logo
FA 10/2021 felietony

Leszek Szaruga

Biblioteka domowa

Biblioteka domowa 1

Fot. Stefan Ciechan

Nigdy nie lubiłem siedzieć w bibliotekach, które siłą rzeczy formowały mi czas i zmuszały – zmuszają, bo jednak czasem mus to mus – do dyscypliny. W latach siedemdziesiątych wszakże, gdy wykonywałem żmudną, acz chyba pożyteczną pracę bibliografa – dokumentowałem życie literackie Warszawy w latach 1918-1926 – innego wyjścia nie było. Należę do wymierającego już gatunku fiszkowców (o powielaniu tekstów czy ich odfotografowaniu w latach 70. raczej mowy nie było, a telefon komórkowy, podobnie jak komputer, to narzędzia, które pojawiły się, gdy moje praktyki bibliograficzne były już tylko wspomnieniem). Ręcznie dokonywane wypisy z gazet, ich przepisywanie na maszynie był to trud żmudny, lecz mimo wszystko mający swą specyficzną aurę. Technika tej pracy, podobnie jak innych, ulega ciągłej zmianie i doskonaleniu, niemniej wspomnienia „dawnych dobrych czasów” są jednym z bardziej interesujących tropów literackich, co zaświadcza czuła Elegia na odejście pióra atramentu lampy Zbigniewa Herberta. Ba, te obsadki, do których wybierało się różne rodzaje stalówek… Było i niemal całkowicie minęło. To „niemal” ma jednak znaczenie.

W tamtych zamierzchłych czasach podjąłem też próby badań literaturoznawczych i pisania tekstów krytycznych, co zmusiło mnie do kompletowania biblioteki domowej, a właściwie jej rozbudowy, gdyż od zawsze ją miałem, lecz wcześniej była po prostu kolekcją książek ulubionych, do których – a przynajmniej tych najbliższych, jak Alicja w krainie czarów czy Kubuś Puchatek – powracam i dzisiaj. Można powiedzieć, że jest to rdzeń biblioteki, która z latami rozbudowywała się coraz bardziej, lecz jednocześnie zmieniała i wciąż zmienia: jedne pozycje przybywają, inne odchodzą bądź przekazywane koleżankom i kolegom, bądź, o czym wstyd mówić, lądują na śmietniku. Dzieje się tak między innymi dlatego, że ja się zmieniam, zmieniają się moje upodobania i pola zainteresowań. Można powiedzieć, że książki, które opuszczają zbiór, wyczerpały dla mnie swe możliwości, po prostu okazują się już nieprzydatne, zaś w ich miejsce pojawiają się nowe, co zrozumiałe o tyle, że obszary mnie interesujące produkują olbrzymią literaturę przedmiotu, część zaś publikacji traci swą aktualność. Ruch w obie strony zintensyfikował się w mojej bibliotece od czasu, gdy pozwolono mi – po przemianach roku 1989 – podjąć pracę akademicką, która, jakby nie było, zmusza do pilnego (w miarę) śledzenia nowości. Ponieważ, jak wspomniałem, w bibliotekach siedzieć nie potrafię, a przecież nigdy z góry nie jestem w stanie przewidzieć, jaka publikacja okaże się potrzebna, gromadzenie książek powoduje gwałtowne przyrastanie zbioru, tym samym nie pozostaje bez wpływu na życie domowe: wypiętrzające się sterty i gromady sprawiają, że coraz trudniej zachować wśród nich orientację. Selekcja zatem, zważywszy ograniczoność przestrzeni, jest czasem bardzo smutną koniecznością.

Niektórych pozycji pozbywam się łatwo, choć czasem z przyczyn sentymentalnych nie obywa się bez wahań. Dotyczy to w pierwszej kolejności wszelkich encyklopedii i słowników tematycznych. Tu decydującą rolę odegrało pojawienie się wujka Google zdolnego w każdym momencie je zastąpić. Niemniej okazało się kiedyś, że lekkomyślnie pozbyłem się Krótkiego słownika filozoficznego (dziś do odzysku za pomocą Allegro) z jego zdumiewającymi rozwinięciami takich jaseł jak „fizyka kwantowa” czy „cybernetyka” mającymi zarówno zalety dydaktyczne, jak i kabaretowe. Ale jest też dla mnie oczywistością, że nie pozbędę się reprintu Słownika języka polskiego ułożonego przez Bogumiła Lindego – jest co prawda księgą półkożerną, ale przerzucanie w nim kart sprawia sporo przyjemności, zaś krój czcionki oraz dobór ilustrujących hasła cytatów ożywia wyobraźnię. To samo dotyczy encyklopedii Glogera.

Zmiany bywają na ogół powolne, czasami jednak przyspieszają i obejmują dość liczebnie pokaźną ilość egzemplarzy. I tu, oczywiście, pojawia się problem: co z tą masą książek uczynić? O sprzedaży nie myślę, po prostu poszukuję chętnych, którzy skłonni są wziąć całość w zasadzie niejednorodną, bo przy okazji usuwania jednego kompleksu dobijają doń pozycje poboczne lub zgoła z nim niezwiązane. Wiem jednak, że do tych książek już nie zajrzę – ten temat przestał mnie interesować, miejsca na półkach nie przybywa, półek zresztą też, a trzeba zwolnić miejsce dla tych pozycji, które związane są z zagadnieniami, którymi pragnę się na nowym etapie poszukiwań – czego?, tego pewnie sam do końca nie wiem – zająć. Póki co, gdy chodzi o literaturę, do pełnego zdygitalizowania zasobów Biblioteki Narodowej daleko, nie można wciąż zatem liczyć na „wszystkowiedzący” internet. W przyszłości z pewnością domowe biblioteki zostaną potężnie odchudzone, wystarczy komputer na biurku, póki co jednak – zwłaszcza dla takich osobników jak ja, unikających przesiadywania w czytelniach i wypożyczania książek – nie pozostaje nic innego niż gromadzenie wokół siebie kolejnych tomów i borykanie się z problemami, do których to prowadzi. O czym myśląc, wspominam ze wzruszeniem wędrówki w labiryncie książkowym pani profesor Marii Janion.

Wróć