logo
FA 10/2022 życie akademickie

Zbigniew Drozdowicz

Akademickie wyróżnienia

Akademickie wyróżnienia 1

Rys. Sławomir Makal

Nagrody rektorskie za osiągnięcia badawcze są bardziej cenione niż nagrody za osiągnięcia dydaktyczne, a te z kolei stoją wyżej niż nagrody za osiągnięcia organizacyjne. Niżej w tej hierarchii stoją nagrody przyznawane przez dziekanów. Jednak w żadnym razie nie można powiedzieć, że są one bagatelizowane przez wszystkich. Byli bowiem i są członkowie akademickiej społeczności gotowi walczyć o nie „na noże”.

Przyznawaniu akademickich wyróżnień z reguły towarzyszą różnego rodzaju emocje. Rzecz jasna, jednym większe, innym mniejsze. Wiele zależy nie tylko od rangi wyróżnienia, ale także od kierowania się w tym przyznawaniu zasadami, które można uznać za na tyle sprawiedliwe, że ci, którym nie zostały one przyznane, nie czują się pokrzywdzeni. Trudno jest jednak nie tylko o określenie takich zasad, ale także o pogodzenie się z tym, że inni otrzymali jakieś istotne wyróżnienie, a nie my.

Wyróżnienia z „najwyższej półki”

Za takie wyróżnienie może uchodzić przyznanie w procedurze parametrycznej – wcześniej wydziałom, a obecnie dyscyplinom naukowym – kategorii A+. Jak wielką wagę przywiązuje się do niego, może świadczyć to, że informacja o jego przyznaniu zamieszczana była i jest na pierwszych stronach internetowych uczelnianych jednostek, których wydziały lub dyscypliny je otrzymały i zachowywana jest niejednokrotnie do następnej parametryzacji, a czasami nawet jeszcze dłużej. Natomiast ci, którzy są lub przynajmniej czują się współautorami tego sukcesu, mówią o nim często tak, jakby otrzymali Nagrodę Nobla. Warto im jednak przypomnieć, że ma ono ograniczony okres ważności i trzeba zadbać o powtórzenie sukcesu za kilka lat. Rzecz jasna, skrajnie odmienne emocje przeżywają ci, którzy „otarli się” o tego „Nobla” i są przekonani, że powinni go otrzymać, bo go mieli w poprzednim „rozdaniu” lub też, iż w ostatnich pięciu latach wykazali się wystarczająco znaczącymi wynikami badawczymi. Zapewne złożyli odwołania od wyników ostatniej parametryzacji. Być może niektóre z nich okazały się skuteczne. Zdziwiłbym się mocno, gdyby była to większość z nich. Jeśli już miałbym coś sugerować niezadowolonym z braku kategorii A+, to szukanie winnych niepowodzenia nie tylko w KEN-ie i w MEiN-ie lub w nieprawidłowościach procedowania, ale także uważne rozejrzenie się na własnym „podwórku”. Emocje mogłoby nieco ostudzić upublicznienie całej procedury, w tym opinii dwóch recenzentów, którzy na końcowym etapie zostali powołani do ustalenia, czy dyscyplinie przyznać kategorię A+. Szczególnie interesujące są przypadki, w których jeden z nich był „za”, a drugi „przeciw”, w tym jak układają się proporcje między recenzentami zagranicznymi i krajowymi. Nie wykluczam, że potwierdziłyby one przekonanie, że w naszych realiach akademickich o uzyskanie „za” łatwiej jest u obcych niż u „swoich”.

