logo
FA 10/2020 Środowisko akademickie w okresie PRL

Marcin Kruszyński

O (oldskulowym) etosie i ratowaniu marzeń

Kilka uwag na temat odbudowy polskiego świata akademickiego tuż po zakończeniu II wojny światowej

Rys. Sławomir Makal

W tym numerze poruszamy temat nauki i środowiska akademickiego w okresie PRL. Do stworzenia bloku poświęconego tym sprawom zaprosiliśmy badaczy, których interesują kwestie tworzenia nowych uczelni po wojnie, ówczesne wizje kształcenia elit, nowe sposoby uprawiania badań naukowych, kariera uczonego w PRL, polityka naukowa państwa, praktykowane w środowisku akademickim metody oporu, kontrola uczelni przez służby komunistyczne, próby tworzenia nowej inteligencji.

W maju 1947 r. do PPR należało nieco ponad czterdziestu samodzielnych pracowników nauki w całej Polsce. Więcej, istniały uczelnie, jak UJ, w których pierwsze komórki partyjne powstały dopiero pod koniec 1948 r. Nieliczni więc własną przyszłość utożsamiali z symbiozą z partią.

Hanna Arendt napisała kiedyś: „Żadna […] rewolucja, choćby najszerzej otwierająca swoje podwoje przed masami biedoty, nie została nigdy zainicjowana przez te masy; żadna nie była też wynikiem powszechnego buntu”. Żadne więc masy niewykształconych nie zainicjowały niczego w rodzaju uniwersyteckiej rewolucji ani też nie doprowadziły do edukacyjnego buntu w powojennej Polsce. Jednakże bez wątpienia w pierwszych latach po 1944 r. mieliśmy do czynienia nie tylko z mechaniczną odbudową szkolnictwa wyższego i jego kadry, wyniszczonych po trudnych latach wojennych represji, lecz również próbą dokonania w tym świecie głębokiej, właśnie rewolucyjnej transformacji.

W 1939 r. na terytorium państwa polskiego istniało 21 jednostek akademickich: dziewięć w Warszawie, cztery we Lwowie, tyle samo w Krakowie. Ponadto dwie jeszcze działały w Poznaniu i po jednej w Wilnie oraz Lublinie. W wyniku powojennych zmian granic utracono wprawdzie uczelnie na Kresach Wschodnich dawnej Drugiej Rzeczypospolitej, ale komuniści, nie zaś owe abstrakcyjne masy, kreowali nowe placówki, częstokroć tworząc je na tzw. surowym korzeniu, jak np. Uniwersytet Marii Curie–Skłodowskiej albo Uniwersytet Mikołaja Kopernika. W 1955 r. w samej stolicy funkcjonowało aż jedenaście placówek o uprawnieniach szkół wyższych. Poza nią natomiast działało ich dodatkowo 48.

Bez względu na konstelację polityczną

Początkowo w oficjalnych wystąpieniach rządzący deklarowali wręcz chęć współpracy ze starą, przedwojenną profesurą, nikogo nie stygmatyzując wprost. Już 18 stycznia 1945 r. udało się otworzyć Uniwersytet Jagielloński. Niezniszczony wojną Kraków, tak jak niegdyś, ponownie stał się sercem akademickiej Polski, przyciągając uczonych z Warszawy, Poznania czy miast będących teraz częścią ZSRR (Wilno, Lwów). Ludzie ci bez wahania wracali do akademickich katedr, mimo że powstający chwilę później Tymczasowy Rząd Jedności Narodowej budowano opierając się na Polskiej Partii Robotniczej i partiach wobec niej satelickich. Trudno było traktować ten zamysł jako „długie trwanie” II RP.

Dla warstwy profesorskiej, społecznej nobility, naturalne było podejmowanie odpowiedzialności za los kraju, bez względu na aktualną konstelację polityczną. Przeświadczenie takie opierało się na historycznym doświadczeniu. Wiek XIX i konieczność obrony przed rusyfikacją i germanizacją zaprawiły w bojach przyszłych profesorów, obserwujących własnych nauczycieli w działaniu na rzecz polskości, ale i samemu aktywnie uczestniczących w protestach przeciwko dążeniom władz zaborczych. Przy czym, mając na uwadze różnorakie „efekty” II wojny światowej w środowisku inteligenckim, do działania determinowało także „niskie C”. Bieda i zapaść ekonomiczna, skutkując niespotykaną dotąd na taką skalę demoralizacją i dewaluacją podstawowych wartości etycznych, dotknęły te osoby mocno w czasie wojny. Rok 1944/1945 i odtwarzanie administracji państwowej (zostawiając na boku temat, kto te fundamenty budował) dawały nadzieję na bezpieczeństwo i stabilizację. „Członkostwo” w państwie poprzez udział w jego strukturach poziom tegoż bezpieczeństwa i stabilizacji mogło podnosić. Z aspektem tym zaś wiązała się bezpośrednio kwestia finansowa. Wreszcie wracała regularność i przewidywalność płac, nawet jeśli proponowane stawki nie należały do najwyższych.

