logo
FA 10/2024 okolice nauki

Idealista nie bez wad

Idealista nie bez wad 1

W zasadzie trudno odgadnąć, dlaczego w panteonie polskich uczonych – obok Skłodowskiej-Curie, Kopernika, Łukasiewicza, Heweliusza, Czochralskiego, Banacha, Ulama i wielu innych – Arctowski pozostaje niejako w cieniu. Z rzadka przypomina się jego dokonania, nie bierze się go na sztandary, w ogóle nie mówi się o tym, kim tak naprawdę był. Człowiek, który w wieku zaledwie 26 lat został kierownikiem naukowym pierwszej całorocznej wyprawy do Antarktyki, a później w pełni oddał się opracowywaniu zebranych w jej trakcie materiałów. Naukowiec, który zainteresował się zmianami klimatu, zanim ktokolwiek zdawał sobie sprawę z wagi tej sprawy. Wreszcie idealista, który zamiast ministerialnej teki wolał w całości poświęcić się nauce, a najlepiej czuł się w świecie swoich myśli. „Nigdy nie jestem szczęśliwy tam, gdzie jestem” – pisał.

Aż trudno uwierzyć, że jego nietuzinkowe, prawie dziewięćdziesięcioletnie życie nie budzi zainteresowania. To o tyle dziwne, że był przykładem prawdziwego patrioty. Urodzony w rodzinie o niemieckich korzeniach, żył i pracował głównie na obczyźnie, ale właśnie dla podkreślenia swojej polskości zmienił u progu naukowej kariery nazwisko (z Artzt), w gimnazjum chodził na nieobowiązkowe zajęcia z języka polskiego, w czasie wojny wysyłał do rodaków w kraju paczki zza oceanu, a po wojnie pomagał w odbudowie instytucji naukowych. Niezależnie od tego, jakie są powody, dla których o nim zapomniano, widać to po dziś dzień. Obecność pioniera polskiego polarnictwa w przestrzeni publicznej ogranicza się w zasadzie do oddalonej od Polski o ponad 14 tys. kilometrów stacji naukowo-badawczej, której patronuje. Na bądź co bądź reprezentacyjnej ulicy Warszawy próżno szukać jakichkolwiek śladów jego urodzenia, a wiedzę o życiu czerpano dotąd w zasadzie tylko z artykułu napisanego przez bliskiego mu podopiecznego.

Tę biograficzną, nomen omen, białą plamę postanowiły wypełnić Katarzyna Dąbkowska i Dagmara Bożek. Zadanie, jak można się przekonać, nie było wcale łatwiejsze niż to, jakiego podjął się sam bohater, wsiadając pod koniec XIX wieku na pokład Belgiki. Wrócił po dwóch i pół roku, autorkom żeglowanie po jego życiu zajęło prawie dwa razy dłużej. I również, jak on, zakończyły z powodzeniem. Zwykła kartka pocztowa, od której zaczynały śledzenie losów Arctowskiego, rozrosła się do dzieła pełnego dawnych i współczesnych zdjęć, fragmentów starych gazet, map, nieznanych listów… Oraz pytań, których obie nie boją się zostawić bez odpowiedzi. Czy myśl o odkrywaniu mechanizmów rządzących przyrodą towarzyszyła mu od dziecka? Czy jego nieobecność na pogrzebie ojca może nam coś mówić o ich relacji? Dlaczego o żonie, Jane, mówił i pisał „Nita”, „Nitka”?

Tytaniczną pracę, jaką wykonały, najlepiej obrazują nie odnalezione oceny Henryka w gimnazjum, nie numer telefonu do lwowskiego mieszkania ani nawet nie szczegółowe menu z rejsu do Ameryki, ale dotarcie do prawnuczek jego siostry. O tym, że miał rodzeństwo, nie było wiadomo. Bywa, że twórcy biografii, podążając za swoim bohaterem, nie są w stanie zdobyć się na krytyczne opinie. Henryk stał się bliski autorkom jeszcze przed tym, nim napisały pierwsze zdanie. Nie bez wpływu na to międzygeneracyjne „porozumienie dusz” były zapewne polarne wyprawy każdego z tych trojga. Można się było zatem spodziewać, że do legendy podejdą również na kolanach. Owszem, oddają mu co należne, ale są dalekie od budowania pomnika ze spiżu, chcą poznać go też jako człowieka z krwi i kości, z jego lękami, rozterkami i wadami. Klucz do tego intymnego świata znajdują w pamiętnikach, do których odczytania angażują też… specjalistkę od grafologii. Całość w pełni oddaje przesłanie wyrażone przez głównego bohatera: „Wdzięczny jestem nie być zapomnianym”.

MK

Katarzyna DĄBKOWSKA, Dagmara BOŻEK, Henryk Arctowski. W świecie myśli, Wydawnictwo BoSz, Warszawa 2024.

Wróć