logo
FA 1/2022 życie akademickie

Marek Misiak

Sztuka zdziwienia

Sztuka zdziwienia 1

Fot. Stefan Ciechan

Najbardziej niepokojący są dla mnie, jako dla redaktora, autorzy zdziwieni tym, że niektóre czasopisma oprócz weryfikacji merytorycznej (tzn. recenzji) dokonują także osobnej weryfikacji statystycznej, przeprowadzanej przez statystyka legitymującego się odpowiednimi kompetencjami.

Choć wszedłem już w wiek średni, pracuję z wieloma osobami młodszymi od siebie. Rodzi to nieuchronne porównania, a wraz z nimi niepokój: czy już zacząłem się starzeć? A jeśli tak, to czym miałoby się to objawiać? Tendencją do pouczania? Narzekaniem na młodsze pokolenia? Symulowaniem posiadania jakiejś trudno przekazywalnej mądrości życiowej? Na swój użytek zakładam, że najważniejszą osobowościową oznaką starzenia się jest przewaga udzielania odpowiedzi nad stawianiem pytań. Dzieci są nieodmiennie zachwycone światem, a zachwyt ten wynika często ze zdziwienia. Nawet nie tym, że coś jest piękne, ale po prostu jakieś, a w każdym razie inne niż się spodziewaliśmy. Moja półtoraroczna córka potrafi z autentyczną fascynacją patrzeć na lekko mrugającą latarnię czy obserwującego ją zza płotu kota. Umiejętność dziwienia się nie musi jednak być wyłącznie powiązana z zachwytem. Wraz z wiekiem nastoletnim przychodzi zdziwienie in minus – niesprawiedliwością, okrucieństwem czy obojętnością świata. Ilustracją tej zdolności jest dla mnie Greta Thunberg, która po prostu nie może znieść bezczynności ludzi u władzy wobec tego, co wydaje jej się najważniejsze.

Dziwić się powinny umieć osoby po obu stronach metaforycznego redakcyjnego biurka (moje biurko nie ma drugiej strony, siedzę twarzą do okna): zarówno redaktor, jak i autor. Obaj powinni być otwarci na to, co nowe, ale też nie przechodzić do porządku dziennego nad sytuacjami stanowiącymi przejaw patologii nauki jako systemu. Kiedy mówię lub piszę komuś, że „tak po prostu jest i nic na to nie poradzimy”, czuję się autentycznym zmęczonym życiem „dziadersem”. Ożywczy bywa wtedy kontakt z badaczem bardzo młodym albo wywodzącym się z innego kręgu kulturowego. Wytrącić z utartych kolein myślenia może też poznanie kontekstu historycznego, gdy się okazuje, że wiele z tego, co w danym środowisku uważa się za powszechnie przyjęte, jeszcze np. dwadzieścia lat temu było sceptycznie przez wielu traktowaną nowinką.

Upublicznienie i publikacja

Dobrym przykładem jest publikowanie w otwartym dostępie (open access). Przed rozpowszechnieniem się Internetu było ono technicznie niemożliwe, ale w latach dziewięćdziesiątych pierwsze czasopisma naukowe zdecydowały się na taki model. Wówczas wielu innych wydawców i redaktorów mówiło o psuciu rynku lub wróżyło takim tytułom rychły upadek. Nie było końca wątpliwościom związanym z prawami autorskimi. Dziś coraz częściej otrzymanie dofinansowania na badania wiąże się z wymogiem opublikowania artykułu lub artykułów przedstawiających ich rezultaty w źródłach typu open access, aby rezultaty projektów zrealizowanych z publicznych pieniędzy były potem publicznie dostępne. Tu dziwią się raczej osoby spoza świata nauki, które nie zdają sobie sprawy, że finansowanie czasopisma naukowego odbywa się inaczej niż w przypadku prasy komercyjnej.

