logo
FA 10/2020 Środowisko akademickie w okresie PRL

Agata Zysiak

Czerwona uczelnia w robotniczym mieście

Początki Uniwersytetu Łódzkiego 1945-1950

Rys. Sławomir Makal

Debaty analogiczne do głosów Kotarbińskiego i Chałasińskiego toczyły się na łamach prasy, podczas wykładów, nielicznych jeszcze konferencji i zjazdów, na uczelnianych korytarzach i w prywatnych domach. Jeden z ważniejszych rozdziałów w historii powojennej konfrontacji różnorodnych wizji rozwoju uniwersytetów i szkolnictwa wyższego został zapisany właśnie na Uniwersytecie Łódzkim.

Jak napisano o przedwojennej akademii w programowym tekście „Przeglądu Akademickiego” z 1947 roku: „Cały gmach naszej psychiki runął od bomby. I do dziś jeszcze nie wiemy, czy dlatego, że był to domek z kart, czy dlatego, że podmuch był tak silny”. Druga wojna światowa oznaczała koniec pewnej epoki, przerwanie ciągłości z II Rzeczpospolitą. Już w ciągu roku po wojnie dało się odczuć niebywałą szybkość odbudowy. W pierwszych miesiącach 1945 roku 120 km od zrujnowanej stolicy stało dobrze zachowane, ale prawie puste miasto. Dlatego to Łódź stała się nieformalnym centrum powojennej Polski. To tu rozpoczęto budowę nowej, demokratycznej uczelni, nowoczesnego uniwersytetu, mającego odpowiadać wyzwaniom współczesności. Uniwersytet Łódzki był elementem socjalistycznego projektu modernizacyjnego, jaki rozpoczął się po 1945 w Europie Środkowej, w tym w Polsce.

Przed wojną Łódź była miastem o największym współczynniku analfabetyzmu w całej II RP, czego konsekwencje odczuwano długo po wojnie: jeszcze w 1957 roku jedna trzecia łodzian nie umiała czytać ani pisać, a 7% dorosłych nigdy nie uczęszczało do szkoły. Wiązało się to także z powojenną migracją do miasta ludności wiejskiej oraz wielu młodych ludzi z wojennymi brakami edukacyjnymi. W 1988, a więc po ponad trzydziestu latach socjalistycznego eksperymentu, kiedy populacja Łodzi przekroczyła 850 tysięcy mieszkańców, już ponad 95% posiadało co najmniej wykształcenie średnie. Analogicznie zmianę było widać na poziomie krajowym: w 1960 roku jedynie 415 tysięcy osób w całym kraju miało wykształcenie wyższe, w 1988 już prawie dwa miliony. Zmiana jednak odzwierciedlała się nie tylko w statystykach, lecz także poprzez rozbudzenie aspiracji i przebudowę wizji uniwersytetu – edukacja miała stać się dostępna dla wszystkich grup społecznych. Więcej kobiet i robotników kończyło co rok średni poziom nauczania, a w latach siedemdziesiątych już 40% absolwentów szkół średnich rozpoczynało edukację wyższą (przed II wojną światową było to 4-5%). Szacuje się, że w okresie powojennym od 24 do 35% populacji Polski doświadczyło awansu społecznego.

Silne, zróżnicowane, lewicowe środowisko akademickie

Pierwsze lata odbudowy szkolnictwa wyższego to jeszcze nie odgórna rewolucja na fali stalinizacji, lecz właśnie oddolna, związana z przebudową tradycyjnej akademii, do której powrót zdawał się nie tylko niemożliwy, ale i przez wielu niechciany. Stare ośrodki uniwersyteckie – Lwów i Wilno – znalazły się poza granicami Polski. O pewnej ciągłości można było mówić jedynie w przypadku Krakowa, Poznania, Lublina (KUL) oraz Warszawy, gdzie zresztą odbudowa uniwersytetu dokonywała się ze znacznym opóźnieniem, w najcięższych warunkach i przy pewnej obojętności ze strony władz. Nowe uniwersytety uruchomiono we Wrocławiu (miał kontynuować lwowskie tradycje akademickie), Toruniu (w znacznej mierze dzięki kadrze wileńskiego USB), Lublinie oraz w Łodzi. Utworzenie uniwersytetu w Lublinie miało zniwelować wpływy KUL-u, a Łódź, jako drugie co do wielkości miasto Polski i silny ośrodek robotniczy, miała stać się centrum odbudowy kraju, także naukowej.

