logo
FA 10/2023 w stronę historii

Piotr Hübner

Błędne drogi socjologii

Błędne drogi socjologii 1

Piotr Hübner Źródło: portal.umk.pl

W czasie toruńskiej konferencji socjologicznej oraz krakowskiej – naukoznawczej wyjaśniałem w dyskusji, że opcją socjologii mogą być tylko standardy akademickie. Nie powinna być dyscypliną „zaangażowaną”. Skręcanie „na lewo” z metodologicznego punktu widzenia jest tak samo niezasadne jak skręcanie „na prawo”.

Mój warsztat naukowy początkowo formował się w kręgu problemów historii ustroju, z odwołaniem do dokumentów i przepisów. Odkryłem, że kolejne wersje projektowanych dokumentów pozwalają odtworzyć proces podejmowania decyzji oraz ustalić zakres ingerencji instytucjonalnych. Końcowa wersja tekstu takich możliwości nie dawała. W sferze społecznej i instytucjonalnej doceniłem wagę statutów i regulaminów. Ten kierunek warsztatowy umocniłem podczas kontaktu z prakseologią oraz teorią organizacji i kierowania.

W perspektywie okazało się, że zmierzam w stronę naukoznawstwa, zwłaszcza organizacji i socjologii nauki. Definiowałem siebie nie jako praktykującego wybraną dyscyplinę, lecz poprzez wybrany przedmiot badań – naukę. W każdej z dyscyplin i subdyscyplin, po które sięgałem, studiowałem problemy metodologiczne samodzielnie, poprzez lektury. Uformowałem tym samym warsztat interdyscyplinarny. Nie byłem teoretykiem, ale sięgałem po analizę tradycji akademickiej i odpowiednich systemów wartości.

Gdy znalazłem trwałe miejsce zatrudnienia etatowego w Instytucie Socjologii UMK, stanąłem przed problemem doboru specjalizacji dydaktycznej – do zajęć ze studentami. Za radą Włodzimierza Wincławskiego, historyka socjologii, wybrałem wolne, nowatorskie pole w postaci socjologii instytucji i zrzeszeń.

Problemy organizacji życia społecznego nie były – w odróżnieniu od ogólnych pojęć socjologicznych, takich jak społeczeństwo, naród czy państwo – znaczącym przedmiotem zainteresowania socjologów. Pierwszy z polskich socjologów, Józef Supiński, dokonał jednak znaczącego rozróżnienia (1883) między „towarzystwem” a „stowarzyszeniem”. Kolejne analizy mezosocjologiczne przeprowadził w polskiej socjologii dopiero Kazimierz Sowa, badając spółdzielcze zrzeszenia konsumenckie (1976) oraz budując socjologiczną teorię zrzeszeń (1988). Powodem unikania mezosocjologii była konieczność pogłębionych analiz struktur organizacyjnych, ale także „polityczna poprawność”, wynikająca z usytuowania socjologii w XIX wieku na marginesie nauki akademickiej. Wpływ na powstanie i rozwój socjologii wywierała ideologia socjalizmu utopijnego. Sfera ogólnikowych pojęć łatwo ulegała manipulacji. Następstwem był brak mezosocjologii w pierwszych programach nauczania uniwersyteckiego w XX wieku. Wiele dezorientacji wywołała „lewicowa” profesura oraz działalność redaktorów czasopism socjologicznych. Uformowało się „przeklęte dziedzictwo” socjologii, co przedstawiłem w artykule Damnosa hereditas… Dziedziczne uwarunkowania socjologii w Polsce, opublikowanym w zbiorze Recepcja w Polsce nowych kierunków i teorii naukowych (2001). Szerszy kontekst ukazałem w dwuczęściowym artykule Proces formowania nauk społecznych w Polsce („Nauka Polska. Jej potrzeby, organizacja i rozwój”, R. XVII 2008, R. XVIII 2009). W czasie toruńskiej konferencji socjologicznej oraz krakowskiej – naukoznawczej wyjaśniałem w dyskusji, że opcją socjologii mogą być tylko standardy akademickie. Nie powinna być dyscypliną „zaangażowaną”. Skręcanie „na lewo” z metodologicznego punktu widzenia jest tak samo niezasadne jak skręcanie „na prawo”.

Moim podstawowym odkryciem była teza o błędnej drodze, po której wędrowała socjologia. Przez sto lat kierowano się stanem niezorganizowanego życia społecznego, badanym od początku XIX wieku metodami statystycznymi. Historia miała badać bohaterów, a socjologia zbiorowości. Fałszywe były „jednopodmiotowe” definicje – społeczeństwa czy narodu. Nie dokonywano operacjonalizacji tych pojęć, uwzględniających złożone realia poszczególnych desygnatów, umiejscowionych wśród zdarzeń historycznych. Pomijano narastającą organizację życia społecznego – tysiące struktur organizacyjnych, w których funkcjonowali aktorzy życia społecznego.