Dysonans między wspomnieniem chlubnej przeszłości a realizmem codziennego powojennego dnia (pewnie) rodził (z czasem) depresję i lęk. „Ja realne” oddalało się od „ja powinnościowego”. Przecież dostrzegano z wolna dokonujące się wokół zmiany. Czy zatem nie należało raczej pozostać na uboczu, nie legitymizując własnym „członkostwem” Polski Ludowej? Zacytuję fragment wypowiedzi prof. Władysława Konopczyńskiego, który uznaję za miarodajny dla większości starej profesury. Ten wybitny uczony pisał jeszcze w 1947 r.: „Dewizą naszą zatem będzie: odbudowywać, a częściowo tylko przebudowywać, na starych fundamentach, po części ze starego materiału. Przydadzą się poprawki, nawet duże, ale bez przewrotów i łamańców”. Przedwojenna kadra z zapałem przystępowała do odtwarzania świata akademickiego, widząc w tym „nieuchronną konieczność bytu”. Żadna polityka ani żadni politycy nie mogli tego zmienić, a przyszłość – co oczywiste – pozostawała nieznana.

Przed pochopnym oskarżeniem ówczesnych profesorów o koniunkturalizm w postępowaniu chroni także następująca informacja statystyczna. Wiemy np., że w maju 1947 r. do PPR należało jedynie nieco ponad czterdziestu samodzielnych pracowników nauki w całej Polsce. Więcej, istniały uczelnie, jak UJ, w których pierwsze komórki partyjne powstały dopiero pod koniec 1948 r. Nieliczni więc własną przyszłość utożsamiali z symbiozą z partią.

Przyszłość młodych

Słowo „przyszłość” jest też wytrychem do zrozumienia postawy młodego pokolenia, które po 1944 r. zaczęło studiować, obejmując następnie etaty zastępców asystentów i asystentów. Projekt o nazwie odbudowa szkolnictwa wyższego w „nowej Polsce” składał się przecież z dwóch naturalnych komponentów. Ktoś musiał nauczać – i tacy się znaleźli – oraz kogoś należało nauczać – i takich również nie zabrakło. Rządzący zachęcali młodzież do kształcenia, podkreślając już od początku brak opłat z tym związanych. Inaczej zatem niż miało to rzekomo być przed wojną. Komuniści świetnie rozumieli, że pełny sukces w dziedzinie polityki oświatowej – uwzględniając też taki oto walor propagandowy: student jako osoba legitymizująca system – osiągano tylko wówczas, gdy akademickie mury rzeczywiście zaczęłyby tętnić życiem studenckim.

Sponiewierani okupacją młodzi chcieli ratować swe plany i marzenia. Uniwersytet Jagielloński – ten primus inter pares polskich uczelni – przekraczał przedwojenne limity, przyznając zresztą w 1946 r. ponad 50% magisteriów w skali całego kraju. Studenci jednak garnęli się i do placówek znacznie mniej renomowanych. W lubelskim UMCS brakowało pomieszczeń dla rosnącej z roku na rok rzeszy chętnych do pobierania tam nauki.

Odrzucając komunistyczne porządki i dystansując się od powojennej rzeczywistości, dwudziestolatkowie skazywaliby się na pełnię marginalizacji pod każdym względem: zawodowym, politycznym, społecznym, ekonomicznym. Tym samym byli na uwięzi władzy nieporównanie bardziej niż ich nauczyciele. Dla tych ostatnich negacja reaktywowanych uniwersytetów, w postaci czysto praktycznej, wiązała się najwyżej z dalszą degradacją finansową. „Przyszłość młodych” nie oznaczała więc tego samego co „przyszłość starych”.

