Zbigniew Drozdowicz

Rys. Sławomir Makal
W kulturze zachodniej funkcjonują osoby, które swoim myśleniem, mówieniem i praktycznym postępowaniem odcisnęły wyraźne piętno nie tylko na im współczesnych, ale także na kolejnych pokoleniach. Dotyczy to również ich funkcjonowania w życiu akademickim. Jedną z takich postaci jest francuski filozof, historyk i literat Wolter (Voltaire).
Urodził się w 1694 r. i do 24 roku życia występował jako François-Marie Arouet. Pisarski pseudonim Wolter przyjął po skandalu wywołanym oskarżeniem regenta o kazirodztwo. Został za to skazany na uwięzienie w Bastylii. Pośrednio przyczyniło się to do zyskania reputacji libertyna (wolnomyśliciela), o którym jego biograf René Pomeau napisał, że „szacunkiem dla czegokolwiek nie grzeszył”, a już z całą pewnością nie dla tej religii, w której był od dziecka wychowywany i w której był kształcony w jezuickim Kolegium Ludwika Wielkiego w Paryżu. Takich osób pozbawionych szacunku dla religii chrześcijańskiej było w XVIII stuleciu więcej. Jednak od wielu innych różnił się Wolter tym, że „nie grzeszył” również brakiem inteligencji oraz uzdolnieniami literackimi, które zapewniły mu mocną pozycję w historii literatury francuskiej. Praktycznie od wczesnej młodości do późnej starości „przelewał” swoje przemyślenia na papier. W efekcie jego dzieła zebrane liczą ponad 50 tomów. Jakie to były przemyślenia? Niełatwo udzielić krótkiej odpowiedzi. Interesował się bowiem różnymi kwestiami, począwszy od ściśle naukowych, po życiowe, z którymi spotykają się nawet osoby niemające żadnego wykształcenia. Czy się znał na nich wszystkich? Na to pytanie już łatwiej udzielić jednoznacznej odpowiedzi. Rzecz jasna nie tylko się na wszystkim nie znał, ale nawet nie mógł się znać, chociażby z tego względu, że miał dosyć skromne wykształcenie. Uzupełniał je samokształceniem. Posiadał przy tym uzdolnienia językowe, samodzielnie opanował biegle języki włoski, hiszpański i angielski. Przywoływany tu biograf twierdzi, że szczególnie znaczący wpływ na jego myślenie miało środowisko francuskich libertynów spotykające się w domu Guillaume’a de Chaulieu w Temple. W każdym razie od nich mógł przejąć przekonanie, że Stary Testament to „nagromadzenie opowieści i bajek”, apostołowie to „naiwni, łatwowierni idioci”, a ojcowie Kościoła to „szarlatani i oszuści”.
Takie słowa jeszcze dzisiaj mogą budzić sprzeciw nie tylko osób wierzących, ale także obojętnych religijnie, mających jednak jako takie rozeznanie w kulturowej roli chrześcijaństwa. Europa zachodnia w XVIII stuleciu była wprawdzie religijnie podzielona, ale przecież w zdecydowanej większości chrześcijańska. Wolter miał zresztą tego świadomość i nie przyznawał się do przytoczonych słów. Pozostawił jednak wystarczająco dużo pism niepozostawiających wątpliwości, że były to również jego przekonania. Rzecz jasna oznaczało to, że drzwi ówczesnych uczelni były dla niego zamknięte. Miały one bowiem charakter wyznaniowy i nikt, kto nie podzielał kultywowanego w nich wyznania, nie tylko nie mógł tam wykładać, ale także studiować.
W tamtym stuleciu sporą popularność w Europie Zachodniej zyskały różnorakie akademie nauk. Jedną z nich była Francuska Akademia Nauk. Czy Wolter miał szansę na dołączenie do grona jej członków? Być może było to możliwe do czasu opublikowania przez niego Listu o akademikach, w którym stwierdził, że „We Francji, żeby zostać członkiem Akademii i pobierać od niej pensję, nie wystarczy być amatorem (!?), trzeba ponadto być uczonym, wywalczyć sobie miejsce wbrew konkurentom tym bardziej groźnym, że siłę swoją czerpią oni z żądzy sławy, zysku, z pokonywania trudności i z tej nieugiętości ducha, jaką zdobywa się zwykle w żmudnych studiach matematycznych”. Wolter nie miał zamiłowania do takich studiów. Nie przeszkadzało to mu jednak wypowiadać się tak, jakby posiadał dobre przygotowanie matematyczne. Rzecz jasna nie mogło to mu również otworzyć drzwi do występującej pod nazwą Londyńskiego Towarzystwa Królewskiego angielskiej akademii nauk. Tam bowiem głos decydujący należał do takich uczonych jak Izaak Newton. W tym samym Liście napisał Wolter zresztą, że to towarzystwo „grzeszy brakiem dwóch nieodzownych rzeczy: wynagrodzeń pieniężnych i organizacji”; a był on „wrażliwy” zwłaszcza na te pierwsze (w wyniku zręcznych spekulacji giełdowych zgromadził zresztą spory majątek).
