logo
FA 10/2020 Życie akademickie

Zbigniew Drozdowicz

Inauguracja nowego roku akademickiego

Fot. Stefan Ciechan

Przypomnę, że tytuł magnificencja przysługuje jedynie głównemu rektorowi (i to urzędującemu), prorektorzy mogą być co najwyżej grzecznościowo nazywani „rektorami”. Nieco bardziej skomplikowana jest kwestia tytułowania byłych rektorów, prorektorów i dziekanów.

Przed wygłoszeniem przez rektora na uroczystej inauguracji nowego roku akademickiego łacińskiej formuły „Quod bonum, felix, faustum, fortunatumque sit” (Oby to było dla dobra, szczęścia, błogosławieństwa i pomyślności), oznaczającej jego otwarcie, zwyczajowo dokonuje się prezentacji dotychczasowych osiągnięć uczelni. W tych rozważaniach nie będę wchodził w togę rektora. Odwołam się natomiast do kilku istotniejszych wydarzeń mających miejsce w minionym roku, nie tylko na mojej uczelni.

Czas pożegnań i podziękowań

Inauguracja zaczyna się zwykle powitaniem przez rektora zaproszonych gości. Następnie żegnani są pracownicy uczelni, którzy zmarli w ostatnim roku akademickim. Nie chciałbym tutaj mówić, ani o pierwszych, ani też o drugich. Chciałbym natomiast powiedzieć kilka słów o osobach na kierowniczych stanowiskach, którym skończyła się kadencja i nie zostały wybrane lub powołane na kolejną. Mamy bowiem za sobą rok wyborczy i dotyczy to sporej liczby członków uczelnianej społeczności, w tym wielu rektorów, prorektorów, dziekanów i prodziekanów. Różne były oczywiście powody pożegnań z pełnionymi funkcjami. W jednych przypadkach było to ustawowe ograniczenie ich pełnienia do dwóch kolejnych kadencji. W innych ustawowe wykluczenie z uwagi na wiek (67 lat i ani dnia więcej). W jeszcze innych nieuzyskanie odpowiedniego poparcia ze strony uczelnianych elektorów. Sporo można powiedzieć o sposobach jego uzyskiwania. Przynajmniej części społeczności akademickiej są one znane. Na uroczystej inauguracji roku akademickiego nie są one raczej z oczywistych względów przypominane. Nie widzę natomiast przeszkód, aby powiedzieć o nich kilka słów.

Trudno jest liczyć na znaczące poparcie uczelnianej społeczności, jeśli deprecjonuje się lub bagatelizuje osiągnięcia poprzedników na kierowniczych stanowiskach. Niełatwo o to również wówczas, gdy się prezentuje na spotkaniach wyborczych lub w kuluarowych rozmowach opcję „atomową” – jeśli można tak nazwać wizję totalnych zmian w życiu uczelni. Nie będę wymieniał takich wizjonerów, z kilkoma miałem jednak do czynienia na uczelni. Zastanawia mnie jedynie, że dzisiejsi przegrani w uczelnianych wyborach nie chcą lub nie potrafią się uczyć na błędach poprzedników. Przed wyborem na kierownicze stanowiska można również kreować się na „gołąbka pokoju i spokoju”, a dopiero po ich osiągnięciu dokonać „trzęsienia ziemi”. Nie sugeruję niczego. Istnieje jednak nie tylko możliwość, lecz także poważna obawa, że osoby, którym powierzyliśmy decydowanie o naszym zawodowym życiu, nie okażą się tymi, których chcielibyśmy mieć w roli „sterników”.

Poza wszystkim innym zmiany na kierowniczych stanowiskach oznaczają dla uczelnianej społeczności konieczność opanowania istotnie zmienionej listy zwierzchników oraz – co nie mniej istotne – umiejętności takiego zwracania się do nich, aby nie poczuli się urażeni lub zlekceważeni. Przypomnę zatem, że tytuł magnificencja przysługuje jedynie głównemu rektorowi (i to urzędującemu), prorektorzy mogą być co najwyżej grzecznościowo nazywani „rektorami”. Nieco bardziej skomplikowana jest kwestia tytułowania byłych rektorów, prorektorów i dziekanów. Nie jest to bowiem regulowane pisanym prawem. Na uczelniach panuje zwyczaj używania tych określeń również w stosunku do byłych, a im lepiej się zapisali w pamięci podwładnych, tym chętniej i dłużej są one w użyciu. Poza przyswojeniem listy zwierzchników i sztuki ich tytułowania, przed społecznością uczelnianą stoi zadanie przyswojenia sobie nazw nowych lub nowych-starych jednostek uczelnianych. Przyznam, że mam z tym pewien problem. Na mojej macierzystej uczelni już rok temu pojawiły się wśród jednostek organizacyjnych jak „biura obsługi wydziału” oraz „biura obsługi studentów”. Zastąpiły istniejące wcześniej dziekanaty. Do dzisiaj nie potrafię rozumieć, czemu te zmiany nazw mają służyć i komu przeszkadzały poprzednie. Mnie nowe nazwy kojarzą się w pierwszej kolejności z biurokracją.

