Łukasz Wolański

Rys. Sławomir Makal
E-learning, kształcenie na odległość, edukacja zdalna, dLearning (distance learning) czy w końcu studia online, przez Internet albo „z domu” – to przykładowe określenia, które choć w ścisłym sensie różnią się między sobą zakresem znaczeniowym, to jednak powszechnie uważane są za synonimy służące opisaniu sposobu organizacji nauczania niewymagającego fizycznej obecności studentów w murach uczelni ani ich bezpośredniego kontaktu ze sobą oraz wykładowcami. Rosnąca popularność owych studiów online to efekt rozwoju możliwości technologicznych i zachodzenia przemian społecznych. Współcześnie uczymy się nieustannie, godząc życie rodzinne i pracę zawodową z kolejnymi kursami czy studiami. E-learning bardzo to ułatwia. Pozwala uniknąć barier związanych z odległością między miejscem zamieszkania słuchacza a uczelnią: zredukować czas dojazdów i zaoszczędzić na ich kosztach. Krótko mówiąc, może być szybciej, taniej i wygodniej. A skoro nie brakuje przykładów takiego prowadzenia studiów za granicą, z roku na rok przybywa i u nas chętnych do kształcenia się przez Internet.
Zanim jednak pochylimy się nad tym, jak w ogóle powinno wyglądać kształcenie na odległość, trzeba sobie powiedzieć jasno: jest to forma zajęć, która dla pewnych przedmiotów, a być może nawet i całych kierunków studiów, nie jest i nigdy nie będzie adekwatna. W przypadku przedmiotów praktycznych, mających wykształcić umiejętności posługiwania się np. specjalistycznym sprzętem czy nauczyć pracy w specyficznych warunkach, nie da się osiągnąć założonych celów kształcenia metodami e-learningowymi. Nic nie zastąpi doświadczenia osobistej pracy w specjalistycznym laboratorium czy udziału np. w sekcji zwłok. W ogóle zajęcia wymagające czynnego zaangażowania studentów, nazywane zwykle ćwiczeniami, seminariami czy konwersatoriami, choć udaje się je zrealizować zdalnie, robione rzetelnie wymagają bardzo dużego nakładu pracy. Pozornie najprościej jest z wykładami, choć w ich przypadku nie musi to być trywialne.
Rzetelnie zrealizowana zmiana formy prowadzenia zajęć ze stacjonarnych na online wymaga sporej pracy i jeszcze więcej samodyscypliny, zarówno po stronie prowadzących, jak i studentów. Trudno się dziwić, że większość publicznych i akademickich szkół wyższych raczej niechętnie wprowadzała możliwość uczestniczenia w zajęciach zdalnie. Oczywiście głównie z lenistwa i ogólnej niechęci do zmian. Jednak nie brakowało też głosów wyrażających słuszne przekonanie, że to, co mogłoby stanowić dla akademii przepustkę do wymarzonej nowoczesności w sferze edukacji, może również stać się festiwalem bylejakości i ignorancji. Bardzo dużo zależy tu od motywacji, jaką kierują się studenci. Czy poszukują miejsca, które rzetelnie ich wykształci, czy może jakość nauczania jest na dalszym planie, a kluczowe jest uzyskanie dyplomu przy możliwie niskim nakładzie pracy.
Okres niedawnej pandemii COVID-19 spowodował pewien przełom, stawiając rektorów i dziekanów nawet tzw. poważnych uczelni pod ścianą. W większości przypadków ulegli oni naciskom i również tam, gdzie dotąd było to zupełnie nie do pomyślenia, ruszyły zajęcia częściowo lub całkowicie zdalne. Zwykle bez wystarczającego przygotowania. Oczywiście taka organizacja studiów miała trwać tak długo, jak długo będzie to konieczne z powodu okoliczności zewnętrznych. Niezależnie jednak od powodów był to precedens. Istotny o tyle, że raz otwarte drzwi trudno potem zamknąć. Tym bardziej że napiera na nie tłum żądający, by z dotąd kryzysowych rozwiązań uczynić nowy standard.
