logo
FA 1/2025 informacje i komentarze

Andrzej Jajszczyk

Klęska polityki otwartego dostępu

Klęska polityki otwartego dostępu 1

Prof. dr hab. inż. Andrzej Jajszczyk, wykładowca AGH, członek PAN, były wiceprzewodniczący ERC, laureat Nagrody FNP, pierwszy dyrektor NCN i były wieloletni dyrektor ds. czasopism IEEE Communications Society, redaktor naczelny IEEE Communications Magazine pisze o tym, jak na naszych oczach ponosi klęskę polityka otwartego dostępu.

Niedawna uchwała Rady Narodowego Centrum Nauki dotycząca odstąpienia tej agencji od Planu S wywołała dyskusję na temat polityki otwartego dostępu w ogóle. Pojawiły się głosy kwestionujące tempo i szczegóły wdrażania tej polityki, jak np. w artykule Janusza Bujnickiego (FA 12/2024). Krytycy jednak na ogół zastrzegają, że model OA uznają w zasadzie za właściwy. Jednocześnie słyszymy wiele głosów w całej rozciągłości popierających Plan S. Moje stanowisko jest jednoznaczne: polityka otwartego dostępu od początku była błędna i przyniosła światu nauki więcej strat niż korzyści. Postaram się to w tym tekście uzasadnić.

Piękne założenia

Jednym z głównych argumentów za możliwością korzystania przez wszystkich z bezpłatnego dostępu do publikacji naukowych było to, że większość z nich powstała w wyniku finansowania badań ze środków publicznych, a więc nie powinni na nich zarabiać komercyjni wydawcy, a bezpłatny dostęp winny mieć szerokie kręgi społeczeństwa. Ta ładnie brzmiąca teza ma jednak dwie zasadnicze słabości. Po pierwsze, naiwne jest oczekiwanie, że szerokie rzesze będą czytać teksty hermetyczne i na ogół trudne do zrozumienia nawet przez specjalistów, szczególnie w kraju, gdzie, według badań OECD, blisko 40% dorosłych obywateli nie rozumie tego, co czyta, a kolejne 30% rozumie w niewielkim stopniu; ponad 20% Polaków nie czyta w ogóle, choćby pojedynczego artykułu w brukowcu. Oczekiwanie to wynika częściowo z tego, że część osób, nawet profesjonalnie związanych z instytucjami naukowymi, nie rozróżnia publicystyki od prac naukowych. Warto także pamiętać, że osoby zainteresowane, również spoza świata naukowego, mogą korzystać z powołanych do tego bibliotek. Po drugie, jak mówią Amerykanie, nie ma darmowych obiadów. Koszty rzetelnego recenzowania i wydawania prac naukowych są znaczące i ktoś musi je ponieść. W otwartym dostępie ponoszą je naukowcy, zatrudniające ich instytucje bądź finansowane na ogół z pieniędzy podatników agencje grantowe.

Patologia opłat OA

Koszty publikowania w formule otwartego dostępu w renomowanych czasopismach naukowych są na ogół bardzo wysokie. Korzystają na tym czasopisma słabsze bądź wręcz drapieżne, oferując niższe opłaty. Prowadzi to do tego, że często kryterium wyboru miejsca publikowania wyników badań nie jest reputacja czasopisma, znanego na przykład z rzetelnego procesu recenzyjnego, ale koszt opublikowania. Pewien dyrektor renomowanej krajowej instytucji badawczej oświadczył mi ostatnio wprost, że zachęca pracowników do publikowania w popularnych wśród polskich pracowników nauki czasopismach drapieżnych, „bo tam jest najtaniej, a NCN wymaga do rozliczenia grantu publikacji w czasopiśmie z otwartym dostępem”. Kryterium ceny jest zabójcze dla globalnego wizerunku uprawianej w Polsce nauki i utrudnia konfrontację powstających u nas prac ze światową czołówką. Warto dodać, że naukowcy publikujący w słabych czasopismach OA, poza incydentalnymi przypadkami, zamykają sobie drogę na przykład do grantów ERC czy staży naukowych w cenionych jednostkach poza naszym krajem.

