logo
FA 10/2021 życie akademickie

Zbigniew Drozdowicz

Pieniądze w nauce

Pieniądze w nauce 1

Żacy, “Kłosy”, tom XXVI, 1.06.1876

Finansowa „kołdra” jest zbyt krótka, aby mogła przykryć wszystkie wstydliwe miejsca życia akademickiego w naszym kraju. Rzecz jasna na jednych uczelniach jest ona nieco dłuższa, na innych znacznie krótsza.

Być może dżentelmeni nie mówią o pieniądzach. Takich jednak trudno znaleźć w środowisku akademickim. Pieniądze odgrywają w nim bowiem istotną role, a sytuacje, w których ich brakuje, nie należą do rzadkości. Rzecz jasna nie zawsze duże pieniądze przekładają się na wysoki poziom prowadzonych badań i kształcenia studentów. Jednak uczelnie, które potrafią zadbać o takie przełożenie, sytuują się dzisiaj na czołowych miejscach prestiżowej listy szanghajskiej.

Nieco o tradycji

Obraz akademickich tradycji związanych z pieniędzmi w nauce i nauczaniu można znaleźć m.in. na kartach książki Jacques’a Le Goffa Inteligencja w wiekach średnich. Problem ten przedstawiany jest w niej w różnych kontekstach. Po pierwsze jest to walka o zwierzchnictwo między uniwersyteckimi korporacjami oraz władzami kościelnymi i świeckimi. Zdaniem Le Goffa, „korporacje uniwersyteckie wyszły z tych walk zwycięsko”. Jednak władze cywilne i kościelne nie ustępowały łatwo ze swoich prerogatyw, które wiązały się „z czerpaniem wielu korzyści z obecności profesorów i studentów, którzy stanowili klientelę ekonomiczną”. Korzyści te związane były zarówno z opłatami za studia, jak i z ustalaniem cen za towary konsumpcyjne. Kwestia ta pojawia się m.in. w prezentowaniu ubogich studentów zwanych goliardami. Le Goff przedstawia ich jako „produkt ruchliwości społecznej” („pochodzenia miejskiego, chłopskiego lub nawet szlacheckiego”), związany z ucieczką ze wsi do miast w nadziei na znalezienie lepszych warunków do życia. „Goliardzi jako uciekinierzy pozbawieni dochodów tworzą w szkołach miejskich rzesze ubogich studentów, którzy żyją, jak się da, obsługując zamożnych kolegów, a nawet żebrząc”.

Problemami finansowymi żyła również uniwersytecka profesura. Część prowadziła życie wolne od materialnych trosk. Inni jednak takie problemy mieli albo po prostu chcieli mieć dużo więcej niż dawały akademickie posady i „idąc za przykładem innych bogaczy, zajmowali się spekulacją oraz parali lichwą. Zwłaszcza pożyczając na procent biednym studentom, biorąc najczęściej w zastaw przedmioty mające dla nich wartość podwójną, a mianowicie książki”. Historyczny bilans tych wewnętrznych i zewnętrznych zmagań korporacji uniwersyteckich był jednak taki, że przynajmniej niektóre uniwersytety „stawały się potęgami doczesnymi, posiadaczami, których interesy ekonomiczne wyrastały poza ramy zarządów korporacyjnych”.

Niektórym uczelniom wychodziło to na dobre zarówno pod względem poziomu prowadzonych badań naukowych, jak i kształcenia studentów. Było jednak wiele takich, którym to raczej szkodziło niż pomagało w realizowaniu społecznych misji, a nawet z czasem doprowadzało do głębokiego upadku. Przykładem mogą być m.in. uniwersytety w Cambridge i w Oxfordzie. O ich kondycji w XVIII stuleciu George M. Trevelyan napisał w Historii społecznej Anglii, że „te dwa uniwersytety angielskie nie dopuszczały nikogo, kto nie należał do Kościoła państwowego, a tym, których raczyły przyjąć, dawały tak złe i kosztowne wykształcenie, że liczebność ich spadła w sposób żałosny do mniej niż połowy studentów w porównaniu z czasami Lauda i Miltona” (przypadają one na XVI stulecie).

Nie lepiej było w tamtym czasie na uczelni w Krakowie. Pokazują to m.in. dokumenty sporządzone na zlecenie Komisji Edukacji Narodowej przez Hugo Kołłątaja, m.in. Raport z wizytacji Akademii Krakowskiej odbytej w r. 1777. O sytuacji w ówczesnych polskich kolegiach sporo mówią Ustawy szkolne Stanisława Konarskiego. Przykładowo: w art. 35 mówi się, że nauczycielom i profesorom „nie wolno urządzać w klasach żadnych składek, prócz zwykłych opłat na drzewo i kalefaktorów” (woźnych i palaczy). Natomiast w art. 37 „zakazuje się pod groźbą kar najcięższych pobierania od uczniów składek na książeczki, formularze itp.”.