Trzy typy organizacji

Odkryłem, że należy genetycznie wyodrębnić trzy podstawowe typy organizacji, jakie wyłoniły się z dawnych wspólnot terytorialnych: korporacje, towarzystwa i instytucje. Korporacje posługiwały się przymusem, obowiązkową partycypacją i zbiorowym władztwem. Pomijano je w badaniach i podręcznikach po przypisaniu im „reakcyjnego” charakteru. Nie ukazywano uwarunkowań korporacyjnych dawnych gmin i cechów, koncentrując uwagę na krytyce studenckiego ruchu korporacyjnego. Towarzystwa cechowała przeciwstawnie dobrowolność partycypacji i wspólne realizowanie interesu każdego z udziałowców, co ułatwiało realizację celu w porównaniu z działaniem „na własną rękę”. Prywatny charakter towarzystw powiązany był do XIX wieku z tajnością działań i składu członków. Towarzystwa obwiniano z tego powodu o „rewolucyjność”. Miały mieć korzenie masońskie. W XIX wieku towarzystwa rozrosły się w zrzeszenia, a te – po formalizacji prawnej – w stowarzyszenia. Instytucje działały początkowo jako rzymskie magistratury, z których wyłaniało się państwo albo Kościół. Dominowały w nich zasoby, a nie personel czy klientela. Między urzędami, objętymi nadrzędnym systemem norm prawnych, występowały pionowe zależności hierarchiczne oraz poziome relacje sieciowe. Instytucjonalny charakter miały też firmy i fundacje, powiązane z rozrachunkiem gospodarczym. W perspektywie „długiego trwania” szczególnie znacząca była instytucjonalizacja podstawowych obszarów życia społecznego: wiary, wiedzy, władzy oraz wytwarzania i wymiany dóbr. Bez analizy kilkudziesięciu form organizacyjnych, jakie można wymienić w ramach trzech typów, nie powinno się prowadzić rozważań socjologicznych, zwłaszcza jeśli przywoływana jest „twarda” metodologia. Jest oczywiste, że nie ma już – i nie było – jednolitego „społeczeństwa”, a „państwo” nie jest wspólnotą, lecz aparatem przymusu.

Rozbudowany program „Socjologii instytucji i zrzeszeń” postanowiłem poddać ocenie socjologów. Napotkałem opór już na szczeblu dyrektora Instytutu Socjologii UMK, Andrzej Zybertowicz bez uzasadnienia odmówił przedstawienia tego programu na konferencji dyrektorów instytutów socjologicznych. Skierowany do Jerzego Szackiego program napotkał na „mur milczenia”. Szacki, swego czasu sekretarz partyjny na Wydziale Filozofii UW, dominujący wśród socjologów, uznał zapewne, że naruszam obowiązujący paradygmat socjologii. Programem zainteresował się jedynie Kazimierz Sowa, pojechałem do Krakowa na prowadzone przez niego seminarium.

Opór socjologów wobec tezy, iż zorganizowane życie społeczne zastąpiło dawną rolę bohaterów historii oraz rolę „mas”, jest zrozumiały. Jedną z przyczyn stało się „lewackie” postrzeganie ustroju, inną obawa, że musi zmienić się paradygmat socjologii. W „starym” dominowało podatne na manipulację pojmowanie „społeczeństwa”, choć prowadzono już badania „małych grup społecznych”. „Nowa” socjologia wymaga analizy struktur organizacyjnych, biurokracji oraz systemu podejmowania decyzji.

