logo
FA 10/2021 życie naukowe

Lucjan Piela

Polski kompleks Zachodu?

Impresje chemika kwantowego

Polski kompleks Zachodu? 1

Rys. Sławomir Makal

Wszyscy mają jakieś kompleksy. W minionym trzydziestoleciu polskie elity i media częściej pracowały nad wzbudzeniem i utwierdzeniem w Polakach kompleksów niższości niż nad pobudzeniem dumy z uzyskanych osiągnieć. Dziś, kiedy porzuciliśmy koncepcję społeczeństwa jako bariery modernizacji, nadal obserwujemy kompleks Zachodu w polskiej kulturze (wtórność, naśladownictwo, bezkrytyczność) czy gospodarce. A jak ta sprawa wygląda na polu nauki? Czy mamy kompleks Zachodu w nauce? Jeśli tak, to z czego on wynika, jakie ma podłoże? W czym się przejawia? Czy poczucie niższości wobec Zachodu jest uzasadnione? Jakie niesie konsekwencje? Co mogłoby nas wyprowadzić z tej sytuacji? A może istnieją pozytywne aspekty kompleksu niższości? Jak to było w czasach PRL i co się zmieniło po przewrocie politycznym 1989 roku?

Tym sprawom poświęcamy cykl tekstów w „Forum Akademickim”. Chcemy przedstawić naszym Czytelnikom sytuację w różnych dyscyplinach naukowych.

Redakcja

A może by tak po prostu zwracać na uczelni uwagę tylko na kwalifikacje i nie zawracać sobie głowy organami płciowymi? Z jakiego powodu PAN, UW i inne uniwersytety porzucają poszukiwanie prawdy w nauce na rzecz zainteresowania płciowością swoich pracowników? Ten owczy pęd to żenujący przykład kompleksu niższości.

Najdawniejsza nauka rozwijała się nie tylko daleko od Wisły, ale i od Renu, Tamizy czy Sekwany. Dopiero wejście w krąg cywilizacji chrześcijańskiej włączyło Polaków w proces współtworzenia już funkcjonującej nauki. Wspominając o najdawniejszym polskim wkładzie, nie sposób pominąć mnicha Vitelo (Erazm Ciołek). W roku 1273 napisał on traktat o optyce i to dzieło służyło największym uczonym europejskim przez kilkaset lat. Dodałbym do tego jeszcze rewolucyjne odkrycie Mikołaja Kopernika oraz obserwacje Heweliusza (Księżyc, Merkury, komety). I choć wszystkie wspomniane dzieła były wysokiej klasy, to przełomowym osiągnięciem jest tylko odkrycie Kopernika.

Tymczasem na Zachodzie Europy nastąpiły potem ważniejsze przełomy ukoronowane w końcu XVI wieku wprowadzeniem eksperymentu fizycznego przez Galileusza, a potem odkryciem uniwersalnych praw dynamiki przez geniusza Izaaka Newtona pod koniec wieku XVII, także systematycznym wprowadzeniem przez Newtona i Leibniza potężnego nowego narzędzia matematycznego, jakim był rachunek różniczkowy i całkowy.

W tym wyścigu myśli naukowej Polacy już praktycznie nie uczestniczyli. A tymczasem wiek XVIII był decydujący. Dbający o międzynarodowy prestiż król pruski powołał Akademię Nauk i „kolekcjonował” w niej czołowych uczonych Europy. Oto kilka nazwisk: wspomniany matematyk niemiecki Gottfried Leibniz, geniusz matematyczny wszechczasów Szwajcar Leonhard Euler, matematyk francuski Lagrange – jego twierdzenie wirialne czy zasada wariacyjna służą do dziś w podstawach mechaniki (w tym w mechanice kwantowej i astronomii), filozof i logik Immanuel Kant i najbardziej wpływowy w Akademii, ówczesny Urban , Voltaire. Cesarska Akademia Nauk Rosji nie chciała być gorsza. Zaproszony Euler pracował w Rosji przez ponad trzydzieści lat, w Rosji osiedlił się także akademik Daniel Bernoulli. Wspomniane nazwiska uczonych to chluba matematyki i fizyki do dzisiejszych czasów. Na tle ich gigantycznych osiągnięć król Stanisław August Poniatowski z zacnymi gośćmi obiadów czwartkowych wypada bardzo blado. Nie było wtedy ważkich polskich nazwisk w wymiarze europejskim ani przygotowanych środków tak ważnej soft power do obrony śmiertelnie zagrożonej Rzeczypospolitej. Polska nie zdołała się przeciwstawić intelektualnie (ani militarnie) bezwstydnemu bezprawiu ówczesnej Europy. Pociąg nowoczesnej nauki wtedy Polsce odjechał. Można było nabawić się kompleksu niższości.