W XIX stuleciu dokonano na niejednej uczelni zachodniej głębokich reform, które sprawiły, że profesorowie nie żyli na koszt studentów i bardziej serio zaczęli traktować nie tylko pozyskiwanie środków finansowych, ale także realizowanie akademickich obowiązków. W Polsce próby takiego reformowania zapoczątkowane zostały w latach dwudziestych minionego stulecia i praktycznie trwają do dzisiaj.

Finansowanie nauki i nauczania w Polsce

Na temat finansowania napisano już tyle różnych dokumentów, że zapełniłyby one niejeden biblioteczny regał. Można je podzielić na takie, w których dominuje myślenie życzeniowe i tzw. urzędowy optymizm (należą do nich przede wszystkim różnego rodzaju ministerialne projekty i zarządzenia), oraz takie, które bazują na akademickim realizmie i łączy je przekonanie, że nauka i akademickie nauczanie w naszym kraju jest zbyt słabo finansowane, aby mogło osiągać wyniki krajów zachodnich. Rzecz jasna nie można powiedzieć, że przez ostatnie sto lat nic się w Polsce nie zmieniało na lepsze w tym zakresie. Ocena tych zmian zależy jednak nie tylko od ich porównywania z sytuacją w wiodących krajach zachodnich, ale także od ich odnoszenia do zmieniającej się kondycji społecznej polskiego społeczeństwa.

Po odzyskaniu przez Polskę niepodległości zdecydowana większość społeczeństwa była tak biedna, że mało kogo stać było na kształcenie dzieci na poziomie akademickim. Przekładało się to bezpośrednio na stosunkowo niedużą liczbę uczelni w naszym kraju. Podobnie było z prowadzeniem badań naukowych. Wprawdzie nie można powiedzieć, że brakowało ośrodków, w których były one prowadzone na wysokim poziomie, jednak dotyczyło to w głównej mierze nauk niewymagających kosztownego wyposażenia laboratoryjnego. Przykładem może być lwowska grupa matematyków i logików. Po II wojnie światowej bieda w niektórych grupach społecznych była z całą pewnością nie mniejsza, o ile nie większa. Uczelni zaczęło jednak przybywać. Rzecz jasna odbywało się to na swoisty społeczny kredyt. Finansowane były bowiem z budżetu państwa, a ten nie był tak wielki, aby można było przeznaczyć duże środki finansowe na prowadzenie badań naukowych i akademickie kształcenie. Nie chcę usprawiedliwiać polityki finansowej ówczesnych władz, a tym bardziej ich priorytetów politycznych. Chcę powiedzieć tylko tyle, że nauka i nauczanie w ówczesnej Polsce nie mogło być tak bogate, aby wywoływało to protesty ciężko pracujących i mało zarabiających grup społecznych. Inna sprawa, czy nauka powinna być aż tak biedna, aby stosunkowo nieliczna grupa uczonych wyjeżdżających na zagraniczne staże i konferencje naukowe musiała się dwa razy zastanawiać przed wydaniem każdego dolara; a przecież bez bezpośrednich kontaktów z wiodącymi w nauce ośrodkami badawczymi raczej trudno uzyskać wysokie kwalifikacje naukowe i znaczące wyniki badawcze.

Sporo się pod tym względem zmieniło po przełomie 1989 roku. Jednak nie na tyle, aby można powiedzieć, że dzisiaj nie istnieje już przepaść między finansowaniem nauki i akademickiego nauczania w Polsce i w wiodących pod tym względem krajach zachodnich. Nie chciałbym uchodzić za malkontenta, który uważa, że zrobiono w tym zakresie mimo wszystko za mało. Przywołam zatem generalne konkluzje raportu prof. Wiesława Banysia (b. rektora Uniwersytetu Śląskiego i b. przewodniczącego Konferencji Rektorów Akademickich Szkół Polskich) z października 2019 roku, zatytułowanego Finansowanie szkolnictwa wyższego i nauki w Polsce z uwzględnieniem perspektywy międzynarodowej. Jego „generalny wniosek, który wypływa z przedstawionych analiz, jest taki, iż z jednej strony konieczne jest zdecydowane zwiększenie finansowania budżetowego B+R do wartości określonych w Strategii Europa 2020, a z drugiej strony zdecydowany wzrost finansowania B+R ze źródeł pozabudżetowych (szeroko rozumianego biznesu i przemysłu), co jest drogą do osiągnięcia synergii obu tych zasadniczych strumieni finansowania badań naukowych i wzrostu w obu kategoriach procenta PKB przeznaczanego na badania naukowe i rozwój”.

