logo
FA 10/2021 felietony

Piotr Müldner-Nieckowski

Zbyt długie drogi nerwowe

W drugiej połowie lat 70. XX w. zauważyłem, że to, czego mnie uczono w szkole, a mianowicie samosprawdzanie, stało się przedmiotem kpin w biurach, gazetach, warsztatach, a nawet szkołach. Coś się zaczynało poważnie w komunie psuć. „Na sprawdzanie szkoda czasu, się zrobi, jak się zrobi”, mówiono. Tymczasem nauczyciele i rodzice wpoili mi odruch odwracania głowy do tyłu w celu skontrolowania, czy w czasie robienia czegoś („wykonywania czynności”, jak by to powiedział milicjant) nie popełniłem jakiegoś błędu. W zabawie z kolegami, szczególnie na zbiórkach i biwakach harcerskich, sprawdzaliśmy też, jak często (statystycznie) takie błędy się pojawiają i wychodziło na to, że jeśli wracaliśmy błyskawicznym rzutem oka na własne dokonanie, to błędu nie było wcale. To był niewątpliwie wynik skupienia na zadaniu, uruchomienie wszystkich mechanizmów potrzebnych do wykonawstwa kompletnego. Ale bez takiej kontroli i koncentracji – błędy występowały nawet w trzydziestu procentach przypadków. Bardzo dużo! Naprawianie tego musiało kosztować sporo czasu, a w pewnych sytuacjach i grosza.

Przyczyną powstawania błędów zapewne był pośpiech, emocja i oszczędzanie czasu, ale skutkiem w sumie znaczące straty. W czasie pracy powrót do poprawiania, i to siebie samego, to nie tylko „dalsze wykonywanie czynności”, to także moment refleksji, pozornie wydającej się jako długotrwała, i w razie znalezienia byka – wściekła reakcja przeciwko samemu sobie. No i te złośliwe uwagi zastępowego, a potem i moje, kiedy sam zostałem zastępowym… te pouczenia, dokuczliwe przypominanie, że jeśli tak dużej liczby błędów, a wśród nich głupich pomyłek, nie wyeliminujemy teraz, to po maturze w życiu nic nam się nie będzie udawać… Tak, to zostaje w głowie na całe życie i niektórym potrafi się śnić, ale ci, którzy przeszli przez taką szkołę-zabawę w nieprzesadnie dokładną dokładność, wyszło to na dobre i na zawsze. Mechanizmy wychowania harcerskiego, słynne sprawności, w dorosłym życiu sprawdzają się świetnie. O ile były realizowane rzetelnie. Lalusie i flegmatycy zostawali w tyle…

Nie chodzi tu wcale o pedanterię, która z definicji jest działaniem przesadnym, molestującym otoczenie. Chodzi o to, żeby nie narażać psychiki swojej i zależnych od nas ludzi na kumulowanie się obojętności na niską jakość, bo ta w ogóle nie powinna mieć miejsca w naszym zasięgu. Chodzi o to, żeby myjąc ręce w umywalce, nie lać sobie wody na kolana albo poprawiając cudzy błąd w wyrażeniu „nowonraodzony” (powinno być „nowo narodzony” albo „noworodek”), nie wstawiać swojego: „nowo nrdzony”. Żeby pamiętać, że najczęstszym błędem jest pomyłka, czego nie należy mylić z błędnym wykonaniem większej całości, które już nie jest pomyłką, ale szeregiem pomyłek i błędów innego typu. Tenisista, pakujący piłkę w siatce, robi solidny błąd, składający się z szeregu pomyłek i niepoprawnych, błędnych elementów ruchu. Trzeba te błędy umieć wyłowić i nazwać.

Na marginesie przypomnę definicję: pomyłka to błąd wyboru, np. wybór nieodpowiedniego klawisza, sposobu, miejsca, niewłaściwej litery, liczby, wartości itp., a błąd to pojęcie dużo szersze.

Domysł z czasów harcerskich próbowałem sprawdzić 30 lat później. W dorosłych już warunkach obserwowałem, ile czasu zajmuje poprawianie wszystkich błędów tekstu wraz z natychmiastowym ich sprawdzaniem po wykonywaniu poprawki, a ile zabiera poprawienie tych samych błędów i sprawdzenie tego poprawiania w całości materiału po wykonaniu wszystkich poprawek. Z tym że ten sam materiał dla porównania zamiennie opracowywały co najmniej trzy osoby. Różnica między sposobami redagowania polegała na tym, że druga wersja (sprawdzanie po wykonaniu całości) z natury wymagała żmudnego odnajdowania poprawek, ponownego ich uważnego przeczytania i zastanowienia się, czy poprawka była słuszna i prawidłowa. W sumie dawało to stosunek czasu trwania wersji z kontrolą natychmiastową do czasu wersji z wykonaniem na końcu redagowania jak 1 : 4,3. Różnica była wręcz gigantyczna.

Sprawdzanie swojego działania redaktorskiego po zakończeniu poprawiania całego tekstu z punktu widzenia prakseologii nie miało więc sensu i częściowo tłumaczyło, dlaczego w wydawnictwach słabi, niewyszkoleni redaktorzy są zawsze opóźnieni w oddawaniu zredagowanych przez siebie tekstów. Poprawiają po wykonaniu całości, bo wcześniej im się nie chce.

W ich działaniu można przeważnie wyróżnić dwa czynniki spóźnieniowe. Pierwszy to ogólny styl powolnej pracy, spowodowany przez niezdolność szybkiego a dokładnego czytania (wpływ wzroku i/albo niedokształcenia czytelniczego, też osobowości). Drugi to wadliwy, czasochłonny sposób sprawdzania siebie ex post, którego nie należy mylić ze sprawdzaniem struktury drukowej i plastycznej publikacji, a które wykonuje się celowo właśnie na końcu redagowania.

Doświadczeni wydawcy wiedzą, że redaktorzy, którzy redagują wyraźnie powoli, z zasady zostawiają (i popełniają) więcej błędów niż ci, którzy robią to w czasie obliczanym według norm wydawniczych (każda firma ma swoje własne standardy). Powolność działania wiąże się z jego mniejszą skutecznością. Osobiście sądzę, że to prawda. Mówi się przecież żartobliwie, że powoli działają ci, którzy mają za długie drogi nerwowe. Trzeba takim osobom pomóc w ich skracaniu. Najpierw niech się dowiedzą, że to możliwe.

e-mail: lpj@lpj.pl

Wróć