Druga strona medalu

Nauka jest i musi pozostać częścią kultury, a kultura ma wzbogacać życie duchowe człowieka. Czy tak było? W tej samej „światłej Francji”, z najpiękniejszymi hasłami na ustach, publicznie mordowano tysiącami specjalnym wynalazkiem – gilotyną – i dopuszczano się najdzikszych mordów masowych w Wandei. Polityka miłości nie cackała się z nikim, także z uczonymi: gilotyna ucięła szyję m.in. odkrywcy tlenu Lavoisierowi. W porównaniu z Prusami czy Rosją Rzeczpospolita była oazą wolności. Królowie polscy nie umierali wskutek dokonywanych zbrodni, a w Rosji było to niemal regułą. To do Polski od dawna uciekali prześladowani w całej Europie Żydzi i innowiercy, bo tu mogli żyć spokojnie, nie płonęły stosy. Polska myśl prawnicza w poglądach Pawła Włodkowica o tolerancji jest prekursorką obecnych międzynarodowych uregulowań prawnych.

Tymczasem caryca Katarzyna II, czyli Sophie Friederike Auguste von Anhalt-Zerbst, która na wstępie zamordowała swojego męża, cara Piotra III, była wielbiona przez świat wyrafinowanych uczonych. Poniższy tekst historyka mówi, jak to się uzyskuje (poprzez granty):

„Fryderyk (król pruski) napisał nędzny poemat (…) posłany z garścią złota filozofom, znalazł gotowy poklask u tych, co najwszeteczniejszą rozpustnicę wieku zwali Najczystszą Panną petersburską, a Fryderyka Bogiem i Synem Bożym. Taka była ich bezczelność, że bili jednocześnie na »fanatyzm« i na przymierze »fanatyków« z islamizmem. Gdy więc przyszło do otwartej mowy o rozbiorze, poznali natychmiast »dzieło geniuszu, wyraźne dobrodziejstwo dla ludzkości, którą ochraniało od wojny powszechnej!«. Pytają się – mówił Voltaire – jakim prawem dobrodziejka rodu ludzkiego wdaje się do spraw Polski? – Oto prawem, które służy każdemu świadczyć dobre, skoro może: gdy się pali u sąsiada, toż nie trzeba ponieść mu wody? D’Alembert winszować będzie Morzu Bałtyckiemu, że okrąża pana takiej sławy jak Fryderyk. Katarzyna zaprosiła do Petersburga filozofów francuzkich (…). Przybyli w imieniu innych sławni obrońcy ludu i wolności Diderot i Grimm. »Zachwycona« ich rozumem carowa rozprawiała z nimi o prawie narodów, filozofii, o dobru ludzkości; nawzajem zachwycała ich mądrością, ludzkością. D’Alembertowi gotowa była powierzyć wychowanie syna, od Diderota zakupiła drogo bibliotekę i pozostawiła mu jej użytek. Ujęci jej pochlebstwy, a nade wszystko hojnie wynagradzani filozofowie, wypłacali się sowicie, głosząc przed światem jej wielkość, wspaniałość i cnoty” (Teodor Morawski, Dzieje Narodu Polskiego, Poznań 1877, Księgarnia Żupańskiego). Czy tak powinni zachowywać się uczeni? Czy nam to czegoś nie przypomina? Jakiż kompleks niższości w tym zakresie mogliby tu Polacy mieć?

