logo
FA 1/2023 Felietony

Leszek Szaruga

Produkowanie stopni

Produkowanie stopni 1

Fot. Stefan Ciechan

„W parze z seminariami, prowadzeniem zajęć, nauką do egzaminów, wnioskowaniem o granty i dofinansowania uczęszczał na obowiązkowe warsztaty, gdzie uczono go, jak „właściwie” robić doktorat, by „nie odpaść w wyścigu”. (…) Co pół roku każdy doktorant musiał wypełnić raport podsumowujący jego aktywność. Szybko okazało się, że zamiast jakości liczy się końcowa liczba punktów”. Te dwa zdania z artykułu Damiana Nowickiego Z akademii do baru opublikowanego w „Tygodniku Powszechnym” (nr 50/2022) zdają się dobrze ilustrować zjawisko, które z chęcią określiłbym jako technologię produkcji tytułów naukowych.

Jako człekowi dość już podeszłego wieku, wciąż jeszcze tolerowanemu w przestrzeni akademickiego życia, niemniej z pewnością oddalonemu za sprawą nieuniknionego starczego konserwatyzmu od obowiązujących w nim zasad, taki obraz doktoranta wydaje mi się przerażający. Młody naukowiec, który zapewne studiować zaczynał przekonany o tym, że akademia jest miejscem, w którym nacisk położony być winien na pobudzanie kreacyjnej wyobraźni pozwalającej odkrywać nieznane dotąd właściwości świata, w którym żyjemy, zredukowany został przez system do wyrobnika norm wytwarzanych w procesach urzędniczego planu produkcyjnego. Stara, jeszcze średniowieczna – a to wcale nie znaczy, że niemądra – zasada, mówiąca, że uniwersytet to wspólnota ludzi bezinteresownie poszukujących prawdy, nie tylko została zarzucona, ale po prostu sponiewierana i pozbawiona znaczenia. Nie o dochodzenie prawdy bowiem w tym systemie chodzi, ale o wytwarzanie tytułów naukowych.

Z cytowanego artykułu dowiedziałem się też, że uruchomione za sprawą kolejnych „reform” ministrów Gowina i Czarnka „szkoły doktoranckie”, stanowiące miejsce owego procesu produkcyjnego, którego istotę zdaje się stanowić gromadzenie „punktów” (czym jest ten „punkt”, o tym nie sposób się dowiedzieć), pozbawione są całkowicie tego, co w wielowiekowej tradycji uniwersyteckiej było jedną z zasad niezbywalnych: możliwości terminowania u mistrzów, których się bądź samemu wybierało i starało się o znalezienie się w ich kręgu, bądź było się przez nich do współpracy zapraszanym, co zresztą stanowiło o prestiżu skupionych w takim gronie czeladników. Wyboru dokonywało się wtedy – w owych zamierzchłych czasach mojej młodości – już na etapie rozpoczynającego się na czwartym roku studiów magisterskich niepoprzedzonych jeszcze etapem licencjackim seminarium, przy czym to studenci wybierali sobie promotorów, a nie byli im przydzielani „z rozdzielnika”, choć oczywiście nie każdy pozostawał przy wybranym mistrzu, gdyż ten po rozmowie z kandydatem mógł adepta odrzucić. Decydowały w obu wypadkach zainteresowania zarówno mistrza, jak ucznia.

Dziś to bez znaczenia – istotny jest cel, a tym celem niekoniecznie musi być opracowanie wybranego zagadnienia. Celem stał się dyplom. Temat podjęty przez magistranta czy doktoranta niemal nie ma znaczenia. Do lamusa odeszły „szkoły” badawcze, takie choćby jak światowego zasięgu matematyczna szkoła lwowsko-warszawska ze Stefanem Banachem i Hugonem Steinhausem czy odgrywająca w Polsce na przełomie lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych ważną rolę warszawska szkoła historyków idei z Leszkiem Kołakowskim i Bronisławem Baczką oraz Barbarą Skargą. W obecnie kształtowanych strukturach uczelnianych tego typu zjawiska są praktycznie rzecz biorąc niemal wykluczone.

Jeden z bohaterów cytowanego artykułu mówi, że „system przypomina fabrykę, w której produktem jest nauka”. Rzecz w tym, że nauka jest tu raczej produktem ubocznym, a nie zamierzonym. Produktem systemu są „osiągi”, przede wszystkim zbiory „punktów”. Inna osoba podkreśla: „Najbardziej absurdalne jest to, że akredytacja uczelni zależy od osiągnięć jej kadry, czyli wystaw, publikacji, udziału w projektach czy konkursach”, na co trudno znaleźć czas. I tak to się kręci, zaś w efekcie powstają olbrzymie tomy urzędniczej sprawozdawczości dokumentujące w istocie nie naukowe osiągnięcia, lecz przede wszystkim efekty produkcji dyplomów licencjackich, magisterskich i wreszcie doktorskich.

Wróć