Sam jednak poczułem się jakiś czas temu jak dinozaur, gdy zacząłem obserwować coraz częstsze stosowanie modelu zarejestrowanych preprintów (registered preprints) przez autorów nadsyłających artykuły do dwóch czasopism naukowych, przy których pracuję. Okazało się, że system antyplagiatowy może wykazywać bardzo wysoki poziom zależności do opublikowanych już tekstów, a tymczasem autor żadnego plagiatu nie popełnił, jedynie zarejestrował artykuł w odpowiednim repozytorium, gdzie inni badacze mogą mieć już do niego dostęp zanim ukaże się w czasopiśmie. Taka praktyka jest nie tylko legalna, lecz w wielu sytuacjach nawet wskazana, gdy publikacja dotyczy bardzo istotnych i aktualnych zagadnień (np. związanych z pandemią). Ułatwia także obronę swojej wiarygodności jako pioniera, gdy kilka zespołów badawczych pracuje jednocześnie nad podobnymi zagadnieniami. Wymaga jednak oddzielenia pojęć upublicznienia i publikacji. Artykuł upubliczniony jest wprawdzie publicznie dostępny, nie przeszedł jednak przez proces recenzji (peer review), zatem jego wiarygodność jest wyraźnie niższa niż tekstu opublikowanego, za który ręczą recenzenci i redakcja. Gdybym nie umiał się zdziwić, uznałbym taką sytuację za odmianę plagiatu, nie przyjąłbym do wiadomości wyjaśnień autorów i zarekomendował redaktorowi naczelnemu odrzucenie artykułu, a tak naprawdę udowodniłbym głównie, że nie nadążam za zmianami w świecie nauki.

Zjawisko registered preprints bierze się moim zdaniem z faktu, że coraz więcej badaczy zaczęło odczuwać nieprzyjemne zdziwienie za każdym razem, gdy proces recenzji ich lub cudzego artykułu przeciąga się ponad racjonalną w ich oczach miarę, a redakcję czasopisma stać tylko na proszenie o jeszcze trochę cierpliwości. To prawda, że redaktor nie ma najczęściej żadnych możliwości skłonienia recenzentów współpracujących z danym czasopismem do przyjmowania zaproszeń do zrecenzowania danego artykułu ani środków dyscyplinowania recenzentów przekraczających umówione terminy. Może ewentualnie, we współpracy z redaktorem naczelnym, radą naukową i innymi związanymi z pismem naukowcami, starać się poszerzać bazę recenzentów danego tytułu, jednak nie ma żadnej gwarancji, że to coś da. Nie oznacza to jednak, że autorzy mają przyjmować takie tłumaczenia i godzić się z tym, że „taki jest świat”. Bronię się – nie tylko w pracy – przed podejściem, że dorosłość polega na tym, iż jeśli czegoś nie możemy lub nie potrafimy zmienić, to jest to normalne, a nawet dobre. W taki sposób można racjonalizować ewidentne patologie. Od dawna mówi się o kryzysie modelu peer review. Być może jego usprawnienie lub zastąpienie innym systemem ewaluacji publikacji naukowych zajmie kilkadziesiąt lat, ale czterdzieści lat temu tylko nieliczni mieli na tyle giętką wyobraźnię, aby przewidzieć czasy otwartego dostępu.