Zabory

Zabory były dla Polaków szokiem. Po klęskach powstań pojawiła się refleksja pozytywistyczna: budowania – w skrajnie trudnych warunkach – sił duchowych i materialnych. I pod koniec okresu zaborów to się w sporej części udaje, choć bazą intelektualną tych osiągnięć były przeważnie uniwersytety zagraniczne. Wymazany z mapy kraj odnosi wielkie sukcesy: dwie Nagrody Nobla dla Marii Skłodowskiej-Curie, jedna dla Sienkiewicza. Mamy „polskiego Edisona”, Jana Szczepanika, wsławionego w świecie wieloma rewelacyjnymi wynalazkami (m.in. telewizja, pod koniec XIX wieku!). W uniwersytetach zagranicznych pojawiają się świetni badacze polscy, jak najwyższej światowej rangi fizyk Marian Smoluchowski (termodynamika statystyczna), Mieczysław Wolfke – twórca wielu rewolucyjnych koncepcji i ich realizacji w fizyce (telewizja – rok 1900, podał teorię holografii – 1920). Zygmunt Wróblewski i Karol Olszewski w UJ pierwsi skroplili tlen i azot. Ignacy Łukasiewicz był pionierem przemysłu naftowego w skali świata, a Stanisław Staszic kładł podwaliny pod wykorzystanie zasobów geologicznych. Kazimierz Fajans wsławił się swoją regułą w dziedzinie promieniotwórczości, w medycynie Ludwik Hirschfeld wprowadził pojęcie grup krwi. Do tej listy należałoby dopisać dziesiątkę badaczy-zesłańców, którzy dokonali pionierskich badań ludów Syberii i występują w ich historii jako protoplaści tożsamości narodowej. Wszystkich tych uczonych cechowała naukowa odwaga tworzenia nowego.

II Rzeczpospolita

Uniwersytety europejskie oraz uczelnie Lwowa i Krakowa stanowiły przetrwalniki polskiej nauki. Pojawił się nowy czynnik – entuzjazm po odzyskaniu niepodległości. Uczonym II Rzeczypospolitej „chciało się chcieć”. Świadczą o tym m.in. osiągnięcia profesora UJ Andrzeja Gawrońskiego – genialnego orientalisty (posługiwał się 40 językami, rozumiał 100), czy konstruktorów nowoczesnych samolotów, wreszcie do dnia dzisiejszego niepobity rekord z roku 1936 przejazdu słynnej Luxtorpedy na trasie Warszawa-Zakopane: 2 godziny 18 minut.

Na szczególną uwagę zarządzających nauką zasługuje zaprogramowanie przez profesora Zygmunta Janiszewskiego sukcesów polskiej szkoły matematycznej poprzez utworzenie czasopisma „Fundamenta Mathematicae”. Nie chcemy uczyć zagranicznych uczonych polskiego, oni i my mamy mieć forum do wymiany myśli z frontu matematyki. Diamentem pierwszej wielkości był młody geniusz Stefan Banach, przypadkowo odkryty na krakowskich Plantach przez sławnego matematyka profesora Hugona Steinhausa. Nauką dla nas jest błyskawiczna kariera naukowa Banacha: bez studiów wyższych do stanowiska profesora. Banach dokonał rewolucji w analizie funkcjonalnej. Mechanika kwantowa jest oparta na przestrzeniach wielkiego Davida Hilberta, przestrzenie Banacha zawierają przestrzenie Hilberta jako przypadek szczególny. Obok wyrósł drugi lwowski diament – Stanisław Ulam. Początkowo związany z lwowską szkołą matematyczną, potem aktywny w USA. Ulam rozwiązał największy problem przy budowie bomby wodorowej (patent), sugerując, że ciśnienie jest najistotniejsze i że to ciśnienie może wytworzyć zapalnik w postaci bomby atomowej. Wniósł wkład do logiki, teorii zbiorów, teorii miary, teorii prawdopodobieństwa, nauk komputerowych, topologii, systemów dynamicznych, teorii liczb, algebry, geometrii algebraicznej i arytmetycznej, biologii matematycznej, teorii kontroli, ekonomii matematycznej i fizyki matematycznej. Stworzył metodę, którą nazwał Monte Carlo, a także metodę automatów komórkowych – to obecnie „konie pociągowe” wszelkich symulacji komputerowych.