Centralna rada, obozy pracy…

Komuniści dobrze zdawali sobie sprawę z przedstawionego tu stanu rzeczy, szybciej niż w przypadku profesorów pokazując prawdziwe zamiary. 3 maja 1946 r., przede wszystkim w Krakowie, ale i w kilku innych polskich miastach (m.in. w Warszawie, Gdańsku, Toruniu), młodzież próbowała tradycyjnie obchodzić Święto Konstytucji. Tyle że przywódcy PPR obawiali się spontanicznego wyrażania emocji i poglądów, szczególnie jeśli wciąż nie stanowili jedynej omnipotentnej siły w kraju. Przeświadczenie o imperatywie studiowania młodych dodatkowo wzmagało poczucie bezkarności. W tymże Krakowie aresztowano kilkaset osób. Przy czym jeszcze tym razem rządzącym nie udało się zantagonizować społeczeństwa i stworzyć antyinteligenckich nastrojów. Na rok 1968 trzeba będzie trochę zaczekać.

Nie tylko słowa prof. Konopczyńskiego wskazują na stan świadomości (wiedzy?) politycznej większości ówczesnej kadry profesorskiej. Wspomniany historyk był w stanie przyjąć, że pewne korekty w funkcjonowaniu świata akademickiego są możliwe. Choć jednocześnie nikt z tego środowiska nie wstydził się przynależności do tejże grupy oraz jej profesjonalnego habitus. Inny uczony, geograf Adam Malicki, z dumą pisał w 1946 r. o dorobku i etosie polskich badaczy, których ani zaborcy, ani okupant niemiecki nie zmusili do ideowego bankructwa i nie doprowadzili do społecznej desakralizacji jako warstwy. Malicki przypominał równocześnie, że uniwersytet, ugruntowany tradycją universitas magistrorum et scholarium, jeśli miał spełniać statutowe funkcje, musiał operować w typowej dla siebie przestrzeni, tj. posiadać autonomię i wolność nauki – nauczania. W przeciwnym razie średniowieczna konceptualizacja uniwersytetu traciła rację bytu, a uczelnia stawała się instrumentem w ręku ludzi sprawujących władzę.

Tekst prof. Malickiego stanowił komentarz do wciąż jedynie proponowanych zmian w ramach szkolnictwa wyższego. Z pewnością niepokoiła usankcjonowana z końcem 1945 r. praktyka ręcznego sterowania polityką kadrową. Polegała ona na odgórnie podejmowanej decyzji odnośnie do przeniesienia danego samodzielnego pracownika z jednego miejsca zatrudnienia do drugiego. O wiele więcej obaw budził jednak projekt utworzenia centralnej rady nadzorującej uniwersytety (tzw. Rada Główna) oraz pomysł zakładania specjalnych obozów pracy dla zbuntowanych studentów. Zgrozą mogły napawać słowa I sekretarza PPR Władysława Gomułki, który 2 czerwca 1946 r. na posiedzeniu Komitetu Centralnego stwierdził m.in.: „Hitler zrobił obozy pracy, uważacie, że to jest taka faszystowska idea. Hitler włożył w to taką faszystowską ideę, a my możemy włożyć ideę ludową”.

Nie można się łudzić

Mimo, iż nadal – co już podkreśliłem – władze operowały głównie w sferze zamysłów, uczeni z wolna zaczynali rozumieć sens tego co się w Polsce działo i czym w konsekwencji mogło się to skończyć dla szkolnictwa wyższego. Z pewnością otrzeźwiły wybory do Sejmu Ustawodawczego (1947), ale jeszcze nie przestraszyły one profesury, dalej gotowej do otwartej debaty i kontestacji poczynań rządzących, gdyby uznano zachowanie takie za niezbędne. Zwraca uwagę artykuł publicystyczny prof. Henryka Raabego, zamieszczony w kwietniu 1947 r. na łamach „Robotnika”. Chodzi wszak nie tylko o wyrażone w nim treści, zbieżne w wielu miejscach z tezami prof. Malickiego, lecz także o kwestię samego autorstwa powyższej publikacji. Raabe, członek koncesjonowanej Polskiej Partii Socjalistycznej (PPS) i poseł, wcześniej kierownik Wydziału Oświaty Polskiego Komitetu Wyzwolenia Narodowego, ambasador w Moskwie, rektor UMCS, czyli osoba, którą trudno było posądzać o „negatywne nastawienie do obecnej rzeczywistości”, jednoznacznie potępił wszelkie próby ingerowania komunistów w swobody akademickie. Z perspektywy PPR inaczej odbierano głos „neutralnego politycznie i światopoglądowo” oraz niejako „zewnętrznego” Malickiego. Inaczej zaś brzmiała tego typu wypowiedź z ust kogoś „z wewnątrz”. Prof. Raabe bez ogródek stwierdzał: „Nauka nie może się rozwijać bez zapewnienia wolności badania i wolności głoszenia zdobytych prawd (pogrub. w oryg. – M.K.). Nie można się łudzić, że jakiekolwiek próby ograniczenia tej wolności dadzą na dłuższy dystans pozytywne wyniki. […] Samorząd akademicki gwarantujący w istocie wolność nauki i wolność nauczania, zgodnie z sumieniem uczonego, musi być zawsze i będzie jedyną rzetelną podstawą bytu uczelni wyższych”.

