logo
FA 10/2022 w stronę historii

Piotr Hübner

Kolejny raz na czarnej liście

Wspomnienia z Marca’68

Kolejny raz na czarnej liście 1

Źródło: uw.edu.pl

Kątem oka zobaczyłem jadący tramwaj, który miał otwarte drzwi. Wskakiwali do niego demonstranci, więc i ja instynktownie pobiegłem i wskoczyłem. Chyba byłem ostatnim, który wsiadł. Motorniczy zamknął drzwi, a pałkarze walili w poczuciu bezsilności w tramwaj.

W zorganizowanym i wypełnionym nauką życiu uniwersyteckim „gromem z jasnego nieba” były wydarzenia marcowe, chociaż o władzy i ustroju wiele wiedziałem. Obserwowałem napięcia między dysydentami a betonem partyjnym. Byłem świadomy, że dochodziło do jakichś przesileń politycznych, ale było mi to całkowicie obce. Dla mnie wydarzenia marcowe zaczęły się od wiecu 8 marca na dziedzińcu Uniwersytetu Warszawskiego. Od razu odebrałem to jako formę walki z komunizmem, z panującym systemem. Nie oznaczało to dla mnie dołączenia do jakiejś grupy, choć z ulotek o planie zgromadzenia znałem jego powody.

8 marca na godzinę 12:00 zwołano wiec. Zgromadzenie odbywało się przed Biblioteką Główną, na dziedzińcu. Głównym elementem wiecu było odczytanie rezolucji. Zgromadziło się kilkuset studentów. Od początku zaczęli pojawiać się ludzie obcy. Powoli dołączali do tłumu, co zauważyli zwłaszcza organizatorzy. Łatwo było ich rozpoznać, bo byli ubrani w płaszcze (często skórzane) i kapelusze (typu tyrolskiego) i uważnie rozglądali się po dziedzińcu. Wydaje się, że niektórzy z nich robili zdjęcia. W momencie, kiedy na tym tle pojawiło się napięcie, jeden z organizatorów protestu dał hasło „siadamy”. Studenci usiedli, a panowie w kapeluszach zostali. Rozległ się ryk śmiechu i gwizdy. Wydawało się, że władza skompromitowała się przez ten naiwny typ inwigilacji.

Bezpośrednio po tym na dziedziniec wkroczyły w szyku zwartym dwa nieumundurowane oddziały ORMO. Było to dla mnie od razu sygnałem, że coś złego się dzieje. Ustawili się w taki sposób, że zastawiali możliwość opuszczenia placu. Na komendę wyciągnęli pałki do bicia. Jak to zobaczyłem, poderwałem się, tak jak i inni. Niektórzy nie zdążyli jeszcze wstać, a już zaczęło się bicie. W naturalny sposób wszyscy rzucili się do ucieczki, bo nie było żadnej możliwości obrony przed tym atakiem.

Chciałem wbiec do budynku mojego Wydziału. Ówczesny prorektor Zygmunt Rybicki wydał jednak polecenie zamknięcia budynków. Udało mi się dobiec do Audytorium Maximum i tam się schronić. Wokół trwała masakra. Żadna tam interwencja porządkowa, ale zwykłe bicie. Celowano głównie w koleżanki, które początkowo mogły sądzić, że funkcjonariusze będą bić tylko studentów. Po jakiejś godzinie pojawił się w budynku umundurowany oficer. Powiedział, że wyprowadzi nas i możemy wychodzić, a było nas ok. 200 osób. W kierunku bramy stał szpaler ORMO. Wtedy nie bito nas. Wychodząc na Krakowskie Przedmieście, zauważyłem liczne oddziały milicji – tym razem umundurowanej – i pojazdy (gaziki). Zanosiło się na kolejne bicie. Zacząłem instynktownie biec w kierunku otwartej przestrzeni, jaka była na wysokości Kościoła Wizytek, czyli w stronę Starego Miasta. Zdołałem dobiec, za mną zamykał się szpaler. Cała ulica była już wtedy zablokowana. Bito wszystkich jak popadnie. Widziałem nawet korespondenta zagranicznego, który był bity i zabrano mu kamerę. Jednym z bardziej dramatycznych widoków była powolna ucieczka studenta o kulach, którego też bito. To był przykład sadyzmu. Ta przemoc nie miała żadnego uzasadnienia w oporze. Studenci po prostu uciekali.