Do tej listy matematycznej chwały trzeba by dodać tuzin innych matematyków lwowskich, a także „szkołę warszawską” Wacława Sierpińskiego (Warszawa jest w pewnym sensie ojczyzną tak przecież spektakularnych fraktali), Karola Borsuka, Kazimierza Kuratowskiego. Wszystkie te nazwiska należą już do panteonu światowego. Do tego grona matematyków powinniśmy jeszcze dołączyć logika Alfreda Tarskiego, który dokonał algebraizacji logiki matematycznej. Matematyk Marian Rejewski wreszcie po latach błyszczy w matematyce światowej z całkiem innego powodu: to on, przy udziale Zygalskiego i Różyckiego, dzięki wyższej matematyce, a nie jak to w deszyfrażu zawsze bywało – lingwistyce, złamał kod niemieckiej Enigmy, co według wielu ocen skróciło wydatnie koszmar II wojny światowej.

Wspomnieć wypada jeszcze nowatorską metodę krystalizacji odkrytą przez Jana Czochralskiego, chemika pracującego pierwotnie w niemieckim przemyśle metalurgicznym, królującą obecnie w przemyśle elektronicznym półprzewodników, dalej uniwersalnej wagi diagram poziomów energetycznych dla molekuł zaproponowany przez fizyka Aleksandra Jabłońskiego.

Tak więc w kilku wybranych dziedzinach matematyki nauka polska przejęła inicjatywę badawczą, to w Polsce wykuwała się najwyższa jakość, później przenoszona do innych krajów. Sporo innych dziedzin dorastało do poziomu czołowych ośrodków nauki światowej, inne pełniły użyteczną rolę bazy badawczo-edukacyjnej.

PRL

Rządy komunistów w PRL były zbrodnicze i brutalne, ale ten terror był mniejszy niż w krajach sąsiednich, a po drugie, wskutek oporu społeczeństwa polskiego, jeszcze wyraźnie zelżał po roku 1956. Powszechnie i głośno mówiono, że ustrój jest zakłamany, ale nie wolno było tego napisać ani powiedzieć publicznie, bo wtedy szło się do więzienia. Oficjalną doktryną na uczelniach był marksistowski materializm, ale udawanych zwykle wyznawców miał on tylko wśród członków partii komunistycznej. Na Wydziale Chemii UW było ich może 10%. Doktryna materialistyczna posługiwała się jednak kryterium prawdy w badaniach naukowych.

O PRL można powiedzieć wiele złych rzeczy, ale w naukach ścisłych jedno trzeba PRL oddać: po 1956 roku było standardem, iż po doktoracie każdy z kręgu nauk ścisłych i przyrodniczych wyjeżdżał na roczny staż do laboratorium zachodniego, a nitką kontaktu były publikacje i listy polecające znanych polskich uczonych. Miało to ogromne znaczenie dla przepływu idei naukowych i, co tu dużo mówić, także dla statusu materialnego po powrocie. Tajne służby umiały to oczywiście wykorzystywać: większość puszczały, niektórych nie. Wśród obu grup rekrutowano tajnych współpracowników bezpieki. Według mojego subiektywnego osądu w naukach ścisłych było to rzadkością.

