procedurę tę nazywa się po angielsku „paper milling”. Spółdzielnia ma pewne cechy grupy w ujęciu matematycznej teorii grup, gdyż stosuje się do niej prawo zamknięcia.

Cechą charakterystyczną dorobku naukowego spółdzielców jest bardzo duży udział artykułów przeglądowych, sięgający nawet 25-30% i mających kilkunastu współautorów z kilkunastu różnych instytucji. Inną cechą jest bardzo duża liczba instytucji współpracujących, w której rzeczywista współpraca naukowa jest niemożliwa do zrealizowania. Zidentyfikowany przez nas jeden z polskich spółdzielców w okresie niespełna 11 lat aktywności publikacyjnej współpracował z 289 uczelniami i instytucjami badawczymi. Spółdzielcy wzajemnie się cytują, ale w taki sposób, aby zminimalizować autocytowania i zmaksymalizować liczbę cytowań niezależnych, co w przypadku sprawnie działającej kilkudziesięcioosobowej spółdzielni generować może tysiące cytowań.

W Polsce spółdzielcy istnieli od dawna, ale ich liczba zaczęła gwałtownie rosnąć w ostatnim 5-10 latach, korelując się nieźle z ogólnym wzrostem liczby publikacji i rosnącym udziałem prac zamieszczanych w czasopismach MDPI. Spółdzielców można podzielić na nieroztropnych i roztropnych. Nieroztropni publikują prace na tak odległe tematy jak obróbka skrawaniem, migracja ptaków, przetwórstwo biomasy, ogniwa paliwowe, stabilność platform wiertniczych, analiza chodu człowieka w aspekcie projektowania protez kończyn dolnych, geofizyczne pomiary rezystywności i inne. Co więcej, w każdej z tych prac umieszczają w znacznym nadmiarze odnośniki do publikacji innych członków spółdzielni, niebędących współautorami tej publikacji. Odnośniki te często nie mają nic wspólnego z treścią artykułu, co nierzadko daje efekt humorystyczny. Natomiast roztropni spółdzielcy ograniczają się do publikacji ściśle związanych z ich specjalizacją i solidniej pilnują adekwatności odnośników literaturowych. Istnienie spółdzielni jest w tym przypadku widoczne jedynie w nieuzasadnionej liczbie współautorów i łatwych do wykrycia związków typu „przysługa za przysługę” pomiędzy członkami spółdzielni.

Wybitni naukowcy kierujący małymi, kilkuosobowymi grupami badawczymi nie mogą konkurować z mandarynami i spółdzielcami, jeśli brać pod uwagę parametry bibliometryczne. Publikują co prawda w równie prestiżowych czasopismach jak mandaryni, ale ich dorobek mierzony liczbą publikacji nie przekracza zwykle 1/10 dorobku mandarynów. Górują nad spółdzielcami prestiżem czasopism, w których zamieszczają swe prace, ale są wielokrotnie rzadziej cytowani, bo nie generują sztucznie cytowań dla współbraci spółdzielców. W efekcie w licznych rankingach opartych na wskaźnikach bibliometrycznych na czołowych miejscach są mandaryni i spółdzielcy, a innym tylko sporadycznie udaje się dostać do czołówki i to zazwyczaj, gdy są już w wieku przedemerytalnym lub wręcz emerytalnym.

Skończymy ten artykuł parafrazą słynnych słów M.L. Kinga: Mieliśmy sen…, że pewnego dnia naukowcy polskich uczelni i instytutów badawczych porzucą nęcącą, acz bałamutną oficynę wydawniczą MDPI i redukując znacząco liczbę artykułów, zaczną je zamieszczać w czasopismach naukowych o długoletniej tradycji i dużym prestiżu, a po spółdzielcach pozostanie tylko blade wspomnienie. Zaś Unia Europejska i NCN nie będą wymagać zamieszczania artykułów w płatnych czasopismach o nieograniczonym dostępie, bo płacenie za publikację jest równie wstydliwe, jak płacenie za seks. We had a dream…

Adam Proń i Halina Szatyłowicz

Wróć