Można oczywiście oczekiwać, że biznesmeni i przemysłowcy „sypną” groszem z tzw. dobrego serca lub z sentymentu do swojej macierzystej uczelni. Jednak z reguły będą to tylko grosze. Znacznie większe środki z ich strony pojawiłyby się zapewne wówczas, gdyby uzyskali w zamian ulgi finansowe, jakie mają darczyńcy i fundatorzy w krajach zachodnich. Problem jednak nie tylko w tym, że nasze regulacje prawne nie są w tym zakresie zachęcające, ale także w tym, że mało który z przedsiębiorców dysponuje kapitałem, jaki posiadają zachodni kapitaliści. Zatem głównym źródłem finansowania uczelni i nauki w Polsce pozostaje ministerialna dotacja, nazywana od 2019 roku subwencją (od poprzedniej różni się ona m.in. tym, że może być „wydatkowana w elastyczny sposób”), uzupełniana dochodami własnymi uczelni (pochodzącymi głównie z opłat na studia niestacjonarne) oraz środkami unijnymi. Wysokość tych ostatnich nie jest wprawdzie symboliczna, jednak nie można powiedzieć, że „rzuca na kolana”.

Naciąganie za krótkiej kołdry

W Dziale XII Ustawy 2.0, stanowiącej dzisiaj podstawę prawną funkcjonowania uczelni i nauki w Polsce, przysłowiowe naciąganie kołdry nazywane jest „gospodarką finansową uczelni”. Jakby tego jednak nie nazywać, pozostaje faktem, że finansowa kołdra jest zbyt krótka, aby mogła przykryć wszystkie wstydliwe miejsca życia akademickiego. Rzecz jasna na jednych uczelniach jest ona nieco dłuższa, na innych znacznie krótsza. Nie będę wchodził w szczegóły. Chciałbym bowiem powiedzieć parę słów o niektórych realiach finansowych mojej macierzystej uczelni, tj. UAM. Miałem możliwość się z nimi zapoznać nie tylko jako dwukadencyjny dziekan, ale także trzykadencyjny członek senatu tej uczelni (przez ostatnią pełniłem obowiązki przewodniczącego Senackiej Komisji Budżetu i Finansów).

Generalnie podzielam opinię, że UAM jest uczelnią na tyle dobrze zarządzaną, że nie tylko jej budżet się dopinał i dopina, ale także stać ją na znaczące inwestycje. Rzecz jasna nie oznacza to, że nie mam do tego zarządzania żadnego „ale”. Powiem jedynie o problemie znanym jeśli nie całej społeczności mojej uczelni, to przynajmniej członkom senatu oraz kierownikom jednostek organizacyjnych odpowiedzialnym za gospodarkę finansową. Chodzi o kwestię finansowania uczelnianych jednostek, które od momentu powstania do dzisiaj są „na minusie” i nie pomoże im ani zmiana wskaźnika kosztochłonności prowadzonych badań (bo wysokiej klasy uczonych jest w nich niewielu), ani wskaźnika kosztochłonności kształcenia studentów (bo tych również jest niewielu). Odpowiedź na pytanie, skąd takie jednostki organizacyjne wzięły się na mojej uczelni, nie jest na tyle prosta, aby załatwić to jednym zdaniem. Powiem jednak krótko: były na UAM osoby, decyzyjne lub tylko wpływowe, które miały wysokie aspiracje i związane z nimi plany inwestycyjne i realizowały je ze sporym zaangażowaniem. Natomiast odpowiedź na pytanie, dlaczego ich inwestycje przetrwały kolejne zmiany uczelnianych władz, jest tak złożona, że nie da się jej sprowadzić do stwierdzenia, że na uczelni łatwiej coś powołać do istnienia niż zlikwidować. Z czego zatem bierze się finansowanie tych jednostek? Odpowiedź jest dosyć prosta: stanowiła i stanowi go „zrzutka” bogatszych wydziałów na biedniejsze. Takie rozwiązanie przyjęto wprawdzie za wiedzą i zgodą dziekanów oraz członków senatu, jednak nie bezwarunkowo. Warunkiem było zobowiązanie kierowników ubogich jednostek organizacyjnych do podjęcia kroków naprawczych oraz obietnica corocznego zmniejszania procentowego wskaźnika wspomnianej „zrzutki”. Niestety nie mogę odpowiedzieć na pytanie, czy jest to realizowane. Ciekawy jednak jestem, jak ci biedacy wypadną w sytuacji, gdy będą oceniane nie aspiracje i plany uczonych, lecz osiągnięcia ich dyscyplin.

PS Odniosę się tutaj do odpowiedzi min. Przemysława Czarnka na pytanie związane „z finansowaniem instytucji badawczych na podstawie obecnego algorytmu” w wywiadzie zamieszczonym w wakacyjnym numerze FA. Wynika z niej, że minister widzi konieczność takiej zmiany, która będzie oznaczała „wzmocnienie uczelni umiejscowionych poza wielkimi ośrodkami akademickimi, jak Warszawa, Kraków czy Poznań”. Powiem krótko: każdy algorytm można zmienić i osoby pełniące ministerialne funkcje mogą to uczynić w krótkim czasie. Znacznie jednak trudniej jest tak wydatkować uzyskane przez niewielkie ośrodki pieniądze, aby chociaż w dłuższym czasie poprawiły one znacząco swoją kondycję naukową. Gdyby to pieniądze były główną siłą sprawczą w nauce, to dzisiaj szejkowie arabscy mieliby najlepsze uczelnie na świecie, a ich uczeni braliby najbardziej prestiżowe wyróżnienia.

Wróć