Presja komunistyczna w nauce była dość umiarkowana. Egzekutywa PZPR pytała mojego mistrza Włodzimierza Kołosa, uczonego sławy światowej, dlaczego w jego pracowni nikt nie należy do partii. Kołos odpowiadał, że wśród partyjnych nie ma zainteresowania rozwiązywaniem równania Schrödingera. Były próby nacisku na profesora Kazimierza Gumińskiego z UJ (żądanie potępienia za ZSRR „burżuazyjnej” kwantowej teorii rezonansu), ale profesor rozprawił się z tym z takim wdziękiem, że jego opis podany przez profesora Piotra Petelenza z UJ powinien trafić do historii https://ptchem.pl/storage/pages/June2019/5_6_2019.pdf.

Wspomniany artykuł jest niezwykły z jeszcze jednego powodu – uczy, jak zaprogramować najwyższą jakość w nauce w inny sposób, niż to zrobiła polska szkoła matematyczna. W opisanej tam pracy „do utraty tchu” wykuwała się polska szkoła chemii kwantowej w UJ, UW, UMK, UWr, UAM, osiągając już w latach osiemdziesiątych światową renomę.

Wyjazdy umożliwiały kontakt z najlepszymi osiągnięciami światowymi i z reguły owocowały licznymi wspólnymi publikacjami w czołowych czasopismach świata. Wśród przypadków znanych mi bliżej (pół setki chemików, fizyków) wyjeżdżający dawali często nowe impulsy nauce zachodniej, a czasem stawali się nieformalnie lub nawet formalnie liderami zagranicznych zespołów. Jakiż kompleks niższości? Z własnego doświadczenia: sławny profesor Cornell University (USA) Harold Scheraga miał dla mnie godzinny „prywatny” wykład o paśmie sukcesów swojego pięćdziesięcioosobowego laboratorium. Gdy skończył, zapytałem, czego nie potrafią zrobić. Roześmiał się i powiedział, że już ktoś na jakiejś konferencji zadał mu to samo pytanie. Potem spochmurniał i dodał, że każdy ich ruch jest stopowany przez matematyczny problem wielu minimów („szukania jednego ziarnka piasku na plaży”). Od tej pory myślałem tylko o tym problemie.

A polskie osiągnięcia? Niech wystarczy tu kilka przykładów. Andrzej Trautman uzupełnił ogólną teorię względności Einsteina, wprowadzając fale grawitacyjne (niedawno je odkryto, Nagroda Nobla 2017). Matematyk Stanisław Woronowicz stworzył i rozwinął nowy dział algebry operatorów (tzw. grupy kwantowe), Marian Danysz i Jerzy Pniewski odkryli nowy rodzaj jąder atomowych, tzw. hiperjądra. Wiktor Kemula stworzył chromatopolarografię – pierwszą udaną próbę połączenia w światowej chemii analitycznej metody szybkiego rozdzielania z metodą ilościowego oznaczania małych ilości substancji. Zenon Kublik i Wiktor Kemula zrewolucjonizowali polarografię, tworząc metodę wiszącej kropli rtęci (i przesuwając wydatnie granicę wykrywalności substancji). Włodzimierz Kołos i Lutosław Wolniewicz wykonali najdokładniejsze na świecie obliczenia kwantowomechaniczne dla molekuł, dokładniejsze niż superprecyzyjny pomiar eksperymentalny noblisty Herzberga. Kołos i Bogumił Jeziorski sformułowali teorię oddziaływań stosowalną także dla krótkich odległości międzymolekularnych.

Osiągnięcia Trautmana, Danysza i Pniewskiego, Kołosa i Wolniewicza, Kemuli, Kublika, Jeziorskiego były, moim zdaniem, „nobelisable”.

III Rzeczpospolita – wybrane osiągnięcia

Przejście z PRL do III Rzeczypospolitej było w nauce gładkie. Pamiętam posiedzenie Senatu UW chyba w roku 1994 i tam seryjne zmiany tematów badań z nauk społecznych. Tematy pozostały te same, tylko usuwano słowo „socjalistyczny”. Tak to „socjalistyczni uczeni” stawali się w pięć minut „uczonymi”. Ten pośpiech, inny niż np. procedura w Niemczech, miał i ma poważne konsekwencje dla państwa.

