logo
FA 1/2024 życie akademickie

Marek Misiak

Potęga wyobraźni

Potęga wyobraźni 1

Rys. Sławomir Makal

Z jednej strony daję się do pewnego stopnia wciągnąć tekstowi, z drugiej muszę zachować do niego dystans, właśnie po to, aby móc zatrzymywać się na szczegółach i wychwytywać błędy. Kluczowe wydaje się tu użycie czasownika „wciągnąć”, a nie „porwać”, gdyż „porwany” przez tekst literacki lub eseistyczny czytelnik może nie zauważyć wielu jego usterek.

Jako redaktor w dwóch anglojęzycznych czasopismach naukowych z większością autorów i recenzentów, a także z częścią redaktorów tematycznych (czyli specjalistów odpowiedzialnych za opiekę nad manuskryptami z określonych obszarów tematycznych) kontaktuję się tylko poprzez pocztę elektroniczną, ewentualnie telefon i komunikatory internetowe. Jestem dla nich raczej nazwiskiem czy adresem e-mail niż osobą, swego rodzaju awatarem, za którym na dobrą sprawę mogłaby się skrywać więcej niż jedna osoba. Był nawet kiedyś autor przekonany, że stanowię swego rodzaju composite character – tak, mówiąc o powieściach, filmach i serialach opartych na faktach, określa się postaci bazujące na realnie istniejących osobach (żyjących lub zmarłych), które łączą, głównie ze względów dramaturgicznych, kilka lub nawet kilkanaście autentycznych postaci w jedną fikcyjną. Taki pomysł zrodził się w głowie tego autora najpewniej dlatego, że odpisywałem na e-maile z kilku kont, a programy pocztowe miałem ustawione w różnych językach (na jednym komputerze po angielsku, na drugim po niemiecku, na trzecim po rosyjsku) i nagłówki poprzednich wiadomości w treści kolejnych także były w różnych językach, zatem uznał, że tak naprawdę koresponduje z nim kilka osób różnych narodowości. To skrajny przypadek, ale często muszę się mierzyć z wyobrażeniami pracowników nauki nie tyle na mój temat, co o redaktorach z czasopism i wydawnictw naukowych w ogóle. Ponieważ jednak tacy redaktorzy to wyjątkowo niejednorodna grupa, nie dysponuję oglądem branży na tyle szerokim, by wyjaśniać w uogólniony sposób, kim są takie osoby lub klasyfikować je w grupy, wskazywać prawidłowości itp. Mogę natomiast na swoim przykładzie pokazać, jak wyglądają niektóre nieporozumienia wynikające z błędnych wyobrażeń o kompetencjach czy roli redaktora. Nieporozumienia takie na ogół nie są groźne, ale mogą utrudniać komunikację, a przede wszystkim wywoływać u autorów niepotrzebny stres. Stres ten bierze się przede wszystkim z dwóch przekonań: że mają do czynienia z człowiekiem bardzo wysoko usadowionym w hierarchii naukowej oraz że los ich pracy zależy od jego dobrej woli.

W służbowej korespondencji często jestem tytułowany „profesorem”, zapewne dlatego, że w wielu czasopismach w ogóle nie ma etatowych redaktorów i to redaktor naczelny zarządza obiegiem manuskryptów, a faktycznie w wielu periodykach stanowisko to piastuje utytułowany badacz. Zastępca redaktora naczelnego, a często również sekretarz redakcji także często miewają profesury lub przynajmniej doktoraty, a bywa, że cały zespół redakcyjny składa się z doświadczonych naukowców po prostu mądrze dzielących różne funkcje między siebie. Możliwe, że wielu autorów nie wie, co oznacza znajdujący się przy moim nazwisku skrót MA – to master of arts, czyli magister nauk humanistycznych (jestem filologiem). Moim zadaniem jest zarządzanie pracą redakcji, a także językowa (oraz częściowo techniczna) kontrola i poprawa manuskryptów, ale nie dysponuję kompetencjami pozwalającymi na ich ocenę merytoryczną, i to w żadnym obszarze nauki. W niektórych kulturach tytułowanie niejako „na wyrost” (tak jak mówienie przez niektórych Włochów starszej daty dottore do każdego wykształconego mężczyzny, a dottoressa do kobiety) jest wyrazem szacunku, ale mimo wszystko uważam, że przyzwolenie na to byłoby z mojej strony nadużyciem. Autor czy recenzent, który do mnie pisze lub ze mną rozmawia, legitymuje się najczęściej wyższymi od moich stopniami i tytułami naukowymi, na które ciężko zapracował; zgoda na tytułowanie mnie w taki nienależny sposób stanowiłaby jednak formę uzurpacji. Nie jestem nikim stojącym w jakimkolwiek sensie „wyżej” od autora nadsyłającego manuskrypt do czasopisma, w pewnych sytuacjach mogę podejmować pewne decyzje (np. o odrzuceniu pracy z przyczyn formalnych), ale tylko w ramach ściśle określonych i jawnych reguł, a nie według uznania.