Jeszcze jedna ważna kwestia związana z pożegnaniami. Żegnamy się (przynajmniej na pewien czas) z tradycyjnymi sposobami prowadzenia badań i kształcenia studentów, przechodząc do zdalnego wykonywania tych obowiązków. Przyczyny są powszechnie znane – pandemia. Nie wiadomo, jak sobie z nią poradzić, jak wpłynie na życie społeczne, w tym także akademickie. Wiadomo jednak przynajmniej tyle, że uporanie się z wirusem nie będzie ani szybkie, ani łatwe, a im dłużej będzie ono trwało, tym straty będą większe – również w prowadzonych przez uczelnie badaniach i kształceniu studentów. Ich zdalne wykonywanie to jednak tylko niedoskonały substytut tego, co można zrobić poprzez kontakt twarzą w twarz. Mówił zresztą o tym rektor Politechniki Warszawskiej prof. Jan Szmidt w wywiadzie do wakacyjnego numeru „Forum Akademickiego”. Podzielam w pełni jego opinię, że „kształcenie zdalne nie zastąpi bezpośrednich relacji studentów z wykładowcami”.

Czas powitań i realizacji obietnic

Pominę wzniosłe i miłe słowa rektora kierowane do zaproszonych na inaugurację gości. Rzecz jasna nie uważam ich za nieważne. Ważniejsze są jednak działania, które nastąpią po tym, jak uczelniane władze i pozostała część społeczności przejdą do codziennej pracy. Pierwszymi działaniami mogą być i – jak pokazuje praktyka minionych lat – niejednokrotnie są zmiany obiecywane w programach wyborczych kandydatów do objęcia kierowniczych stanowisk na uczelni. O niektórych planowanych działaniach z różnych względów się nie mówiło (mimo że są nieuniknione). Dotyczy to m.in. zmian kadrowych na stanowiskach, które były i pozostają ważne dla realizacji przez uczelnie statutowych zadań, ale do ich wykonywania były istotne zastrzeżenia. Wprawdzie nie zawsze główną winę za to ponoszą osoby na kierowniczych stanowiskach, jednak prawie zawsze to one w pierwszej kolejności są do wymiany. Nawet tam, gdzie w wyborach rektorskich poparcie zyskała opcja występująca pod hasłem kontynuacji, można się spodziewać dosyć mocnego potrząśnięcia „drzewkiem” kadry kierowniczej, a w gronie żegnanych mogą się znaleźć zarówno ci, których mało kto będzie żałował, jak i żegnani przez sporą część podwładnych z autentycznym żalem. W czasie powitań, poza wszystkim innym, trzeba jednak zwolnić miejsce dla tych, którzy mieli istotny udział w wyborczej wygranej nowych lub nowych-starych władz uczelni.

Nie to jednak stanowi ich główny problem. Znacznie trudniejsze i wymagające więcej czasu będzie bowiem opanowanie umiejętności takiego wykonywania kierowniczych obowiązków, aby podwładni byli przekonani, że przełożeni są odpowiednimi osobami na stanowiskach, a przełożonym nie śniły się koszmary i praca nie była prawdziwą udręką. Wprawdzie niejednokrotnie są to osoby z doświadczeniem kierowniczym, jednak często na niższym lub przynajmniej innym stanowisku, co może być pewnym kapitałem, ale i swoistą kulą u nogi. Na nowym stanowisku pojawiają się bowiem problemy, które znali jedynie ze słyszenia (a przecież to nie to samo, co zmaganie się z nimi). Jednak nie ma zmiłuj i trzeba im stawić czoło, a wynik konfrontacji obserwują i oceniają nie tylko życzliwi, lecz także wczorajsi pretendenci do stanowisk oraz ich zwolennicy. i nie ma co liczyć na wyrozumiałość w ocenie.