Szkoły wyższe powstawały jak grzyby po deszczu, ich jakość była zróżnicowana: od wysokiego poziomu do poziomu ujemnego. Lepiej mi znane uczelnie państwowe otrzymały po raz pierwszy wielkie środki na badania naukowe (w tym na budowę nowych obiektów na dużą skalę). Sądzę, że te nakłady mogły oznaczać wzrost nawet dwudziestokrotny. Moim zdaniem, nie zrobiono kroków decydujących w programowaniu jakości: otwarcia pozycji naukowych dla młodych najwyższej światowej klasy uczonych (Polaków i obcokrajowców) oraz większego otwarcia się na studentów zagranicznych.

III RP ma znaczące osiągnięcia naukowe. Oto widziane z mojej perspektywy niektóre z nich (połowa jest wg mnie „nobelisable”):

Edward Darżynkiewicz i Jacek Jemielity – inżynieria genetyczna. Informację genetyczną w komórkach rakowych można poprawić metodami chemicznymi, pobudzając do działania układ immunologiczny chorego („szczepionka przeciw rakowi”);

Ryszard Horodecki oraz jego synowie Michał i Paweł – kodowanie kwantowe. Autorzy należą do czołówki światowej w dziedzinie kwantowej informacji. Pokazali m.in., że kwantowe splątanie może występować w jakościowo odmiennych postaciach;

Bohdan Paczyński, Andrzej Udalski, Aleksander Wolszczan – pionierskie badania planet spoza Układu Słonecznego;

Krzysztof Pachucki, Bogumił Jeziorski, Jacek Komasa – najwyższa dokładność obliczeń w mechanice kwantowej. Prymat w światowym wyścigu eksperyment/obliczenia dla molekuł należy od dziesięcioleci do uczonych polskich;

Roman Ciuryło i współpracownicy – stworzono nowatorską technikę laserową badania energii pojedynczych molekuł, pozwala ona wykrywać najsubtelniejsze, wcześniej nieznane efekty;

Robert Gałązka, Tomasz Dietl – spintronika. Zarządzanie ruchem ładunków elektronów przy uwzględnieniu ich spinu oznacza nowe możliwości, a autorzy są światowymi autorytetami w dziedzinie spintroniki półprzewodników;

Krzysztof Ginalski, Andrzej Koliński, Krzysztof Bujnicki – struktura przestrzenna białek. Autorzy zaproponowali najskuteczniejsze w skali światowej metody przewidywania struktury przestrzennej molekuł białka, alternatywne ustalenie eksperymentalne jest niezwykle trudne, a często niemożliwe do osiągnięcia;

Krzysztof Matyjaszewski – oligomery na wymiar. Wynaleziono metodę kontrolowanego uzyskiwania polimerów o określonej długości łańcucha;

Maciej Wojtkowski – tomografia oka. Autor skonstruował spektralny tomograf optyczny do badań oka i otrzymał jako pierwszy w świecie obrazy przekrojów tkanek oka wykonane podczas jego działania, bezdotykowo i w czasie rzeczywistym;

Henryk Skarżyński – polska szkoła leczenia głuchoty. Stworzone światowe centrum doskonałości (4000 stażystów z zagranicy) uczyniło z Polski kraj o najwyższej jakości opieki nad osobami z wadą słuchu;

Jan Izdebski (z zespołem) odkrył hormon wzrostu o stukrotnie większej aktywności w stosunku do naturalnego pierwowzoru;

Krzysztof Kazimierczuk i Wiktor Koźmiński radykalnie zmienili technikę i teorię pomiaru jądrowego rezonansu magnetycznego, co umożliwia analizę struktury atomowej białek tak dużych, że niemożliwych do zbadania w innych ośrodkach na świecie;

Marek Pfützner odkrył nowy rodzaj promieniotwórczości – jednoczesną emisję z jądra atomowego dwóch protonów.