Warto jeszcze odnotować, że Wolter był mistrzem krótkiej i złośliwej riposty, jaką stanowiły pisane przez niego epigramaty. „Bohaterem” jednego z nich uczynił cenionego w tamtych czasach przyrodnika Pierre’a Louisa de Maupertuis. W świetle tego utworu (stanowiącego rymowany czterowiersz) prorok Jeremiasz wylał wiele łez za swojego życia, bowiem przewidział narodzenie się tego uczonego. Rzecz jasna ugruntowywało to reputację Woltera jako osoby, która nie ma szacunku dla nikogo i niczego.
W laickiej Francji Wolter jest obecny nie tylko w nazwach ulic i placów, ale także pojawia się jako patron niejednej szkoły. W obiegu międzynarodowym pamięć o jego dokonaniach rozwija i utrwala afiliowana przy Uniwersytecie Oxfordzkim Fundacja Wolteriańska (Voltaire Foundation for Enlightenment Studies). Z jej strony internetowej można się m.in. dowiedzieć, że jest ona „światowym liderem w dziedzinie badań nad XVIII wiekiem” oraz że „pisma Voltaire’a i innych uczonych osiemnastego wieku były przełomowe w tworzeniu dzisiejszych systemów politycznych i społecznych. Myśliciele oświeceniowi byli orędownikami racjonalnego myślenia, dociekań naukowych, ciekawości intelektualnej i rozdziału Kościoła od państwa, które są teraz bardziej istotne niż kiedykolwiek”. Dokonania edytorskie fundacji („wspólne z partnerami wydawniczymi Liverpool University Press oraz Oxford University Studies in the Enlightenment”), to nie tylko Complete Works of Voltaire (Œuvres complètes de Voltaire), ale także ponad 600 tomów innych dzieł. W naszym kraju od 2000 roku funkcjonuje portal internetowy Racjonalista „prowadzony przez środowisko polskich antyklerykałów, wolnomyślicieli i racjonalistów”, określany przez jego twórców „Portalem Wiedzy i Myśli” oraz mianem „Ośrodka Racjonalistyczno-Sceptycznego im. de Voltaire’a”. W ostatnich kilku latach w Bibliotece Kwartalnika Kronos ukazały się trzy zbiory pism wybranych Woltera. Można zatem z pełnym przekonaniem powiedzieć, że jest on nie tylko postacią historyczną, ale także na swój sposób nieustannie obecną we współczesnej kulturze.
W środowisku akademickim od dłuższego czasu ma miejsce wielki spór zwolenników kreacjonizmu ze zwolennikami ewolucjonizmu. Po obu stronach zaangażowane są spore siły przedstawicieli różnych nauk z różnych ośrodków akademickich na świecie. Wśród tych pierwszych znajdują się nie tylko teolodzy, ale także filozofowie i fizycy teoretyczni. Natomiast wśród tych drugich nie tylko biolodzy ewolucyjni, lecz również filozofowie i logicy. Podejścia jednych i drugich do religii są jednak mocno zróżnicowane, począwszy od tych, którzy szukają jakiegoś kompromisu, a skończywszy stawiających sprawę na „ostrzu noża” i uważających, że w nauce nie może być miejsca na żaden kompromis. Do tych ostatnich należy biolog ewolucyjny Richard Dawkins (do przejścia na emeryturę w 2008 r. profesor Uniwersytetu Oxfordzkiego), autor m.in. książki pt. Bóg urojony. W świetle tego dzieła Bóg każdej religii jest urojeniem, a religia stanowi „niebezpieczny nonsens, który uczy wrogości wobec innych ludzi”. Uzupełnieniem tych generalnych tez są różnego rodzaju żarty i złośliwości pod adresem zwolenników kreacjonizmu. Takie chociażby jak porównanie prawdopodobieństwa stworzenia świata przez Boga z prawdopodobieństwem cudownego połączenia się wszystkich części Boeinga 737, który rozbił się w katastrofie lotniczej. W licznych wypowiedziach publicznych starał się wykazać irracjonalność nie tylko wiary w boski kreacjonizm, ale także tego, że Jezus zamienił wodę w wino, chodził po wodzie, że matka Jezusa była dziewicą, Mahomet rozdzielił księżyc a Łazarz został wskrzeszony z martwych itp. Z RichardDawkinsTwitter można się dowiedzieć, że „śmiech jest właściwą odpowiedzią na takie przekonania”. Rzecz jasna dużo łatwiej z czegoś się śmiać niż prowadzić poważne dyskusje ze zwolennikami kreacjonizmu. Nie twierdzę, że uprawianiu nauki powinna towarzyszyć pogrzebowa powaga. We wszystkim jednak trzeba znać odpowiednią miarę i stosować ją w odpowiedni sposób.