Pomagam, radzę, poprawiam

Zdarza się, że autorzy starają się mnie przekonać o merytorycznej wartości swojej pracy, najczęściej jeśli nie spełnia ona jakichś ważnych wymogów formalnych albo została odrzucona ze względów merytorycznych (przed lub po recenzji) przez redaktora naczelnego. Jeśli przekierowuję wiadomość w takich sytuacjach do kierownictwa czasopisma, to po prostu dlatego, że nie zawsze jestem w stanie zrozumieć całą złożoność takiej argumentacji – wyjaśniam to tutaj, gdyż czasem autorzy biorą to za biurową spychologię. Po prostu nie jestem naukowcem. Moja praca wymaga ciągłego poszerzania kompetencji, ale jednak nie takiej pogoni za spełnianiem wymagań, przechodzeniem cyklicznych ocen i zdobywaniem grantów, jak praca naukowa. Mam pełne prawo określać się mianem osoby wykształconej, ale kogoś takiego jak ja nazywa się mianem scholar, nigdy scientist. Nie jestem w żadnym sensie „nad” naukowcami, ale jakby „obok” – pomagam, radzę, poprawiam, egzekwuję reguły – ale tylko w zakresie moich kompetencji. Bywa, że muszę być stanowczy. Jakiś czas temu pewien badacz (historyk sztuki) przekonywał mnie, że „nie ma takiego kraju, jak Czechy, jest tylko Republika Czeska”. Nie wdawałem się w debaty, gdyż widziałem, że mój rozmówca jest bardzo pewny swego, wysłałem mu tylko link do autorytatywnego źródła wyjaśniającego różnicę między pełną i skróconą nazwą państwa (po angielsku w odniesieniu do tego państwa faktycznie do niedawna stosowana była tylko nazwa Czech Republic, obecnie lansowana jest Czechia, ale jako alternatywa, a nie krótsza wersja). Działałem tu tylko w ramach moich kompetencji jako filologa i redaktora, mogłem wyłapać niektóre błędy merytoryczne, których nie zauważyli recenzenci, ale nie byłbym w stanie ocenić poziomu naukowego całego artykułu.