Symbolicznie brzmiał sam tytuł cytowanego tu tekstu: „O właściwą (pogrub. w oryg. – M.K.) reformę szkolnictwa wyższego”. Raabe w 1948 r. przestał piastować funkcję zwierzchnika UMCS, zmuszony do przejścia na emeryturę, lecz nie w tym rzecz. Górę nad legitymacją partyjną profesora z Lublina wzięło to, co psychologia społeczna określa mianem siły motywu przynależności. Bezinteresowna więź środowiskowa przeważyła nad interesem określonej grupy politycznej. Przy czym grupa ta posiadała represyjne instrumentarium działania, charakterystyczne dla państwa totalitarnego. Oznaczało to wprost, iż po pierwsze nie udała się – i jest ryzyko, że nie uda się w przyszłości – nieinwazyjna implementacja wzorców radzieckich z hegemonią marksistowskiego paradygmatu badań. I wreszcie po drugie, świat akademicki rządził się tak mocnymi własnymi regułami, że nawet „naukowi partyjni działacze” nie mogli ich zlekceważyć, choć przy innych okazjach deklarowali całkowitą lojalność wobec komunistów. Raabe krytykował próby ingerencji władz w przestrzeń uniwersytecką, a jednocześnie publicznie pochwalał dokonujące się w Polsce przeobrażenia, widząc w PPR męża opatrznościowego, gwarantującego postęp cywilizacyjny chłopów i robotników.

Masy ludowe i sens życia

W okresie, o którym mowa, do wyjątków trzeba zaliczyć głosy pochwalające postępowanie władz. Zdarzało się to oczywiście, ale chodzi o zupełny margines. Niemniej wypada zaznaczyć, że już wtedy znajdowali się profesorowie walczący o „uczelnię jako ośrodek wolnej, nieskrępowanej myśli demokratycznej”. Tej wolnej i nieskrępowanej myśli zagrażać mieli zaś piewcy przeszłości, niepotrafiący właściwie odczytywać znaków czasu. Wkrótce za intelektualną normę zostaną przyjęte zatem rozważania „zadżumionego” marksizmem socjologa, prof. Józefa Chałasińskiego, z książki Społeczna genealogia inteligencji polskiej (1946), w której ten uczony dokonał całkowitego odarcia tradycyjnego inteligenta z otaczającego go sacrum. Pisał tam: „Inteligencja polska nie tylko nie jest w stanie nauczyć mas ludowych sensu życia, ona w swej strukturze historycznie ukształtowanej utrudnia masom ludowym samodzielne znalezienie sensu życia”.

Niewłaściwe pochodzenie społeczne, niczym grzech pierworodny, stało się skazą, tyle że skazą na zawsze. Szybko poza główny nurt akademosu zostaną wyrzuceni tacy ludzie jak Władysław Tatarkiewicz, Jan Bystroń, Maria Kokoszyńska, Tadeusz Kotarbiński, Kazimierz Ajdukiewicz, Konrad Górski i wielu innych.

Celem pierwotnym PPR było uformowanie własnego inteligenta i własnego uczonego, zależnego od partii i uznającego wyłącznie hegemonię jednego tylko paradygmatu badawczego, tj. paradygmatu marksistowskiego. Chcąc tego dokonać, komuniści musieli porzucić dotychczas obowiązującą wizję uniwersytetu spod znaku Immanuela Kanta czy Johanna Fichtego. Kantowskie „miej odwagę posługiwać się swym własnym rozumem” albo przeświadczenie Fichtego, dla którego uczelnia funkcjonowała nie tylko po to, aby przekazywać wiedzę, lecz również i dlatego, by uczyć krytycznego myślenia, stawały się przeżytkiem odchodzącego w przeszłość starego świata. Tyle że ów stary świat nie do końca wiedział, czy nie chciał wiedzieć, że odchodzi w przeszłość.

Dr hab. Marcin Kruszyński, prof. Lotniczej Akademii Wojskowej w Dęblinie, Biuro Badań Historycznych Instytutu Pamięci Narodowej, kierownik Zakładu Kształcenia Ogólnego LAW w Dęblinie, kierownik Pracowni Historii Polski i Historii Powszechnej LAW w Dęblinie

Wróć