Drugim etapem tego dnia była próba przejęcia terenu przez reprezentantów wydziałów. Napotkała przeciwdziałanie – nielegalne siły porządkowe powróciły do bicia. Po upływie czasu, gdy spotkałem Sławka Petelickiego, sugerował, że przynajmniej część studentów, ta sprawniejsza fizycznie, była gotowa do obrony. Wśród atakujących, według Sławka, była młodzież z AWF, zostali rozpoznani. Przygotowano ich do bicia ludzi, z pełną świadomością celu. Doszło do masakry.

Od tego czasu wiedziałem, że muszę zachowywać dystans po to, żeby nie stać się fizyczną ofiarą represji. Bycie nią nie tylko szkodzi zdrowiu, ale nie przynosi żadnych korzyści. Wśród oprawców ból i tak nie budzi współczucia, ludzkich uczuć. Tak to sobie racjonalizowałem.

Ani zostać, ani się cofnąć

11 marca w Audytorium Maximum odbył się ogromny wiec, który miał zadecydować o strajku okupacyjnym. Zabrałem głos, opowiadając się za uruchomieniem strajku okupacyjnego bezpośrednio po zakończeniu wiecu. Obawiałem się zamknięcia terenu Uniwersytetu. Myliłem się z braku doświadczeń. Przegłosowano porę wieczorową, by przygotować się do noclegu. Po wiecu ruszyliśmy Nowym Światem w kierunku Politechniki, bo tam były struktury solidarnościowe. Po drodze chciano demonstrować pod Domem Partii, zwanym ironicznie „białym domem”. Idąc w drugim szeregu, patrzyłem na przemian do przodu i w tył. W tyle widać było cały wypełniony studentami Nowy Świat, aż do Krakowskiego Przedmieścia. Widok ten dawał poczucie siły, choć wiedziałem, że siła ta była pozorna, że pojawi się represja. Patrząc w stronę Domu Partii, widziałem już przygotowania, stały tam gaziki z milicją, armatki wodne i inne urządzenia. Oddziały czekały na czoło pochodu. W tym momencie uświadomiłem sobie, że nie mogę tam zostać. Cofnąć się nie można było, bo z każdej strony napierali demonstranci. Część z nich pewnie nieświadoma, co się dzieje z przodu. Szybko znowu zaczęło się bicie. Odskoczyłem na lewo, gdzie był pomnik Matki Partyzanta. Rozglądałem się, jak się uratować z tej opresji i kątem oka zobaczyłem jadący tramwaj, który miał otwarte drzwi. Wskakiwali do niego demonstranci, więc i ja instynktownie pobiegłem i wskoczyłem. Chyba byłem ostatnim, który wsiadł. Motorniczy zamknął drzwi, a pałkarze walili w poczuciu bezsilności w tramwaj. Pojazd okazał się skuteczną formą ochrony. Gdy doszło wieczorem do okupacyjnego strajku, spaliśmy na podłodze w budynkach wydziałowych. Wczesnym rankiem zaproponowałem rozgrzewkę – marsz wokół dziedzińca na wzór więzionych, prowadzonych na spacerniaku.

Do grupy organizatorów wiecu i protestów miałem dużo dystansu, ponieważ byli potomkami prominentnych osób stalinowskiego systemu. Kilku znałem z czasów licealnych, a z Adamem Michnikiem byłem w jednej grupie studenckiej na historii. Mimo rezerwy, nie odmawiałem im racji, ale myślałem o szerszej demokratycznej walce z władzą. Decyzja o strajku okupacyjnym spowodowała powstanie Studenckiego Komitetu Strajkowego Uniwersytetu Warszawskiego. Nie wspomina o nim Jerzy Eisler w książce Marzec 1968: geneza, przebieg, konsekwencje (1991). Komitet składał się z delegatów, po dwóch z każdego wydziału. Delegatów dobierano bez jakichś zaawansowanych procedur.

Z mojego Wydziału delegatem był działający od jakiegoś czasu lider Staszek Dąbrowa. Blisko związany z Krystynem Dąbrową, który wtedy był pierwszym sekretarzem partii rejonu Warszawa Śródmieście. Ten był po stronie Józefa Kempy, czyli we frakcji tzw. twardogłowych. To była sytuacja paradoksalna. Staszek miał spory kapitał społeczny, charyzmę i zasób wiadomości, ale odebrał inne wychowanie. Widać było więc podział ideowy nawet w tej rodzinie. Po 2-3 miesiącach dotarła do mnie informacja, że Staszek zaginął w górach. Podobno jak go odnaleziono, miał nieodpowiednie do chodzenia po górach obuwie.