Jak wygląda obecność wolterianizmu w naszych realiach akademickich? Problem nawet nie w tym, że dzisiaj jest wielu czytelników jego licznych dzieł. Można nawet powiedzieć, że w Polsce osób sięgających po te dzieła jest stosunkowo niewiele. Ci, którzy jednak od czasu do czasu się z nimi zapoznają, bez większego trudu mogą się zorientować, że zmierzają one do tego samego celu, tj. ośmieszenia zastanych wierzeń religijnych i podważenia istniejących autorytetów, a stosowane są w nich takie same lub bardzo podobne chwyty retoryczne (z powiedzeniem czegoś „za”, ale w gruncie rzeczy „przeciw” na czele). Nawet w pismach, które mają tradycyjne tytuły filozoficzne (np. Traktat metafizyczny) już po kilku pierwszych stronach można się zorientować, że nie ma tam i być nie może miejsca na żadną metafizykę. Ta bowiem kojarzyła się Wolterowi wyłącznie z irracjonalnością. Jakaś nauka jednak wypływa nawet z pobieżnej lektury jego dokonań pisarskich, chociażby taka, że można wielokrotnie powielać te same myśli i stosować te same chwyty retoryczne i mimo tego zyskać miano wielkiego filozofa, literata i znawcy wszystkiego, co znać powinien każdy racjonalnie myślący człowiek. Stosowany przez niego sposób „cudownego” rozmnażania publikacji dzisiaj nazywa się „autoplagiatem”. Jak zwał, tak zwał. Nie przeszkadza to przecież tym, którzy naśladują ten stosunkowo prosty sposób powiększania swojego publikacyjnego dorobku, najpierw publikując kilka artykułów, później łącząc je w monografię naukową, a jeszcze później publikując ją w obcym języku w całości lub tylko we fragmentach. Na każdym z tych etapów można objętościowo powiększyć publikacyjny dorobek, „wzbogacając” poszczególne pozycje o przyczynkarskie dywagacje autora. Jest to również po wolterowsku.
Wolterowski jest także sposób wypowiadania się, jakby się było „specjalistą od wszystkiego”, a przynajmniej w ramach dyscypliny naukowej, w której otrzymało się stopień naukowy. W czasach wąskich specjalizacji taka osoba nie jest wprawdzie traktowana zbyt poważnie w środowisku akademickim, jednak w mediach – czemu nie? Można nawet powiedzieć, że w telewizji istnieje zapotrzebowanie na „twarze”, które potrafią w stosunkowo prosty sposób objaśnić najbardziej złożone problemy. Znam przypadek etyka starszego pokolenia, któremu w pożegnalnej rozmowie powiedziano wprost: „Panie profesorze, mówi pan zbyt skomplikowanie”. W efekcie tacy akademicy często opowiadają przed kamerą banały, które wprawdzie dobrze świadczą o umiejętności dostosowania się do sytuacji, ale stawiają pod znakiem zapytania ich naukowe stopnie. W środowisku akademickim funkcjonują m.in. osoby, które posiadają naturalną potrzebę zabierania głosu i mają wyrobioną opinię nawet w kwestiach, w których się słabo orientują. Rzecz jasna, można poprzestać na ustaleniu różnicy stanowisk. Do tego jednak potrzebny jest nie tylko samokrytycyzm, ale także gotowość do uznania, że inni również mogą mieć rację. Ani tym pierwszym, ani też tym drugim „nie grzeszył” Wolter. Czy „grzeszą” tym współcześni uczeni, którzy mają wprawdzie poważne osiągnięcia naukowe, ale przestali już nadążać za postępami w nauce? Na to pytanie powinni odpowiedzieć przede wszystkim oni sami. Tutaj jedynie tytułem przykładu przypomnę, że trudno było się z tym pogodzić nawet tak wielkiemu uczonemu jak Albert Einstein w okresie, kiedy stał się – jako to określili jego biografowie Roger Highfield i Paul Carter – „kapłanem w świątyni” wiedzy, jeśli nawet nie naukowej, to przynajmniej takiej, na jaką jest zapotrzebowanie w mediach (zdaniem przywołanych biografów uczony ten „swą nagłą sławę zawdzięczał krzyczącym nagłówkom gazet angielskich i amerykańskich”).
Od wielu lat Wolter i wolterianizm stanowią dla mnie swoiste intelektualne wyzwanie. Wypowiadałem się na ten temat wielokrotnie i zawsze pozostawały pytania, na które nie potrafiłem sobie i innym odpowiedzieć. Wątpliwości nie miałem i nie mam jednak co do tego, że filozofia Woltera nie jest zbyt głęboka, a stosowane przez niego sposoby wyrażania poglądów i ocen już dawno doczekały się gruntownych i przekonywujących analiz specjalistów. Pozostaje jednak fundamentalne pytanie: z czego bierze się jego tak znaczący wpływ na kulturę zachodnią? Przedstawione w tych rozważaniach sugestie mogą być co najwyżej głosem w dyskusji na ten temat.
Wróć