Zmiany instytucjonalne goniły przemiany samego środowiska intelektualnego. Pracę rozpoczynały teatry, zakładano przedszkola, szkoły, uczelnie, jednocześnie strajkowali robotnicy i ogromne rzesze uchodźców przybywały do miasta. W ciągu pierwszych miesięcy 1945 roku przybywali do Łodzi między innymi: Tadeusz Kotarbiński, Józef Chałasiński, Stanisław i Maria Ossowscy, Nina Assorodobraj, Witold Kula, Natalia Gąsiorowska, Jan Szczepański. Powstawały wpływowe lewicowe czasopisma, jak „Kuźnica” tworzona przez Stefana Żółkiewskiego i Jana Kotta (w stałej polemice z krakowskim „Tygodnikiem Powszechnym”), „Wieś” oraz „Myśl Współczesna”. Młody Adam Schaff zainicjował powstanie Klubu Demokratycznej Profesury zrzeszającego wielu wybitnych przedwojennych uczonych. Powstawało silne, choć bardzo zróżnicowane wewnętrznie, lewicowe środowisko akademickie, nastawione na odbudowę i modernizację kraju poprzez ustanowienie postępowej uczelni – egalitarnego, krytycznego uniwersytetu. Atmosfera dyskusji i środowiska tworzące lokalną sferę publiczną były w stosunku do pozostałych akademickich ośrodków przesunięte na lewą stronę sceny politycznej. W rezultacie Uniwersytet Łódzki zaczął być nazywany „czerwonym uniwersytetem”.

Uruchomiono tzw. rok wstępny, ułatwiający dostęp do studiów młodzieży z niższych warstw społecznych. Zwłaszcza młodzi socjologowie i poloniści z zapałem budowali gmach nowej nauki. Warto pamiętać, że koniec lat czterdziestych pełen jest dla tych ludzi nadziei i autentycznego, idealistycznego zapału. Biorąc pod uwagę realia II Rzeczypospolitej, brutalny okres okupacji, wielu wrażliwych społecznie badaczy wybierało marksizm świadomie, jak tysiące im podobnych intelektualistów z Europy Zachodniej, którzy jednak nigdy nie stanęli przed konfrontacją ideałów z polityczną rzeczywistością. Warto dodać, że przedwojenne wydatki na naukę osiągały niecałe 0,5% budżetu, a w 1945 r. osiągnęły już 11%.

W samym środowisku uniwersyteckim, jeszcze bez wyraźnej politycznej presji, trwał spór o przyszłą wizję nauki i uniwersytetów. O ile w Łodzi formowało się środowisko liberalne i lewicowe, o tyle większość środowiska akademickiego zdawała się pozostawać jeszcze w okresie dwudziestolecia. W tym okresie stosunek władz wobec inteligencji, w tym akademii, pozostawał otwarty. Potrzebowano nie tylko fachowców, jak inżynierowie i administratorzy, lekarze i nauczyciele, lecz w równej mierze intelektualistów, ludzi nauki i sztuki, bez których nie można było sobie wyobrazić wyprowadzenia kraju z wojennego kryzysu. W rezultacie, w początkowych latach miejsca starczyło dla „Odrodzenia” Jerzego Borejszy, „Tygodnika Powszechnego” i „Kuźnicy” Żółkiewskiego, choć ten ostatni już wtedy oskarżał część uczonych o apatię, którą trzeba „leczyć podobnie jak neutralność światopoglądową”. Polityka władz, nawet jeśli cyniczna, pozwalała czy też zmuszona była przez okoliczności przyzwalać na znaczny obszar swobody. Unikano takich słów jak komunizm czy rewolucja, mogących zrazić umiarkowane osoby. Starano się podkreślać „polską drogę do socjalizmu”.