Niestety, choć ważniejsza niż nauki ścisłe, polska humanistyka moim zdaniem praktycznie nie istnieje. Przepraszam wszystkich prawdziwych humanistów… Myślę o niegdysiejszych, powszechnie znanych nazwiskach: Kotarbińskim, Ajdukiewiczu, Twardowskim, Ingardenie. Gdyby istniała, to polscy profesorowie prawa zaprotestowaliby w momencie ostentacyjnego łamania procedur po „katastrofie smoleńskiej”, a teraz historycy, pisarze przedstawialiby udokumentowane racje historyczne Polski w obcojęzycznych książkach, czasopismach i na konferencjach, tworząc tak potrzebną Polsce soft power. Kompleks niższości, nieznajomość języków, brak kontaktów, brak charakteru? Dlaczego w przypadku racji historycznych Polski w tak wielu sprawach musiał to robić dopiero brytyjski uczony Norman Davies?

III Rzeczpospolita – wynikające z kompleksu niższości problemy strukturalne nauki

Tzw. ranking szanghajski plasuje pierwsze polskie uniwersytety w czwartej setce wśród 1000 top research universities świata. Biorąc pod uwagę użyte kryteria: nagrody międzynarodowe (Nobla etc.), impact factor, cytowania, zawsze działającą w tle uniwersalną zasadę św. Mateusza, a poza kryteriami: nieliczone nam, a liczone konkurentom publikacje pod flagą uczelni zagranicznych, presję globalizacyjną (niszczącą dla cennych badań lokalnych), barierę językową, nierzadko kompleks niższości, a także ukryty nacjonalizm w międzynarodowej nauce – nie spodziewałbym się niczego innego. Polska nauka ma silne punkty, ale punkty, a tu trzeba by ciągnąć do góry średnią. Wspinanie się w rankingach jest oczywiście krzepiące, choć dostanie się do czołówki jest praktycznie niemożliwe. A także, moim zdaniem, niecelowe. Celem nie są bowiem rankingi, lecz naukowe i techniczne przełomy. Te zaś są możliwe nawet „z dalszego miejsca”, zawsze wymagają spełnienia szeregu warunków z naczelnym: poszukiwaniem prawdy aż do utraty tchu. Tymczasem nie tylko my mamy z tym problem.

Przed wstąpieniem do Unii Europejskiej (2004) pojawiła się akcja pisania „misji uczelni”, choć ta była zawsze oczywista: poszukiwanie prawdy i rzetelne kształcenie na najwyższym poziomie. Tu było jednak inaczej. Chodziło o to, żeby w aplikacjach o grant europejski podeprzeć się jakimś paragrafem „misji” (wtedy nie myślano, że dotacja uczelniana powinna zależeć od stopnia wypełniania tej misji). Na UW taki tekst powstał w 2001 roku (https://www.uw.edu.pl/uniwersytet/misja-strategia-rozwoj/misja-uw/). Jest to dokument osobliwy przez dziwną szczegółowość i że… udało się w nim szerokim łukiem ominąć „dążenie do prawdy”. Następnie polecenie napisania swoich misji (ale już o dziesięciokrotnie większej objętości) otrzymały wydziały UW. Nie wszystkie zapewne skorzystały z możliwości obstalunku tekstu u profesora polonistyki, ale dziekan mi powiedział, że tak robiono. Najdalej w usunięciu poszukiwania prawdy poszedł Uniwersytet Gdański, który piękny tradycyjny tekst przysięgi doktorskiej „by krzewiła się prawda i jaśniej błyszczało jej światło, od którego zależy dobro rodzaju ludzkiego” zastąpił (rok 2014) żenującym łamańcem: „naukę, z którą swe wysiłki związaliście, będziecie starali się rozwijać i wprowadzać w życie korzyści z niej płynące – dla dobra całej nauki (…)”.