Wspomniany czas pandemii zmienił również akademicką mentalność. To, że podczas covidowego szaleństwa zdarzało się, iż w formie zdalnej „odbębniano” zajęcia, które zupełnie się do tego nie nadawały – byleby tylko się odbyły – nie wzięło się z niczego. Wszystko skupiało się na tym, by za wszelką cenę umożliwić studentom ukończenie studiów „na czas”. Wszak to nie ich wina, że jest pandemia. Dlaczego więc mieliby studiować dłużej? Przecież to byłaby kara (sic!). No i przede wszystkim kto miałby wziąć na siebie konsekwencje wynikające z ewentualnego wydłużania toku studiów? Brak odwagi, pragmatyzm, obawa o konsekwencje i poczucie, że społeczeństwo oczekuje wygodnego dla studentów rozwiązania (czyli właściwie szantaż emocjonalny) okazały się bardzo skuteczne.
Czy to źle, że kierowano się współczuciem dla studentów? Nie, jak najbardziej należy wspierać osoby, których nauka musi trwać dłużej, niż wynika to z nominalnego planu studiów. A już szczególnie, gdy dzieje się to za sprawą niezawinionych okoliczności: bo ktoś jest osobą z niepełnosprawnością, poważniej zachorował, ma trudności rodzinne czy finansowe albo zdarzenie losowe uniemożliwia prowadzenie studiów przez dłuższy czas. Ale należy to robić na inne sposoby. Warunek bowiem wydania dyplomu powinien zawsze i bezwzględnie być jeden: osiągnięcie wszystkich zaplanowanych efektów kształcenia. Bez wyjątków, niezależnie od okoliczności! Podstawowym problemem nie jest więc to, w jakiej formie – zdalnej czy stacjonarnej – odbywają się zajęcia. Dużo istotniejsza jest kwestia weryfikacji efektów kształcenia, która zawsze powinna być obiektywna i skuteczna.
Nawet na renomowanych uczelniach zdarzało się jednak niekiedy inaczej, przez co struna akademickiej tolerancji dla różnych nierzetelności była naciągana czasem do granic możliwości. A ponieważ stan ten nie był chwilowy, uczestnicy akademickiego kształcenia oraz część prowadzących po prostu się przyzwyczaili. Nadzwyczajny nowy porządek zaczął jawić się jako nowoczesna norma. A wśród chętnych do studiowania pojawiła się wyraźna tendencja do oczekiwania, aby nawet całość studiów można było zrealizować zdalnie. To oczywiście nie przypadek – utrwalane przez lata sposoby powierzchownej (i dla wszystkich wygodnej) kontroli efektów nauczania wytworzyły równię pochyłą, po której ciągle powoli się zsuwamy. Tak to cała ręka została wzięta w odpowiedzi na podany z przymusu palec.
To, co powodowało opory na „poważnych” uczelniach, rychło stało się sposobem na życie tych „mniej poważnych”. To tam pandemiczne kryzysowe prowizorki ustanowiono standardem. Między innymi dlatego można w Polsce – i to na co najmniej kilkunastu uczelniach – ukończyć realizowane w pełni zdalnie studia podyplomowe z fizyki, chemii czy biologii. Można dzięki nim zostać nauczycielem tych przedmiotów, nie osiągnąwszy w ogóle umiejętności przeprowadzania eksperymentów i pracy w laboratorium. Znamienne, że ów stan rzeczy nikomu z władz nie przeszkadza. Tych samych, które przez szereg kolejnych programów ministerialnych przekazywały szkołom znaczne środki na wyposażanie ich pracowni w różne pomoce i przyrządy. Te zaś w wielu miejscach pozostaną nieużywane przez wiele lat.
Temat takich uczelni, nie bez powodu nazywanych drukarniami dyplomów (FA 1/2024), zostawmy sobie na inny raz. Skupmy się na tym, jak się w takich miejscach studiuje zdalnie. Szybka kwerenda w internecie oraz kilkanaście rozmów z różnymi znajomymi – słuchaczami lub absolwentami takich form zdalnego nauczania – ujawnia obraz mocno niepokojący. Są uczelnie, na których studiowanie z domu, „zawsze w dogodnym czasie” polega na otrzymaniu w elektronicznej formie skryptów lub innych materiałów do nauki własnej. Często są one mizernej jakości. Bywa, że już na pierwszy rzut oka widać, iż naruszają prawa autorskie albo zawierają treści jedynie „wikipedyczne”. Udaje się to jednak ukryć, bowiem wszystkie dostępne są jedynie dla zalogowanych studentów. W ciut bardziej zaawansowanym wydaniu otrzymujemy bazy wiedzy zawierające animacje i filmiki z wyjaśnieniami. Niekiedy nagrane jakiś czas temu wykłady do samodzielnego odtwarzania. Wszystkim tym materiałom przypisuje się w dokumentach szacunkową liczbę godzin zajęciowych. Ciekawie wygląda weryfikacja osiągnięć studentów i słuchaczy. Przedmioty zaliczane są zarówno za obecność („odklikanie kolejnych stron”, „bycie zalogowanym podczas transmisji wykładu”), jak i zdanie testów przeprowadzanych online. Odbywają się one automatycznie, bez zapewnienia jakichkolwiek warunków kontrolowanej samodzielności. Zresztą i tak zwykle można je powtarzać „do skutku”. W skrajnych przypadkach istnieją przedmioty, które się realizuje i zalicza, choć nie mają one de facto żadnego prowadzącego. I tak kolejne roczniki klientów danej drukarni dyplomów „przeklikują” studia. To jedna z tajemnic nadprzeciętnej dydaktycznej efektywności takich szkół wyższych.