Przestrzeń świadomej służby społeczeństwu

Tworzenie uniwersytetu w Łodzi przedstawiano jako akt dziejowej sprawiedliwości, wyrównanie krzywd, które Łódź przez dekady musiała cierpieć ze względu na swój polityczny radykalizm i proletariacki charakter. Jednocześnie miał to być symbol demokratycznych i egalitarnych przemian, niesionych przez projekt budowy nowej Polski. Podczas uroczystej inauguracji roku akademickiego w styczniu 1946 r. ówczesny wiceminister oświaty Władysław Bieńkowski mówił: „Otwarcie Uniwersytetu Łódzkiego ma znaczenie symbolu. Łódź, miasto wielkie, dziś, po zburzeniu stolicy, największe w Polsce, nie mogła do r. 1939 uzyskać pełnej, normalnej szkoły akademickiej. […] Dzień dzisiejszy, dzień inauguracji Uniwersytetu Łódzkiego, symbolizuje akt dziejowy społecznej sprawiedliwości, symbolizuje dążenie polskiej Demokracji do otwarcia bram szkół wyższych dla szerokich mas pracujących, symbolizuje zbliżenie wiedzy z pracą, symbolizuje współpracę robotnika przy warsztacie i naukowca na katedrze czy w laboratorium”.

24 maja 1945 roku mógł się ukazać dekret powołujący Uniwersytet Łódzki. W ciągu pierwszych miesięcy uwidoczniły się co najmniej trzy wizje rozwoju nowo powstałej uczelni, poza niezrealizowaną wizją „Poliuniwersytetu”, były to: 1) kontynuacja tradycji Wolnej Wszechnicy Polskiej, 2) postępowo-liberalny model Kotarbińskiego oraz 3) radykalna wizja Chałasińskiego. Te lokalne modele były kontynuacją długiego sporu o kształt i reformę uniwersytetu, a także próbą stworzenia nowego typu instytucji odpowiadającej na potrzeby modernizującego się społeczeństwa. Punktem wyjściowym stały się wyobrażenia na temat przedwojennego modelu nauki, a więc z jednej strony elitarnego szkolnictwa wyższego, z drugiej – uniwersytetu mającego wzorować się na liberalnym uniwersytecie niemieckim. Lokalne te dyskusje były kolejną odsłoną trwającego od dekad konfliktu między zwolennikami nauki czystej a rzecznikami jej utylitarystycznych zastosowań. W nowej oprawie konflikt ten przybierał nieco radykalniejsze formy, a najważniejszym graczem stawali się rządzący, nie zaś przedstawiciele akademii czy szerzej rozumianej inteligencji. Debaty, analogiczne do głosów Kotarbińskiego i Chałasińskiego, toczyły się na łamach prasy, podczas wykładów, nielicznych jeszcze konferencji i zjazdów, na uczelnianych korytarzach i w prywatnych domach. Jeden z ważniejszych rozdziałów w historii powojennej konfrontacji różnorodnych wizji rozwoju uniwersytetów i szkolnictwa wyższego został zapisany właśnie na Uniwersytecie Łódzkim.

Kotarbiński proponował wizję „uniwersytetu liberalnego”, opartego na zmodernizowanych tradycjach postępowej Wszechnicy. Uniwersytet miał być przestrzenią nieskrępowanej dyskusji, wolnej od jakiegokolwiek ideologicznego balastu. Jego zdaniem, powojenna struktura uczelni nie powinna odbiegać zbyt mocno od przedwojennych wzorców. Jednocześnie podkreślał on konieczność otwarcia akademii na społeczeństwo, kładł nacisk na egalitarny charakter nauki. Odcinał się też zdecydowanie od Kościoła jako uniwersalnego drogowskazu naukowca, a taką rolę rezerwowało dlań wielu przedwojennych uczonych. Dzielił zaś z nimi pogląd na temat nauki jako świątyni, niezależnej autonomicznej przestrzeni służącej poszukiwaniu prawdy.