Polityka otwartego dostępu jest też skrajnie niesprawiedliwa. Jak już pisałem kilka lat temu (FA 9/2020), opłaty w czasopismach OA są na tyle duże, że uniemożliwiają publikowanie naukowcom prowadzącym badania w krajach niezbyt zasobnych. Gdy zaczynałem pracować naukowo, Polska należała do tej grupy. W bibliotece mojej uczelni brakowało wielu ważnych czasopism, ale zawsze mogłem prosić autorów artykułów o przysłanie bezpłatnej odbitki ich pracy. Jednak publikować mogłem wszędzie. Gdyby model otwartego dostępu obowiązywał wtedy, musiałbym zapewne zapomnieć o uprawianiu nauki. Usiłowałem już przed laty namówić Roberta-Jana Smitsa, odpowiedzialnego wówczas w Komisji Europejskiej za sprawy otwartego dostępu oraz jednego z głównych twórców i propagatorów Planu S, by stworzyć specjalny europejski fundusz wspierający w tym zakresie potrzebujących naukowców, nawet gdy pracują w krajach spoza Unii. Nic takiego się jednak nie stało. Co prawda niektóre wydawnictwa deklarują zwolnienia z opłat bardzo dobrych artykułów, gdy ich twórcy pochodzą z mniej zasobnych krajów bądź instytucji, ale działania te mają bardzo niewielką skalę.

Swoją drogą cenne byłoby przeprowadzenie rzetelnych badań porównawczych na temat rzeczywistych kosztów ponoszonych przez podatników, związanych z opłatami w otwartym dostępie i kosztami opłat subskrypcyjnych w modelu tradycyjnym. Wydaje się, przynajmniej z mojej perspektywy pracownika naukowego, że otwarty dostęp bardziej drenuje nasze kieszenie.

Problem jakości

Szerokie wprowadzenie polityki otwartego dostępu obniżyło, moim zdaniem, jakość publikowanych prac naukowych, jeśli wziąć pod uwagę wszystko, co się publikuje. Słyszy się głosy, że model publikowania nie ma wpływu na jakość, a zależy od innych czynników, w tym przede wszystkim od polityki redakcyjnej. Nie zgadzam się z tą opinią. Przeciwnie, redaktorzy naczelni, którzy rozliczani są w dużej mierze z przychodów, jakie przynosi czasopismo, skłaniają się do zróżnicowanych zachowań w zależności od przyjętego modelu biznesowego. W przypadku czasopism wydawanych tradycyjnie przychód bierze się głównie z liczby sprzedanych subskrypcji bądź sprzedanych za pośrednictwem Internetu pojedynczych artykułów. To zaś zależy głównie od długoterminowej reputacji czasopisma i znaczenia oraz aktualności artykułów, a także liczby naukowców pracujących w danym obszarze. W czasopismach z otwartym dostępem liczy się najbardziej liczba przyjętych artykułów. Oczywiście, także w tym przypadku długofalowo należy dbać o jakość, bo czasopismo ryzykuje utratę chętnych do publikowania. Ale stanowisko redaktora może być zagrożone, gdy sito selekcyjne jest zbyt gęste. Nietrudno zauważyć, że redaktorzy czasopism subskrypcyjnych są rozliczani przede wszystkim z dbania o długofalową jakość, a redaktorzy czasopism z otwartym dostępem z liczby przyjętych artykułów. To ostatnie widać szczególnie w przypadku czasopism drapieżnych.