Bieżący stan rzeczy nie pozostawia wątpliwości. Podobnie jak same studia podyplomowe (FA 12/2024), tak i kształcenie na odległość pilnie wymaga legislacyjnego uporządkowania. W warstwie formalnej można to zresztą zrobić łatwo. Z pewnością jednak nie może się to ograniczać jedynie do obowiązku podania (np. na świadectwie ukończenia studiów podyplomowych) liczby godzin zajęć, jakie były „prowadzone z wykorzystaniem metod i technik kształcenia na odległość”, który wprowadzono rozporządzeniem ministra z 18 lipca 2024 r. Bowiem określenie tego typu zajęć jest tu szerokie i nieprecyzyjne. Sugeruje też, że problemem jest sama forma. Tymczasem clou problemu leży gdzie indziej, stanowi je przede wszystkim to, że owo kształcenie zdalne przyjmuje nierzadko karykaturalny kształt. Brak też jest rzetelnej kontroli wiedzy i umiejętności zdobywanych w jego trakcie. Ten ostatni problem coraz częściej dotyczy również „poważnych” uczelni.
Jak powinno być w takim razie zorganizowane kształcenie na odległość w warunkach akademickich i w jakim zakresie prawo powinno to regulować? Przede wszystkim możliwość prowadzenia zajęć zdalnych powinna być ograniczona jedynie do takich przedmiotów, których treści kształcenia można w takich warunkach rzetelnie przekazać. Przepisy powinny więc jasno wskazywać, jakich zajęć nie wolno prowadzić w takiej formie. Trzeba też doprecyzować, jakie formy kształcenia na odległość i pod jakimi warunkami mogą być uznane za zajęcia zorganizowane na uczelni, a więc wliczać się do tzw. godzin zajęć wykazywanych na świadectwach i dyplomach. Swoją drogą generuje to też pewne problemy dla kadry. Każda godzina zajęć zorganizowanych, w których student uczestniczył, a która jest wykazywana w jego dokumentacji studiów, powinna mieć przypisanego prowadzącego, któremu zalicza się ona do pensum. Skala jednak malwersacji w tym zakresie, niekiedy nieudolnie legitymizowanych różnymi rektorskimi okólnikami, też jest niemała.
W każdym razie wiele wniosków już teraz można wyciągnąć z obowiązującego w Polsce Europejskiego Systemu Transferu Punktów (ECTS). Dla porządku i unikania reinterpretacji przepisów w kierunku obniżającym jakość kształcenia należałoby jednak poszerzyć go o dosłownie kilka drobnych elementów. ECTS służy przypisywaniu określonej liczby punktów danym przedmiotom, proporcjonalnie do całkowitego nakładu pracy (CNPS), jaki poniósł student, aby go zaliczyć. Na ten CNPS składa się uczestnictwo w zajęciach zorganizowanych na uczelni (ZZU) oraz w pozostałym czasie praca własna studenta (PWS). Jeden punkt ECTS oznacza około 25-30 godzin CNPS. W 14-15-tygodniowym układzie zajęć w semestrze oznacza to około 2 godziny tygodniowo. Dla przykładu: jeśli w suplemencie do dyplomu wykazany jest przedmiot realizowany w wymiarze 30 godzin w semestrze, któremu przypisano 3 punkty ECTS, to oznacza, że pozytywne zaliczenie tego kursu wymagało od studenta średnio 2 x 3 = 6 godzin CNPS tygodniowo. Obejmuje on 30 : 15 = 2 godziny ZZU oraz pozostałe 6 – 2 = 4 godziny PWS.