Choć jest to pewnym uproszczeniem, Kotarbiński służy za reprezentanta tradycyjnej akademii w jej postępowej wersji, podczas gdy Chałasiński uosabia to, co nowoczesne, próbujące wytworzyć się na nowo. Wizja „uniwersytetu uspołecznionego”, proponowana przez Chałasińskiego, miała zostać wcielona w życie najpierw na gruncie łódzkim, zakładała przekroczenie przedwojennych obciążeń i patologii środowiska naukowego. Chałasiński postulował porzucenie rzemieślniczego modelu pracy naukowej ugruntowanego w hierarchicznym i z natury konserwatywnym układzie mistrz-uczeń oraz likwidację środowiskowych stosunków typowych dla akademickich grup towarzyskich, opartych na wzajemnej uprzejmości i powierzchownym szacunku. Miejsce rytualnych dyskusji zająć miało rzeczywiste zainteresowanie pracą naukową kolegów i ostre, a tym samym twórcze, polemiki. Badania zespołowe, przełamanie izolacji poszczególnych środowisk naukowych i dynamiczna wymiana myśli zaowocują – przekonywał Chałasiński – nie tylko lepszymi wynikami, lecz również przygotują grunt pod przedefiniowanie roli nauki w „nowoczesnym społeczeństwie ludowym”. Jego zdaniem tradycyjny model uniwersytetu – jako zrodzony na gruncie innych stosunków społecznych – był nie do uratowania. Według Chałasińskiego, zreformowany uniwersytet to przestrzeń świadomej służby społeczeństwu i demokracji, nie zaś miejsce realizacji indywidualnych zainteresowań w zamkniętej wspólnocie towarzyskiej.

Powstać miała nowa inteligencja

Zgodnie z zapowiedziami przełamania murów „inteligenckiego getta” inauguracja roku akademickiego 1949/50 odbyła się przed rektoratem, na ulicy, w publicznej przestrzeni miasta. W uroczystości uczestniczyli dodatkowo przedstawiciele łódzkich robotników. Podczas ceremonii Chałasiński mówił: „Robotnicy i Przodownicy pracy, Profesorowie i Pracownicy UŁ, Młodzieży, Obywatele (…) Nieprzypadkowo z naszą uroczystością wyszliśmy poza mury uniwersytetu, na otwarte miejsce publiczne. Zaznaczamy w ten sposób, że z całą świadomością zrywamy z tradycją społecznego izolacjonizmu uniwersytetu, zaznaczamy w ten sposób, że twórcza myśl naukowa włączy się w potężny nurt przeobrażeń naszego polskiego życia we wszystkich jego dziedzinach. Tą manifestacją przełamania izolacji uniwersytetu otwieramy ten nowy rok akademicki”.

Jednocześnie był to ostatni moment przed wdrożeniem reformy nauki, która czyniła z uniwersytetów narzędzia planu sześcioletniego – jak wszystkie elementy gospodarki i społeczeństwa, uczelnie miały prowadzić „przez industrializację ku socjalizmowi”. Wcielana w życie od końca 1949 r. reforma szkolnictwa wyższego oznaczała dla UŁ degradację. Młody, wciąż rozwijający się uniwersytet zakwalifikowano do grupy uniwersytetów prowincjonalnych. Nie bez znaczenia pozostawały trudności, jakie już w 1945 napotkała PPR wśród łódzkich robotników. Znamienny był wymiar symboliczny: uczelnia, która miała być awangardą rewolucji, której powstanie wpisano w wyrównywanie dziejowej niesprawiedliwości, przy pierwszej okazji została zdegradowana.

Reforma obejmowała także parametryzację nauki – uniwersytety musiały wykonywać narzucone przez ministerstwo normy, przyjmować określone kwoty studentów, spełniając proporcje ich pochodzenia społecznego. Między innymi wydajność uczelni, mierzona stosunkiem osób kończących studia do rozpoczynających je, miała wynosić przynajmniej 80%, a więc chciano ją zwiększyć o ponad połowę, mierzono odpad i odsiew studentów, a jednym z parametrów były „studento-godziny”, których rozkład sprawozdawano ministerstwu w ogromnych tabelach. J. Tymowski, historyk zajmujący się szkolnictwem wyższym, nazywa czas po 1947 r. „okresem ilości”. Wszystko po to, aby lepiej planować i przyśpieszyć modernizację kraju.