Zabawy z usuwaniem dążenia do prawdy trwają krótko, skutki przychodzą szybko i dotyczą życia. Jeśli nie prawdzie, to czemu właściwie służyć ma uniwersytet?

W czasach stalinowskich w mojej szkole wmawiano mi teorię Łysenki i Lepieszyńskiej, a ja starałem się dowiedzieć, na czym właściwie ona polega. Według podręcznika była ona jedyną prawdziwą i potępiała, jak napisano, imperialistyczny „mendelizm-weissmanizm-morganizm” z USA, czyli genetykę. No dobrze, ale szukałem, szukałem i nie mogłem znaleźć jakiegokolwiek opisu, na czym ta teoria polega. Niestety teraz mam déjà vu. Kilka lat temu UW stworzył struktury tzw. gender (słowo to jakoby nie wymaga polskiej nazwy). Teraz też serwuje mi się jakieś strzępy, a one są ze sobą sprzeczne. Co właściwie oznacza w tym kontekście „walka o równość”, proszę mi tę równość wypisać. Co właściwie parytety czy płciowość pracowników mają poprawić w odkryciach naukowych i dlaczego? A może by tak po prostu zwracać na uczelni uwagę tylko na kwalifikacje i nie zawracać sobie głowy organami płciowymi? Z jakiego powodu PAN, UW i inne uniwersytety porzucają poszukiwanie prawdy w nauce na rzecz zainteresowania płciowością swoich pracowników? Ten owczy pęd to żenujący przykład kompleksu niższości. Boli mnie, jak pod janusową nowomową niedyskryminacyjną/równościową wprowadza się na polskich uczelniach zakazy, bojówki, dyskryminację, donosicielstwo, intelektualny bełkot i pseudonaukę. A ostatnio nową akademicką wartość związaną ze słownikiem półświatka, por. Rekomendacje rzeczniczki akademickiej i głównej specjalistki ds. równouprawnienia na UW w sprawie wykorzystania symboli w przestrzeni akademickiej.

No to czasu na naukę nie będzie. Przez pewien czas myślałem, że takie problemy na szczęście nie dotyczą mojej chemii kwantowej. Myliłem się. Już i tam powstał półświatek naukowy. W pracy doktorskiej z Indii, która w rozdz. 4 A feminist reading of quantum chemistry zajmowała się m.in. moją książką, przeczytałem opinię: „The interpretation of the mathematical formalism is done in a mechanical, deductive and intellectual manner, which reinforces the association of quantum chemistry with masculinity”. Zdębiałem.

Wierzę, że po paroksyzmach światło prawdy (od którego dobro rodzaju ludzkiego naprawdę zależy), wróci kiedyś do uniwersytetów.

Ad futurum

I na koniec kilka myśli, przydatnych, jeśli kiedyś by to światło rzeczywiście wróciło. Mimo, że mamy w Polsce ważne osiągnięcia, to wciąż czekamy na wielkie przełomy naukowe. Do nich konieczny jest duch naukowego buntu – niezależność myśli, aby umieć rozpoznać wielki problem i nie sugerować się tym, co napisali inni. Kompleks niższości? Wyrzucić do kosza! Istotna jest tu konieczność głębokiego rozumienia przyrody, wnikliwa obserwacja i wyjaśnianie osobliwych spraw do końca. Potem błysk olśnienia, podjęcie ryzyka, tytaniczna praca, przekonanie, że to da się zrobić mimo piętrzących się trudności. A więc w sumie decydują cechy charakteru, one powinny być kształcone w szkole, domu, społeczeństwie. Samo państwo powinno umieć postawić wybitnie utalentowanym młodym wielkie wyzwania techniczne i rozumieć, że w wielkim projekcie ryzyko musi być wkalkulowane.

Prof. dr hab. Lucjan Piela, chemik kwantowy, em. profesor Wydziału Chemii Uniwersytetu Warszawskiego, członek Europejskiej Akademii Nauk

Wróć