Dopełnieniem moich wykładów z socjologii instytucji i zrzeszeń były seminaria magisterskie. Wypracowałem metodę monografii instytucjonalnych, wymagając analizy dokumentów organizacyjnych oraz – jeśli takie istniały – własnych doświadczeń magistranta z pracy w badanej instytucji. Bezkompromisowe dążenie do prawdy mogło wiązać się z obserwacją „ukrytą” albo z korzystaniem z informatorów instytucjonalnych. Mogło to też być zrzeszenie, w tym przypadku jednak działalność była rozproszona i trudna do udokumentowania. Punktem wyjścia była analiza statutu: ustalenie normatywnego celu, zadań, struktury organów i ich kompetencji, obowiązków personelu oraz trybu działania. Interesująca socjologicznie była prywatyzacja instytucji oraz „drugie życie” jej personelu. Znacząca była analiza konfliktów wewnątrzorganizacyjnych oraz biegu procesów decyzyjnych. Ujawniało się zjawisko repudiacji – oporu instytucji przed analizą. Przykładem odmowa udostępnienia danych przez dyrektora likwidowanej Oficerskiej Szkoły Artylerii w Toruniu, uzasadniana tajemnicą wojskową czy pismo jednego z dyrektorów „Polmosu” wskazującego, że jego przedsiębiorstwo nie ma nic wspólnego z organizacją AA (anonimowych alkoholików). Władze instytucji chroniły najczęściej dane o zasobie finansowym. Członek Aeroklubu Toruńskiego mógł badać działalność sportową i administracyjną, jednak, gdy poprosił o dane finansowe, przerwano mu pracę badawczą. Nie stawiałem granic tematycznych – przykładem dyskretne uwzględnianie spraw uczuciowych w domach pomocy społecznej czy sanatoriach, co wzbudziło zainteresowanie moich kolegów w roli recenzentów. Instytucje miały swą genezę, podlegały rozwojowi, ale i degeneracji. W sumie powstawał portret instytucjonalny.

Nie wiem, czy jestem socjologiem

Mój status uniwersyteckiego socjologa nie był oczywisty. Nie odbyłem studiów socjologicznych, chociaż tradycja potwierdzała dochodzenie do badań socjologicznych poprzez studia prawnicze. Moja orientacja interdyscyplinarna i poprzednie miejsca zatrudnienia nie umacniały autorytetu wśród socjologów. Na agresywne pytanie Janusza Muchy o to, czy definiuję się jako socjolog, odpowiedziałem: „Nie wiem, czy jestem socjologiem. Wiem, że uprawiam socjologię nauki”. Z tego zakresu prowadziłem w Instytucie Socjologii UMK konwersatorium „Socjologia nauki” według własnego oryginalnego programu. W tym czasie socjologię nauki systematycznie uprawiali w Polsce jedynie Janusz Goćkowski i Salomea Kowalewska. Istniały też dwie grupy badaczek życia studenckiego. Pojmowałem tę subdyscyplinę nie tylko jako jeden z działów socjologii, ale i jako subdyscyplinę naukoznawstwa, mocno osadzoną w historii nauki, zwłaszcza polskiej. Działalność Stanisława Michalskiego, artykuł Marii i Stanisława Ossowskich, referaty wygłoszone w Kole Naukoznawczym, teksty dotyczące organizacji nauki, publikowane w „Nauce Polskiej” – wszystko to było fenomenem w skali światowej, a uległo zapomnieniu w wyniku oddziaływań cenzuralnych w epoce stalinizacji. Uwzględniałem ewolucję pojęcia nauki, drogę do nauki, ideały, akademicki świat wartości, autorytety i szkoły w nauce, peregrynacje, etos środowiskowy, towarzystwa i fundacje oraz „niewidzialne uniwersytety”, a także mecenat. Nowszą historycznie problematyką był proces instytucjonalizacji nauki, publikacje i upowszechnianie, polityka naukowa oraz „zdrada klerków”, patologie biurokratyczne, rola kobiet w nauce oraz ewolucja życia studenckiego. Wszystkie tematy z zakresu socjologii nauki bardziej nadawały się do studiów na poziomie doktoratu, osób do tego przygotowanych było niewiele. Nie miałem też wsparcia instytucjonalnego. Otrzymałem jedynie możliwość prowadzenia konwersatorium z historii nauki na Wydziale Nauk Historycznych UMK.

Podobnie nie miały wsparcia próby wejścia z zajęciami z historii nauki na teren innych wydziałów. Wyjątkiem było „Forum Naukoznawcze” UMK – spotkania z osobami z kręgu warszawskich decydentów. Do ich przyjazdu z referatem wykorzystywałem znajomości z czasów pracy w Komitecie Badań Naukowych. Jako perspektywiczne zadanie badawcze przyjąłem sporządzenie Encyklopedii polskiej nauki akademickiej, którą publikowałem fragmentarycznie przez ponad dwadzieścia lat w „Forum Akademickim”.

Zamykamy cykl Pro publico bono, który na naszych łamach przeżył swojego Autora. Ukazała się tymczasem książka Piotra Hübnera Encyklopedia polskiej nauki akademickiej, t. 1-3 (201 haseł, niemal 2 tys. stron). Drukowaliśmy tu ją co miesiąc w odcinkach przez wiele lat pod hasłem Z dziejów nauki w Polsce.

Wróć