Kwestia oceny to jedno, a realizacja obietnic wyborczych to drugie. Jest rzeczą oczywistą (przynajmniej dla mnie), że nie wszystkie zostaną zrealizowane. Kampania wyborcza ma bowiem swoją „logikę”, a ktoś, kto jej nie opanował lub nie stosował w praktyce, stoi na pozycji przegranej. Coś jednak z obietnic wyborczych może i powinno być realizowane. Powiedzmy jasno: wprawdzie sporo zależy tutaj od osobowości sprawujących kierownicze funkcje, w tym od ich słowności, jednak więcej od umiejętności doboru współpracowników i rozdzielenia pomiędzy nich zadań i obowiązków, a jeszcze więcej od okoliczności, na które znaczącego wpływu nie mają i mieć nie mogą. Sporo przecież do powiedzenia mają również ministerialne władze (obecnie są one zresztą jeszcze większą niewiadomą niż nowe władze uczelniane).

Rzecz jasna jedne władze będą miały łatwiej, a inne trudniej w realizacji wyborczych obietnic. W gronie tych pierwszych znajdą się zapewne władze uczelni, na których wcześniej prowadzona była rozsądna polityka kadrowa, edukacyjna i finansowa. Nie tylko dlatego, że nie musiały one wiele obiecywać w kampanii wyborczej, lecz także, a nawet przede wszystkim dlatego, że nie będą zmuszone dokonywać radykalnych kroków naprawczych oraz zaciągać długów, które mogą się okazać trudne do spłacenia. Takich uczelni nie jest jednak wiele. Wprawdzie ich lista nie sprowadza się do dziesięciu zwycięskich w konkursie na uczelnie badawcze (te jednak zdają się być w stosunkowo najlepszej sytuacji) ani nawet do następnych dziesięciu czekających w kolejce na kolejny konkurs, jednak nie jest ona o wiele dłuższa. Pierwsza dziesiątka ma zresztą również swoje problemy do rozwiązania, rzecz jasna inne niż pozostałe uczelnie, niemniej pod niektórymi względami nawet trudniejsze, bowiem podpisała się pod zobowiązaniami, które okażą się bardzo trudne do zrealizowania. A pierwsze spośród rozliczeń zweryfikuje nie tak odległa przyszłość, bowiem powołani przez MNiSW eksperci przeprowadzą śródokresową ocenę już w 2023 roku.

UAM pod nowymi władzami

Już we wcześniejszej części rozważań pojawiały się mniej lub bardziej wyraźne odniesienia do mojej macierzystej uczelni (UAM). Tearz chciałbym o niej powiedzieć kilka słów otwartym tekstem, jednak bez ujawnienia szczegółów „kuchni”, zwłaszcza wyborczej. Nie ulega wątpliwości, że w minionym roku akademickim wybory nowych władz rektorskich były na mojej uczelni sporym wydarzeniem, a wygrana obecnych władz została przyjęta ze sporym zadowoleniem przez wyraźną większość uczelnianej społeczności. Do takiej oceny skłania mnie m.in. skala udzielonego im wyborczego poparcia. Nie będę ukrywał, że należę do tej większości. Nie byłem jedynie biernym obserwatorem wyborczych zmagań (nie chciałbym jednak mówić o szczegółach). Jeśli przypominam zaangażowanie, to nie dlatego, że oczekuję od władz rewanżu (od wielu lat kieruję się biblijną zasadą: „pomóż sam sobie, a niebo ci pomoże”), lecz dlatego, że mam nadzieję na spokojną realizację w ciągu kilku pozostałych mi lat pracy w UAM moich zawodowych planów: takich m.in. jak napisanie kolejnej monografii naukowej i jej opublikowanie w którymś z zachodnich wydawnictw. A w tym przecież nowe władze uczelni specjalnie mi nie pomogą.

Mają one zresztą do zrealizowania ważniejsze i trudniejsze zadania. Jednym z nich jest wywiązanie się ze zobowiązań, które UAM przedstawił w aplikacji do konkursu na uczelnię badawczą. Sporym sukcesem było znalezienie się w gronie dziesięciu wygranych (i to na wysokim trzecim miejscu). Jednak jeszcze większym będzie wyegzekwowanie od pracowników takiej aktywności naukowej, która sprawi „podniesienie międzynarodowego znaczenia uczelni” oraz pozwoli na „skuteczne konkurowanie z najlepszymi ośrodkami akademickimi w Europie i na świecie” (są to generalne celu konkursu). Rzecz jasna nie oznacza to, że wszystko inne będzie musiało zejść na dalszy plan. Uczelnia badawcza jednak również kształci studentów. Z tym w UAM jest jednak całkiem nieźle, a z naborem chętnych do studiowania wręcz znakomicie (pokazuje to m.in. tegoroczna rekrutacja).

Zatem „Oby to było dla dobra, szczęścia i pomyślności mojej uczelni” (błogosławieństwo pomijam, bowiem nie czuję się uprawniony do jego udzielania).

Wróć