Warto zauważyć, że sama liczba punktów ECTS określa pośrednio to, jak wiele treści kształcenia obejmuje sobą dany przedmiot. Istnieje bowiem naturalna korelacja między czasem osiągania przez studenta efektów kształcenia, a ich liczbą oraz charakterem. Z kolei informacja o tym, jaka część CNPS to ZZU wskazuje, w jakim stopniu kształcenie odbywało się w formie zorganizowanej, czyli zajęciowej. I tak, jeśli zajęciom z wychowania fizycznego przypisano 2 punkty ECTS i 30 godzin ZZU w semestrze, to jest jasne, że nie przewiduje się w ogóle czasu na PWS. A więc takie zajęcia powinny być możliwe do zaliczenia za samo aktywne w nich uczestniczenie. Jeśli z kolei porównamy takie same studia prowadzone w formie stacjonarnej i niestacjonarnej, którym przypisano identyczne efekty kształcenia, to powinny one mieć praktycznie identyczną liczbę punktów ECTS, gdyż osiągnięcie tych samych efektów wymaga zbliżonego CNPS. A jednak w przypadku studiów stacjonarnych liczba godzin ZZU będzie znacznie wyższa niż dla studiów niestacjonarnych. To oznacza, że student kształcący się w tej drugiej formie powinien włożyć w ich ukończenie dużo więcej swojej PWS niż w formie pierwszej. Co więcej, gdyby chcieć utworzyć eksternistyczny tryb studiów, należałoby poszczególnym przedmiotom nie przypisywać wcale ZZU, CNPS w całości stanowiłaby odpowiednio większa liczba godzin PWS.
Zapewne ten przydługi wywód znużył Szanownego Czytelnika. Być może zmusił też do uważniejszego albo powtórnego przeczytania niektórych stwierdzeń. Był on jednak niezbędny, aby móc w kolejnym kroku dobrze zrozumieć, że nie każda forma e-learningu może stanowić zajęcia zorganizowane. Jest to teza kluczowa.
Wydaje się oczywiste, że tym, co stanowi o swoistej tożsamości ZZU, jest ich zorganizowany charakter, a więc zbiorowy, realizowany pod kierownictwem odpowiednio wykwalifikowanego nauczyciela akademickiego. A skoro tak, to również zajęcia zdalne, by móc zaliczać się do ZZU, powinny mieć charakter synchroniczny i realnie angażować w swój przebieg uczestników. Za takie można by uznać prowadzone na przykład za pomocą odpowiedniego oprogramowania ćwiczenia, w trakcie których prowadzący i studenci widzą się i słyszą w czasie rzeczywistym, aktywnie i wspólnie rozwiązując przygotowane przez prowadzącego zagadnienia. Te same zajęcia przekazane już kolejnemu rocznikowi jako samo nagranie (pomijając kwestie prawne udostępnienia wizerunku studentów bez ich zgody), nie powinny być traktowane jako zajęcia zorganizowane, a jedynie pomoc służąca ewentualnie pracy własnej studenta. Tak samo zresztą jak przeczytanie wskazanych przez prowadzącego podręczników, lektur, skryptów czy opracowań, czas poświęcony na zapoznanie się z przekazanymi nagraniami wykładów, filmami, prezentacjami i innymi multimediami oraz uczenie się z wykorzystaniem portali i aplikacji edukacyjnych, animacji i zdalnych testów. Bez względu na to, czy student ma obowiązek, czy tylko zalecenie korzystania z takich materiałów, czas na to poświęcony stanowi wyłącznie PWS, a więc wlicza się w CNPS, ale nie może stanowić podstawy do przypisania godzin odpowiadających ZZU.
Ujęcie tego wszystkiego w ramy prawne mogłoby polegać na zdefiniowaniu, iż pod pojęciem ZZU rozumie się łącznie zorganizowane zajęcia stacjonarne (ZZS) oraz zorganizowane zajęcia zdalne (ZZZ). Te pierwsze odbywają się w miejscu i czasie wyznaczonym przez uczelnię, w trakcie których prowadzący i słuchacze mają ze sobą bezpośredni kontakt i możliwość interakcji. Te drugie zaś realizowane są w sposób umożliwiający udział w nich z różnych miejsc, zawsze jednak synchronicznie, na żywo, za pomocą narzędzi umożliwiających kontakt wzrokowy i głosowy obu stron. Dyplomy i świadectwa końcowe powinny uwzględniać rozdział ZZU na ZZS i ZZZ.