Czasopisma z otwartym dostępem często kuszą potencjalnych autorów bardzo krótkimi czasami recenzowania i publikowania. Trudno mi uwierzyć, że te krótkie czasy recenzowania nie wpływają negatywnie na jakość ocen, mimo podkreślania tego przez redakcje. W większości dyscyplin nie da się napisać rzetelnej recenzji artykułu naukowego w ciągu dwóch tygodni. Mówimy tu o recenzowaniu przez uznanych ekspertów w swoich dyscyplinach, którzy są prawie zawsze osobami bardzo zajętymi. Warto dodać, że ci najlepsi rzadko zgadzają się na recenzowanie prac w czasopismach o wątpliwej reputacji, w których tak lubią publikować niektórzy nasi naukowcy.

Żyła złota

Opłaty za publikowanie w otwartym dostępie to prawdziwa żyła złota dla wydawców. Ujawniane niekiedy liczby dotyczące kosztów finansowania takich opłat w przypadku niektórych czasopism przyprawiają o zawrót głowy. Jak intratny jest to biznes, świadczy lawinowy wysyp nowych czasopism, w których można „wykupić” opublikowanie artykułu. Interes zwęszyły nawet wydawnictwa najbardziej renomowane, na przykład z grupy „Nature” czy „IEEE”, które rozpoczęły wydawanie czasopism w otwartym dostępie o wyraźnie rozluźnionych wymaganiach jakościowych, takich jak, odpowiednio „Scientific Reports” czy „IEEE Access”. Dorabia się do tego nawet odpowiednią ideologię, przekonując, że należy także publikować prace przyczynkarskie, mniej odkrywcze, czy nawet wyniki nieudanych eksperymentów naukowych, bo pozwala to na uniknięcie przez innych naukowców powtarzania badań mało wartościowych bądź zakończonych porażką. Jakkolwiek argumenty te mają pewną wagę, to warto zauważyć, że publikowane w ten sposób artykuły zaśmiecają przestrzeń publikacji naukowych, utrudniając naukowcom odróżnianie ziarna od plew i poszukiwanie wyników naprawdę ważnych. Do publikowania wyników negatywnych wystarczyłyby czasopisma o charakterze „Letters”, w których teksty nie przekraczałyby objętości jednej bądź dwóch stron.

Zyski generowane przez czasopisma publikujące w otwartym dostępie są tak duże, że nie dziwi zaciekła obrona tego modelu publikowania wtedy, gdy pojawi się jakakolwiek jego krytyka. Mam nieodparte wrażenie, że spora część artykułów w obronie OA jest wynikiem nieuczciwego lobbingu wydawców czy też naukowców, którzy w tego typu czasopismach znaleźli sobie ciepłą publikacyjną przystań.

AI i inne

Jednym z argumentów za modelem otwartego dostępu do publikacji naukowych jest także to, że jego istnienie ułatwia zbieranie informacji przez oprogramowanie sztucznej inteligencji. Moim zdaniem to także argument chybiony. Taki nieograniczony i słabo kontrolowany dostęp ułatwia po prostu kradzież własności intelektualnej. W modelu subskrypcyjnym można stosunkowo łatwo stworzyć mechanizmy dostępu przez AI do treści publikacji, jednocześnie gwarantując zabezpieczenie praw autorskich.

Niezależnie od argumentacji podanej powyżej, nie sądzę, by możliwe było odejście od modelu otwartego dostępu i powrót do systemu subskrypcyjnego. W tle są zbyt duże pieniądze. Niestety, otwarty dostęp oraz złe – ilościowe – systemy ewaluacji naukowców i jednostek naukowych to mieszanka wybuchowa prowadząca do obniżenia poziomu badań, a także obciążenia naukowców dodatkowymi obowiązkami wynikającymi z konieczności nawigowania w skomplikowanej przestrzeni wymagań agencji grantowych dotyczących OA. Jako środowisku naukowemu pozostaje nam wyłącznie merytoryczne, jakościowe ocenianie prac i dorobku naszych koleżanek i kolegów, a także zachęcanie młodych adeptów nauki do wybierania rzetelnej, a niekoniecznie najłatwiejszej, ścieżki rozwoju naukowego.

Wróć