Nie da się jednak obronić twierdzenia, że cała społeczność akademicka żyła i żyje parametryzacją. Bez większego trudu można znaleźć takich, którzy słabo się orientują, o co w niej chodzi, a nawet takich, których mało ona obchodzi. Bardziej ich interesują wyróżnienia związane z akademicką procedurą awansową, a tych, którzy przekroczyli próg habilitacji, procedurą o nadanie tytułu profesorskiego. Tytuł ten stanowi dobro pożądane przez wielu uczonych. Jednak był on i jest nadal osiągany przez stosunkowo niewielu. Taka jego namiastka, jaką jest stanowisko profesora uczelnianego, może wprawdzie zadowolić niektórych, jednak dla wielu stanowi to tylko „stację przesiadkową” w podróży do profesury bez tego przymiotnika. Jak wielka jest ich determinacja, mogłem się przekonać, występując w roli opiniodawcy w takiej procedurze. Przy okazji mogłem się zapoznać z opiniami innych recenzentów. Ze sporym przekonaniem mogę powiedzieć, że dzisiaj z opiniowaniem jest lepiej niż jeszcze kilka lat temu. Oznacza to jednak, że wyróżnienie, jakim jest tytuł profesora, jest trudniej dostępne dla tych, którzy wprawdzie mieli i mają swoich protektorów, ale ich osiągnięcia naukowe są co najwyżej przeciętne. O tym, że niełatwo jest im to przyjąć do wiadomości, świadczą m.in. odwołania po otrzymaniu pierwszej negatywnej opinii Prezydium Rady Doskonałości Naukowej.

Wyróżnienia ze średniej „półki”

Wahałem się, czy wyróżnienia, jakim jest przyznanie uczelni statusu badawczej, nie zaliczyć do najwyższej „półki”. Jeśli w końcu zdecydowałem się na zaliczenie go do średniej, to kierowałem się nie tylko tym, że jest to „dziecko” stosunkowo młodej daty („poczęte” przy okazji narodzin Ustawy 2.0) i nie jest pewne, czy przeżyje kolejne zmiany regulacji prawnych, ale także, a nawet przede wszystkim tym, że narodziło się ono z istotną skazą, jaką jest sprzeczność między nazywaniem uczelni badawczymi i prowadzeniem przez nie zarówno badań naukowych, jak i w szerokim zakresie kształcenia studentów. Dotyczy to wszystkich dziesięciu uczelni, którym przyznano ten status. Pracowników naukowych zatrudnionych na etatach badawczych, tj. nie mających w zakresie swoich obowiązków prowadzenia zajęć dydaktycznych, jest w nich niewielu, a w mojej uczelni (UAM) to wręcz śladowa liczba. Jeśli w ogóle o tym mówię, to przede wszystkim dlatego, że z tym wyróżnieniem wiąże się przyznawanie całkiem pokaźnych dodatków do wynagrodzeń dla osiągających wyróżniające się wyniki w publikowaniu artykułów i monografii naukowych w czasopismach i wydawnictwach obecnych w bazie Scopus. Rozumiem, że nie wszystkie osiągnięcia naukowe dają się przeliczyć na pieniądze, a jeśli już zostały przeliczone i przyznane uczelniom, które uzyskały status badawczych, to trzeba je sensownie wydać. Nie jestem do końca przekonany, że takim jest rozwiązanie przyjęte na mojej uczelni. Argumentem za trzymaniem się go byłoby wykazanie, że w istotnym stopniu przyczynia się ono do wzrostu aktywności i efektywności badawczej uczonych. Wyniki ostatniej parametryzacji dyscyplin naukowych realizowanych w UAM tego jednak nie pokazują.