Samo realizowanie zajęć w czasie rzeczywistym to jeszcze nie wszystko. I choć może nie trzeba tego wprowadzać jako kolejnych przepisów, to jednak należałoby wyjaśniać, że kluczowe dla zajęć zdalnych jest realne wzajemne oddziaływanie na linii wykładowca – student oraz między studentami. Uczelnie powinny więc obowiązkowo żądać, a prowadzący wykazywać się w tej kwestii determinacją i asertywnością, by uczestnicy zajęć mieli przez cały czas włączone kamery i realnie brali udział w prowadzonych dyskusjach. Bycie jedynie zalogowanym nie różni się niczym od pozostawienia kurtki i plecaka na krześle w sali wykładowej. Choć pewnie znajdą się i tacy, którym takie zachowanie wystarczy do uznania czyjejś obecności na ćwiczeniach.
Ucywilizowanie nauczania zdalnego nie jest możliwe bez zrobienia porządku z tym, jak wyglądają egzaminy i zaliczenia. I znów problem polega tu na tym, że prawo nie precyzuje jak dotąd wielu kwestii oczywistych, uważanych za swoiste aksjomaty akademickiego świata. Należy do nich przekonanie, że wszelkie zaliczenia przedmiotów wiążą się z różnymi formami kontroli wiedzy i umiejętności, które z natury rzeczy przeprowadzane są w warunkach kontrolowanej samodzielności. Tymczasem okazuje się, że coraz lepiej ma się praktyka egzaminowania studentów poprzez elektroniczne testy, w trakcie których pozostają oni poza jakąkolwiek kontrolą. Mogą więc dowolnie korzystać z materiałów, zasobów Internetu, pomocy innych oraz tak modnej od niedawna sztucznej inteligencji. Tak zdać można gdzieniegdzie również egzamin końcowy oraz dyplomowy! Jest to bulwersujące nie tylko ze względu na brak jakichkolwiek warunków obiektywności ocenienia. Poważnym problemem jest tu też weryfikacja tożsamości.
Od kiedy istnieją studia w pełni zdalne, na różnych internetowych grupach pojawiają się oferty ukończenia studiów „za kogoś”. Uczelnia, wydając dyplom czy świadectwo, potwierdza nim nie tylko osiągnięcie przez studenta czy słuchacza określonych efektów kształcenia, zaliczenie poszczególnych przedmiotów itd., ale przede wszystkim fakt, że wszystko to zostało dokonane przez osobę wskazaną na dyplomie. Nawet jeśli dostęp do portali testowych wiąże się z zakładaniem indywidualnych kont poszczególnym studentom, to gdy student postanowi przekazać dane logowania komukolwiek innemu, by ten za niego „odklikał” zajęcia oraz zdał quizo-egzaminy, szkoła wyższa nie ma żadnego narzędzia, by temu zapobiec. Organizując jednak kształcenie oraz weryfikację osiągnięć studenta w taki a nie inny sposób, dopuszcza się zaniedbania, które umożliwia funkcjonowanie takiego procederu. Również więc i w tej kwestii nie ma co odkrywać Ameryki. Kolejny raz rzeczy dotąd oczywiste trzeba by zapisać jako przepisy prawne. W szczególności należałoby wskazać, iż wszystkie formy kontroli wiedzy i umiejętności muszą odbywać się w warunkach kontrolowanej samodzielności, najlepiej stacjonarnie. Uczelnie powinny mieć obowiązek weryfikowania personaliów osób przystępujących do takich zaliczeń. Każdego zaliczenia przedmiotu powinien dokonywać mający odpowiednie kompetencje nauczyciel akademicki, którego personalia powinny stanowić część danych o przebiegu studiów studenta.
Czy to się może udać? Przy skupiającym się naprawdę na szkolnictwie wyższym i „czującym” dokładnie akademickie mechanizmy ministrze, który dostrzegałby niuanse i szczeliny, przez które system od lat przecieka, być może z wielkim trudem by się udało. Jednak już sam fakt, że ograniczam się do propozycji rozwiązań legislacyjnych, jest dowodem poczucia bezradności. Jest ono owocem uprawianego od lat urzędniczego lekceważenia oraz niedostrzegania problemu i milczenia przez nasze własne środowisko. Kto wie, może jednak tym razem dam się pozytywnie zaskoczyć.
Dr inż. Łukasz Wolański, z wykształcenia doktor nauk chemicznych (Politechnika Wrocławska), obecnie adiunkt badawczy w Centrum Nowych Technologii Uniwersytetu Warszawskiego. Z zamiłowania nauczyciel.