Innym częstym wyobrażeniem – nie tylko o redaktorach tekstów naukowych, ale o tej profesji w ogóle – jest przekonanie, że jej przedstawicieli „irytuje”, „drażni”, „męczy”, „osłabia”, a nawet (to byłby już naprawdę zły objaw) „wścieka”, gdy użytkownicy polszczyzny, angielszczyzny lub innego języka robią błędy w mowie lub piśmie. Co więcej, spotykałem osoby (z i spoza branży) utrzymujące, że jedynie emocjonalna reakcja (nawet jeśli nieuzewnętrzniana) jest dowodem autentycznej troski o język. Tak nie jest, za to wypalenie zawodowe zbliża się wówczas wielkimi krokami. Tym różnią się zawodowcy od internetowych narzekaczy, którzy pod każdym opublikowanym w sieci artykułem snują jeremiady, pytając, „gdzie jest korekta” – redaktor patrzy, co można by poprawić, żeby tekst był lepszy, zaś narzekacz poprzestaje na utwierdzaniu się we własnym zgorzknieniu i przekonaniu o upadku wszelkich wartości. Trafiają się autorzy, którzy autentycznie obawiają się reakcji redaktora na ich kompetencje językowe. Moim zadaniem jest pomóc, a nie dawać do zrozumienia, że czegoś nie aprobuję, a nie daj Boże, że coś mnie „irytuje”. Nawet jeśli błędy w czyimś tekście biorą się z braku szacunku do języka skutkującego niestarannością, emocjonalne przeżywanie tego wewnątrz nie wniesie żadnego dobra, choćby nawet świadczyło o autentycznej wrażliwości. Lubię moją pracę, ale nie żyję nią po godzinach, nie umiałbym wówczas naprawdę odpocząć i summa summarum pracowałbym mnie efektywnie. Autor ma mieć możliwość otwartej komunikacji ze mną, gdyż tylko wówczas jest szansa, że będzie bez oporów ujawniał wątpliwości i razem uda nam się ulepszyć jego pracę.

Czytanie naprawdę uważne

Wreszcie częstym wyobrażeniem jest, że praca taka jak moja wymaga tak pełnego skupienia, że dzwonienie do redakcji to ryzykowny sport. Tak, koncentracja jest ważna, a ponieważ – jeśli mogę pozwolić sobie na osobistą uwagę – nigdy nie byłem człowiekiem przesadnie towarzyskim, cenię sobie to, że mogę siedzieć nad tekstem, słuchając ambientu, muzyki poważnej, filmowej lub jazzu. Czasem potrzebna jest inna muzyka, która sprzyjałaby skupieniu nad materiałem o konkretnej tematyce. Gdy pracuję nad tekstami o astronomii i astronautyce, często słucham muzyki z filmów i seriali science fiction; tłumacząc kiedyś na angielski tekst o arabskim islamie, słuchałem muzyki ludowej z krajów Maghrebu. Jednak jeśli ktoś wyobraża sobie redakcję jako coś w rodzaju Wieży Nieśmiertelnych z Gry o tron, miejsce, gdzie panuje wieczna cisza i półmrok, to zapewniam, że jest w błędzie. Redakcje czasopism naukowych i wydawnictwa rzadko – przynajmniej w polskich realiach – mogą pozwolić sobie na zatrudnienie kogoś na pełny etat wyłącznie do redakcji językowej. Naturalnym elementem pracy jest dla mnie udzielanie autorom informacji o losach ich prac czy obowiązujących regułach i procedurach, doradzanie czy motywowanie. Dzięki temu sam nie tracę też z oczu sensu mojej pracy – są kierunki w teorii literatury, które nakazują skupienie wyłącznie na tekście, ale zawsze stoi za nim człowiek, a ponadto rozwój nauki też ma często na celu dobro ludzkości i pojedynczych ludzi. Język jest wartością autoteliczną, ale redaktor sprawdza i poprawia tekst dlatego, że ma on zostać opublikowany i z tego powodu powinien być poprawny, jasny i dawać się płynnie czytać. Autor jest częścią procesu zarówno merytorycznej recenzji pracy, jak i jej redakcji językowej i ma prawo oczekiwać, że będzie 1) regularnie informowany o tym, na jakim etapie obróbki jest artykuł i 2) pytany o zgodę na poważniejsze zmiany w tekście.