Drugim delegatem z mojego Wydziału był Piotr Kruszyński. Kończył studia i starał się o asystenturę. Wybrano go, ale podjął decyzję, którą wielu przyjęło ze zdziwieniem. Zdecydował się siedzieć w zamkniętym domu i go nie opuszczać. Nie został więc de facto delegatem. W ten sposób powstała luka. Wtedy wybrano mnie jako drugiego delegata Wydziału do SKS.

Spotkania Komitetu odbywały się na zapleczu budynków uniwersyteckich. Czasami musieliśmy przerywać zebranie, bo wokół nas kręcili się różni obcy, pewnie agenci. Jeden z nich był nawet z dzieckiem i krążył tak blisko, żeby sprzęt był w stanie nagrywać obrady. Postanowiliśmy się jednak nie przejmować tym i nadal rozważać zagadnienie strajku. Brałem także udział w spotkaniach z kadrą akademicką, choć prowadzący zajęcia nie okazywali większego poparcia dla strajku. Starali się raczej tonować i uświadamiać konsekwencje. W pamięć zapadło mi spotkanie ze Zbigniewem Salwą. Był wykładowcą prawa pracy, pod względem naukowym niezbyt zdolnym. Podczas wykładów czytał własny skrypt, nie wychodząc poza jego treść. Był przez studentów powszechnie lekceważony jako członek komitetu partyjnego uczelni. Wygłosił przed ponad setką studentów, że podejmie z nami rozmowę, że spróbujemy sobie razem zinterpretować to, co wydarzyło się do tej pory. Po jego wstępie zgłosiłem się do spontanicznej wypowiedzi. Zapytałem o przemoc wobec studentów oraz o transparenty na uniwersyteckim płocie, które rasowo szkalowały organizatorów wydarzeń marcowych (nawiązanie do pochodzenia żydowskiego i do funkcji w aparacie władzy, które pełniły osoby bliskie organizatorom). Od znajomych wiedziałem, że to była inicjatywa lokalnej władzy partyjnej. Prof. Salwa przyznał, że nie aprobuje żadnego z tych zachowań. Na koniec zapytałem, jak można nie aprobować poszczególnych działań, natomiast popierać całość zdarzeń. W tym momencie całkowicie pogubił wątek. Spotkanie przerodziło się w masową krytykę. Przez to zdarzenie znalazłem się na cenzurowanym.

Wepchnięci w pułapkę opozycyjności

Inne spotkanie, które pamiętam, to otwarte zebranie Związku Młodzieży Socjalistycznej. Ówcześnie Związek był bardziej skłonny do zmian programowych niż Zrzeszenie Studentów Polskich. Mówili, że są ze studentami, choć oficjalnie popierali działania władz. Organizatorem spotkania był Maciej Pinkwart. Był przewodniczącym wydziałowej organizacji na filologii. Po studiach został dyrektorem muzeum w Zakopanem. Wspominam o tym, ponieważ ważne są także dalsze losy ludzi. Wyglądało na to, że został nagrodzony za zachowanie po wydarzeniach marcowych. Jego wystąpienie nie było agresywne. Było zbudowane według tezy, że „komandosi” wepchnęli studentów w pułapkę opozycyjności. A przemoc wobec studentów była konsekwencją tej opozycyjności. Pinkwart występował po 19 marca, kiedy to Gomułka w Sali Kongresowej Pałacu Kultury i Nauki wprowadził pojęcie „piątej kolumny” w stosunku do tej części Żydów, których nazywano syjonistami. Sprowadzanie komentarzy do kwestii udziału komunistów pochodzenia żydowskiego w wydarzeniach marcowych wypaczało istotę protestów. Te były skierowane przeciw władzy komunistycznej w imię ideałów demokratycznych bądź patriotycznych.