Wyróżniania finansowego za osiągniecia w pracy akademickiej nie bagatelizuję. Są jednak różne jego rodzaje i nie każdy z nich można umieścić na średniej „półce”. Jestem przekonany, że znajdzie się na niej miejsce przynajmniej dla corocznych nagród rektorskich I stopnia za osiągniecia w pracy badawczej. Nie tylko dlatego, że są one stosunkowo najwyższe finansowo i wiążą się z najbardziej cenioną w środowisku akademickim formą aktywności zawodowej, lecz także dlatego, że są stosunkowo najmniej liczne, a ci, którzy je otrzymują, są zwykle proszeni na uroczyste spotkanie z władzami rektorskimi i mogą usłyszeć kilka miłych słów o swoich osiągnieciach. To, co o tym myślą i mówią ci, którzy tej nagrody nie otrzymali, zależy nie tylko od ich samokrytycyzmu (lub jego braku), ale także od obiektywizmu w ocenianiu osiągnieć naukowych przez wnioskujących o te nagrody (zwykle są to dziekani lub dyrektorzy jednostek organizacyjnych uczelni). Rzecz jasna ostateczna decyzja należy do rektorów. Obiektywizm ten może mieć i niejednokrotnie ma różne miary i niełatwo wybrać taką, która zadowoli przynajmniej większość zainteresowanych. Mówię to nie tylko jako osoba, która otrzymywała takie nagrody, ale także jako były dwukadencyjny dziekan dużego i zróżnicowanego dziedzinowo wydziału. Pełniąc tę funkcję, niejednokrotnie wnioskowałem o przyznanie nagrody I stopnia za osiągnięcia naukowe osobie, która co roku je miała i mogła to udokumentować nie tylko znaczącymi publikacjami w prestiżowych czasopismach i wydawnictwach, ale także znaczącymi grantami badawczymi. Oczywiście nie przysporzyło to wielu sympatyków ani mnie, ani tej osobie. Jeśli już miałbym cokolwiek doradzać uczelnianym decydentom, byłaby to sugestia, aby nie dyskryminowali tych, którzy notorycznie otrzymują wyróżniające się osiągnięcia badawcze, a także nie przejmowali się zanadto pretensjami tych, którzy jedynie aspirują do takich osiągnięć.

Wyróżnienia z niższych „półek”

Takich wyróżnień jest najwięcej i nie wszystkie można umieścić na jednej „półce”, nie tylko dlatego, że są zróżnicowane rodzajowo, ale także dlatego, że są różnie oceniane w akademickim środowisku. Przykładem mogą być nagrody rektora niższego stopnia za osiągnięcia naukowe. Jednym członkom społeczności ich otrzymanie daje sporą satysfakcje. Przez innych mogą być i bywają traktowane jako nagroda pocieszenia, nawet jeśli jest to nagroda II stopnia. Jednak mimo wszystko nagrody rektorskie za osiągnięcia badawcze są bardziej cenione niż nagrody za osiągnięcia dydaktyczne, a te z kolei stoją wyżej niż nagrody za osiągnięcia organizacyjne. Niżej w tej hierarchii stoją nagrody przyznawane przez dziekanów. Jednak w żadnym razie nie można powiedzieć, że są one bagatelizowane przez wszystkich. Są bowiem członkowie akademickiej społeczności gotowi walczyć o nie „na noże”. Przekonałem się o tym, pełniąc obowiązki dziekańskie. Świadectwo tej walki można jeszcze dzisiaj znaleźć w internecie po wprowadzeniu do wyszukiwarki hasła: „groteskowy spór naukowców”. Drugą stroną tego sporu była osoba, która domagała się ode mnie nagrody na osiągnięcia, których moim zdaniem nie było. Po odmowie nagłośniła swoją „krzywdę” w mediach. Później miała wielkie pretensje do dziennikarki, która ujawniła jej brak osiągnięć. Jest to wprawdzie historia już z dosyć długą „brodą”, jednak pokazuje, jak wrażliwą i drażliwą kwestią są różnego rodzaju akademickie nagrody.

Odrębną kategorię stanowią wyróżnienia przyznawane przez studentów wykładowcom. Na mojej uczelni do najbardziej prestiżowych należy nagroda Praeceptor Laureatus, przyznawana co roku na podstawie wyników ankiet studenckich. Nie bagatelizuję jej znaczenia, zwłaszcza wówczas, gdy otrzymują ją osoby potrafiące udanie łączyć obowiązki dydaktyczne z badawczymi. Tacy się zdarzają, jednak nieczęsto. Częściej wyróżniony dydaktyk ma dosyć przeciętne wyniki badawcze lub nawet nie ma ich wcale i jest zatrudniony na etacie dydaktycznym, a co za tym idzie, nie ma w zakresie obowiązków prowadzenia badań naukowych. Pozostaje kwestią dyskusyjną, czy można być bardzo dobrym dydaktykiem akademickim, nie prowadząc żadnych badań. Nie oczekiwałbym od studentów udzielenia przekonującej odpowiedzi na to pytanie. Kierują się oni bowiem często kryteriami, które wprawdzie świadczą o potrzebie przyjemnego studiowania i mało kłopotliwego zaliczania kolejnych jego etapów, ale raczej trudno to pogodzić z surowym egzekwowaniem przez wykładowców wiedzy na egzaminach.