Moja praca polega przede wszystkim na tym, co w teorii literatury określane jest mianem close reading, czyli na czytaniu naprawdę uważne, ze zwracaniem uwagi zarówno na spójność koherencyjną i kohezyjną, jak i na szczegóły. Uważam, że w stosunku do tych ostatnich redaktor powinien jednak zachowywać pewien umiar. Znam kolegów i koleżanki po fachu, który wręcz szczycą się swoim „szczególarstwem”, ale nie zawsze jest to wskazane, gdyż praca nad tekstem odbywa się też w konkretnych ramach czasowych, a powodowanie opóźnień – nawet jeśli wynika z dążenia do maksymalizacji jakości pracy – nie jest profesjonalne (perfekcja i profesjonalizm to niekoniecznie to samo, w mojej branży też nie). Z jednej strony daję się do pewnego stopnia wciągnąć tekstowi, z drugiej muszę zachować do niego dystans, właśnie po to, aby móc zatrzymywać się na szczegółach i wychwytywać błędy (zarówno ogólne, np. związane ze spójnością wywodu, jak i w konkretnych wyrazach i sformułowaniach). Kluczowe wydaje się tu użycie czasownika „wciągnąć”, a nie „porwać”, gdyż czytelnik „porwany” przez tekst literacki lub eseistyczny może nie zauważyć wielu jego usterek.

Tak właśnie lubię

Tu dotykamy kolejnego wyobrażenia – że osoba mojej profesji nigdy tak po prostu nie czyta, gdyż nie chce albo wręcz już nie potrafi, ale w każdej czytanej książce i każdym artykule prasowym wykrywa błędy, a być może nawet je zaznacza i wysyła do wydawnictwa lub redakcji listy z dowodami hańby. To jest i jednocześnie nie jest prawda. Rzeczywiście, widzę – zwłaszcza w tekstach prasowych – usterki najbardziej oczywiste (literówki, błędy fleksyjne, błędny zapis obcojęzycznych nazwisk i nazw własnych), ale dostrzegam ich mniej niż przy lekturze „korektorskim okiem”. Taka uważna, redaktorska lektura jest na dłuższą metę męcząca psychicznie. To nie tak, że mam przyjemną pracę, gdyż siedzę sobie i czytam, utrzymywanie koncentracji też skutkuje zmęczeniem. Zatem gdy czytam dla przyjemności, świadomie nie robię tego w takim trybie, ale albo robię to tylko tak uważnie, jak muszę (w przypadku np. krótszych materiałów w Internecie), albo daję się porwać tekstowi, zwłaszcza jeśli jest on w obcym języku. Jako redaktor pracuję przede wszystkim po angielsku i czasem po niemiecku. Czytanie w obcym języku to dla mnie przyjemność sama w sobie i to właśnie jest jeden z powodów, dla których lubię moją pracę. Redagowane teksty często nie są na tematy, które mnie interesują, w tej branży nie pracuje się nad tym, co jest subiektywnie dla danego redaktora „ciekawe”, ale nad tym, co ważne i wymaga takiej obróbki. Jeśli jednak są w języku obcym, który znam, a autor operuje danym językiem w stopniu przynajmniej zadowalającym (a tak jest najczęściej), to samo zanurzenie się w obcy język sprawia, że do niczego się nie zmuszam.

Czasem podczas redagowania trafiają się zaskakujące skojarzenia, w moim przypadku dotyczy to np. nazw geograficznych (miast, pasm górskich). W niektórych z tych miejsc – w Czechach, na Słowacji, w Niemczech, Wielkiej Brytanii czy Francji – byłem, inne (np. w USA, Kanadzie, Japonii czy Rosji) znam z książek i filmów, jeszcze inne pociągają nietypowym brzmieniem. Bywa, że odkładam wtedy na moment pracę i sprawdzam w Internecie, jak dane miejsce wygląda, jak tam jest. Dać się od czasu do czasu ponieść wyobraźni to nic złego, ostatecznie pomaga to w skupieniu, pozwala rozruszać umysł, na moment przekierować go w inną stronę, a jednocześnie ożywić. To trochę mentalny odpowiednik wstania i przeciągnięcia się, wyjścia na moment na dwór w celu przewietrzenia głowy. Jako redaktor mogę mniej dbać o to, co zewnętrzne, mogę wyjść w bojówkach i T-shircie (choć osiągnąłem już czterdziestkę), ze starszym ode mnie brązowym chlebakiem ze sztucznej skóry przewieszonym przez ramię. Takie wyobrażenie jest akurat prawdziwe, jako redaktor żyję nieco z boku i trochę w swoim świecie. Ale tak właśnie lubię.

Wróć