Już wtedy miałem zadatki na badacza przeszukującego archiwa, ale analizowałem też materiały prasowe. Na otwarte zebranie ZMS przyniosłem gazetowy materiał z przemówieniem Gomułki, gdzie pozaznaczałem fragmenty, które drastycznie odbiegały od oficjalnej interpretacji zajść. Pokazałem za pomocą cytatów, że władze wiedziały o wiecu i towarzyszących zdarzeniach. Zasugerowałem, że dla władzy był to pretekst do własnych zagrywek. Spotkanie było po to, żeby załagodzić nastroje wśród studentów. Represjonować chciano tylko „komandosów”, a resztę studentów przedstawiano jako oszukanych, zmanipulowanych. Wypowiadając się na tym zebraniu zapytałem, kto oszukiwał. Moim zdaniem, oszukiwał nie tylko lider – ten który narzucał narrację – ale także ten, kto nie reagował na kłamstwa i manipulacje. Efekt tych zdarzeń był taki, że trafiłem po raz kolejny na tzw. czarną listę. Mój przypadek był analizowany przez organizację partyjną uczelni. Kadra profesorska, która zasiadała w komitecie, wyrażała się na mój temat ostrożnie. Prof. Leśnodorski był dziekanem. Był też przewodniczącym komisji powołanej przez rektora, która miała wyjaśnić przebieg wydarzeń marcowych.

W pewnym momencie wytworzyła się grupa wokół Bonawentury Chojnackiego, który był wykładowcą filozofii. Działał z ramienia nowej frakcji partyjnej. Przygotowywali listy studentów, których trzeba zwalczać. Niektóre wydziały zostały rozwiązane i na nowo uruchomiono rekrutację. Wydział Prawa uchodził za spokojny. Na własnej skórze odczułem konsekwencje tej listy dopiero na początku nowego roku akademickiego, czyli jesienią 1968 roku. Okazało się wtedy, że zabrano mi stypendium naukowe. Była to decyzja podjęta na podstawie opinii samorządu studenckiego. Zorganizowano taką fikcję i posłużono się grupą studentów. Studenci byli szantażowani, jeżeli nie chcieli stosować represji, sami byli usuwani. Wiem to od Marty Zarzyckiej (później Wesołowskiej, dziennikarki „Polityki”). Nie chciała głosować, dlatego ją pozbawiono stypendium. W moim przypadku jeden z uczestników osądu twierdził, że jestem syjonistą, a inna uczestniczka, że jestem antysemitą. Tak czy siak, chodziło o usunięcie najzdolniejszych stypendystów. Wstrzymał się od głosu jeden z dzisiejszych emerytowanych profesorów UW, ówcześnie student z samymi ocenami „bdb”, którego nazwiska nie wymienię. Wspomnę jednak, że odwiedzając mnie w domu po zebraniu, osobiście poinformował, że nie dostanę stypendium i nie zostanę na uniwersytecie. On oczywiście został. Skończyłem studia w 1969 roku. Na drugim kierunku studia przerwałem, tj. na Wydziale Nauk Historycznych. Mój mentor – prof. Leśnodorski – chciał pomóc, ale miał związane ręce.

W konsekwencji tego, że wypowiadałem się publicznie podczas tych wydarzeń, musiałem iść do pracy w zewnętrznej instytucji. Na Uniwersytecie Warszawskim, jako pełnomocnik ds. zatrudnienia absolwentów, działała – jak się okazało – sąsiadka mojej Mamy. Zapytała mnie, gdzie chciałbym pracować. Nie lubiłem typowych zawodów prawniczych, mimo że byłem jednym z najlepszych studentów. Adwokaci, rodzice dzieci, których przygotowywałem na studia, żałowali utraty dobrego prawnika. Namiastką pracy ze studentami mogła być praca w szkole. Miałem nadzieję, że wtedy naprawiłbym wady „nauki szkolnej”. Powiedziałem pani pełnomocnik, że chciałbym podjąć pracę nauczyciela, ale studia prawnicze nie dają mi takiej możliwości. Wskazała, że we Włochach pod Warszawą, w Technikum Ekonomicznym, szukają nauczyciela prawoznawstwa. Dostałem więc skierowanie i od razu poszedłem do kuratorium. Kolejny zbieg okoliczności spowodował, że spotkałem tam dyrektora tej szkoły, który zamartwiał się, że na nowy rok szkolny nie ma nauczyciela. Na Uniwersytet Warszawski mogłem powrócić dopiero po upadku władzy komunistycznej.

Wróć