Studia zostały podzielone na dwa stopnie: praktyczne trzyletnie oraz rozszerzające dwuletnie, po których otrzymywało się stopień magistra. Studenci mieli uczyć się spraw praktycznych, przydatnych w przyszłym życiu zawodowym, i już na studiach nawiązywać kontakt z potencjalnym pracodawcą, na przykład poprzez praktyki w zakładzie pracy czy instytucji publicznej. Wprowadzono zajęcia obowiązkowe, obce wcześniejszemu modelowi uniwersytetu – student miał spędzać na uczelni tyle godzin, ile robotnik w fabryce. Wielogodzinny, obowiązkowy program (zaczęto sprawdzać i egzekwować obecność studenta na zajęciach, czego wcześniej nie było) miał wyrównać szanse klasowe. Przedwojenny model nie wymagał obecności studenta na i tak indywidualnie wybranych zajęciach, ukończenie studiów wiązało się jedynie ze zdaniem egzaminów i obroną pracy magisterskiej.

Jednym z najważniejszych celów było powstrzymanie reprodukcji praktyk przedwojennej akademii, wiele działań skupiało się na młodej kadrze, aby powstrzymać transmisję przedwojennego habitusu akademickiego. Zniesienie habilitacji, centralizacja przyznawania tytułów naukowych, wprowadzenie limitów czasu na pozyskanie kolejnych stopni miały przełożyć się także na tego rodzaju zmianę. Przede wszystkim podkreślano funkcje wychowawcze reformy. Dzięki planowaniu, jedności nauki, nauczania i wychowania na podstawie materializmu dialektycznego, zmianie struktur uczelni i ich podziałów, zespołowym metodom pracy, współzawodnictwu powstać miała nowa inteligencja.

Rozwój łódzkiej uczelni w późniejszych dekadach, nawet jeśli nieadekwatny do powojennych ambicji, miał ogromne znaczenie dla miasta i regionu. Absolwenci wypełniali powojenne braki kadrowe w licznych instytucjach. Całe miasto, przed wojną o najniższym udziale inteligencji i najwyższych wskaźnikach analfabetyzmu, zyskało ponad 10% mieszkańców z wyższym wykształceniem. Te dane pokazują rozmiar modernizacyjnego skoku. W roku 1957 wykształcenie ponadpodstawowe miało już 57,4% łodzian, zaś w 1988, kiedy ludność miasta przekroczyła 850 tysięcy mieszkańców, już 95,8%.

O ile w okresie powojennym mamy do czynienia z projektem modernizacyjnym zakładającym zwiększenie dostępu do szkół wyższych osób z klas pracujących, o tyle rola uniwersytetów podczas realizacji tego projektu była niewielka. Uniwersytety jako instytucje, a w szczególności Uniwersytet Łódzki, nie stały się najważniejszymi miejscami zmiany społecznej, pozostały jedną z najtrudniejszych i najmniej dostępnych ścieżek edukacyjnych. Choć to uniwersytet socjalistyczny pełnił funkcję symbolu demokratyzacji uczelni, nie był miejscem, gdzie się ona dokonywała. Zmiana miała miejsce przede wszystkim na średnim poziomie edukacji. Nowe kadry kształciły się w szkołach zawodowych i technikach, różnego typu szkołach wieczorowych, w mniejszym stopniu na politechnikach. Uniwersytety pozostały więc elitarne. Taka forma kształcenia była dostępna nielicznym, ale jednocześnie dla wielu stanowiła punkt odniesienia i symbol nowo otwartych możliwości.

Artykuł na podstawie książki A. Zysiak, Punkty za pochodzenie. Powojenna modernizacja i uniwersytet w robotniczym mieście, Nomos, Kraków 2016.

Dr Agata Zysiak, socjolog, Instytut Socjologii Uniwersytetu Łódzkiego

Wróć