Jeszcze inną kategorię stanowią akademickie wyróżnienia honorowe. Są one również dosyć mocno zróżnicowane. Do najwyżej stojących należy honorowy doktorat. Zapewne są tacy, którzy skłonni będą je zaliczyć do wyróżnień z najwyższej „półki”. Rzecz jednak w tym, że uprawnienia do jego przyznawania mają nie tylko najlepsze uczelnie, ale także średnie, a nawet słabsze i chętnie z nich korzystają. Rzecz również w tym, że kryteria przyznawania są na tyle niejednoznaczne, że w gronie obdarzonych doktoratem honorowym znajdują się osoby, których związki z nauką są dosyć skromne. Zdarzało się również, że przyznawany był na tzw. zamówienie polityczne. Odpowiedź na pytanie, jak to wyglądało w przeszłości, można znaleźć w uczelnianych dokumentacjach. Jeszcze niżej w hierarchii znajdują się honorowe wyróżnienia przyznawane przez rozmaite organizacje naukowe. Miewają one „pompatyczne” nazwy i wręczane są z dużą „pompą”, co oczywiście poprawia samopoczucie darczyńców i obdarowanych, jednak jedynie w niewielkim stopniu podnosi rangę tych wyróżnień.

A ja?

Jeśli nawet tytułowe pytanie sformułowałem nieco żartobliwie, to nie będę żartował, udzielając na nie odpowiedzi. Nie chciałbym jednak czepiać się tych, którzy z sobie wiadomych względów nie przyznali mi któregoś z istotnych akademickich wyróżnień (z takimi spotkał się zapewne na swojej drodze niejeden akademik). Chciałbym natomiast przedstawić krótkie sprawozdanie z wyróżnień, które otrzymałem albo ja, albo moja dyscyplina nauki. W moim przekonaniu jest się czym pochwalić i nie muszę przepraszać nikogo za któreś z tych wyróżnień. W pierwszej kolejności wyniki parametryzacji. Wyglądają one dobrze, bowiem moja dyscyplina otrzymała kategorię A+. W punkcie „tytuł profesorski” również wygląda to nieźle, bowiem otrzymałem go w wieku 44 lat (i nie był mi nadany na kredyt). W punkcie „nagrody rektora” jest więcej niż nieźle, bowiem było ich wiele i to w różnych kategoriach. Znacznie gorzej to wygląda w punkcie „wyróżnienia honorowe i dydaktyczne”, bowiem mimo długiego akademickiego życia żadnego z nich nie otrzymałem (ale też o żadne z nich nie zabiegałem). Najwyżej cenionym wyróżnieniem ostatnich lat było jednak przedłużenie mi zatrudnienia na uczelni (mimo osiągnięcia wieku emerytalnego). Sądzę, że rektor, który podjął tę decyzję, dobrze wiedział, co robi. W ten bowiem sposób w istotnym stopniu pomogłem swojej dyscyplinie w uzyskaniu wyróżniającej kategorii, nie tylko dając do parametrycznej oceny swoje wysoko punktowane publikacje, ale także umożliwiając innym (jako redaktor naczelny wysoko punktowanego czasopisma oraz wydawnictwa) dołożenie do niej „cegiełek”. Rzecz jasna, byłoby miło, gdyby obecne władze rektorskie przedstawiły mi jakąś poważną propozycję dalszego zatrudnienia.

Wróć