Obróbka wymaga trochę czasu

Bywa jednak też niestety tak, że zdziwienie autorów wynika po prostu z braku doświadczenia albo z zetknięcia się wcześniej z praktykami, których nieprofesjonalności nie byli świadomi. Źródło nieprzyjemnego zaskoczenia u badacza może też leżeć po drugiej stronie spektrum – wcześniej współpracował głównie z dużymi czasopismami lub wydawnictwami, dysponującymi znacznie szerszymi możliwościami. Niektóre periodyki oferują – pod różnymi warunkami – możliwość szybkiej publikacji, nawet z miesiąca na miesiąc. Jeśli dysponuje się „stajnią” zaangażowanych recenzentów i dużym zespołem redakcyjnym, a sam tekst jest na wysokim poziomie, nie ma w tym żadnego zagrożenia. Warto jednak pamiętać, że pozornie podobnie wygląda to w przypadku tzw. czasopism drapieżnych (predatory journals), które za opłatą opublikują wszystko lub prawie wszystko, często tylko markując proces recenzji. Może być też, że recenzowanie jest uczciwe, ale oszczędność czasu wynika z bardzo niskich standardów czysto edytorskich. Znam tytuły, w których nie jest przeprowadzany skład artykułów, pliki Word są konwertowane na PDF-y i w tej postaci umieszczane na stronie internetowej danego czasopisma. Dlatego autorom nieprzyjemnie zaskoczonym, że artykuł zgłoszony np. 5 września nie może ukazać się w numerze wrześniowym (publikowanym 30 września), mogę powiedzieć tylko jedno: profesjonalne recenzowanie i obróbka redakcyjna – techniczna i językowa – po prostu wymagają trochę czasu. Można je usprawnić, ale nie sposób ich skompresować do kilku dni bez znaczącej straty jakości (trochę jak przy kompresji z formatu TIFF do JPG). Zdarza się, że badacze argumentują wówczas, iż muszą rozliczyć grant lub że mija termin ich oceny okresowej. Wtedy mogę tylko odpowiedzieć jak stary belfer: nie odpowiadam za nierealnie krótkie terminy narzucane przez ustawodawcę lub instytucje naukowe w niektórych krajach. Jeśli ulegnę, obniży się poziom samego czasopisma i ostatecznie straci na tym także sam badacz, gdyż dany tytuł będzie niżej punktowany. Pomijam tu rzecz jasna sytuacje, gdy autor daje do zrozumienia, że wniesienie opłaty oznacza, że mamy opublikować artykuł natychmiast, bez zachowania elementarnych standardów edytorskich, a takie sytuacje nie są niestety rzadkością.

Kłopot z narzędziami statystycznymi

Najbardziej niepokojący są dla mnie jako redaktora autorzy zdziwieni tym, że niektóre czasopisma oprócz weryfikacji merytorycznej (tzn. recenzji) dokonują także osobnej weryfikacji statystycznej, przeprowadzanej przez statystyka legitymującego się odpowiednimi kompetencjami. O ile rzadko kto lekceważy uwagi recenzentów, o tyle przypadki niereagowania na uwagi statystyka i odsyłanie pracy w niezmienionej lub prawie niezmienionej formie nie są wcale rzadkie, a mówimy tu o czasopismach z budzącym szacunek impact factorem. Zdarzają się autorzy wręcz nieprzygotowani do takiej weryfikacji – odpowiadają, że nie mają dostępu do surowych danych, na których oparli analizy statystyczne, albo że za takie analizy w ich instytucji odpowiada wyspecjalizowana komórka i nie są w stanie odpowiedzieć na wątpliwości weryfikatora statystycznego. Problem nie leży nawet w tym, że weryfikacja statystyczna jest coraz częściej wymogiem stawianym czasopismom naukowym przez bazy danych i inne podmioty oceniające, ale polega na tym, że w pewnym odsetku prac, których autorzy posługują się narzędziami statystycznymi, wyraźnie widać nieumiejętność stosowania tych narzędzi i prezentowania wyników w czytelny sposób za pomocą wykresów i grafów. Statystycy, z którymi sam współpracuję, starają się zwracać uwagę autorów tylko na najpoważniejsze niedociągnięcia, a mimo to większość prac zawierających analizy statystyczne wymaga poprawek w tym aspekcie. Nie wystarczy otrzymać pozytywne recenzje, trzeba jeszcze umieć użyć narzędzi statystycznych (weryfikacja statystyczna) i sformułować wywód w poprawnej angielszczyźnie (weryfikacja językowa), gdyż żadnego z tych elementów artykułu recenzent nie ma obowiązku sprawdzać.

Trzeba tu jednak podkreślić jedną rzecz: zawsze warto się dziwić i zawsze warto podzielić się tym zdziwieniem z drugą stroną, gdyż przede wszystkim warto rozmawiać. Jestem gotów jako redaktor uczyć się od badaczy i innych redaktorów, jak również wyjaśniać wszelkie wątpliwości autorów, jeśli tylko dzięki temu będzie im łatwiej opublikować tekst. Ostatecznym celem istnienia czasopisma naukowego i mojej w nim pracy jest umożliwianie upowszechniania nowych osiągnięć naukowych. A przecież zdziwienie (i zadziwienie) światem leży u podstaw nauki.

Wróć