logo
FA 1/2022 rozmowa forum

Rozmowa z dr. hab. Mateuszem Stróżyńskim, dyrektorem Instytutu Filologii Klasycznej Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu

Po co nam klasycy?

Po co nam klasycy?  1

Dr hab. Mateusz Stróżyński (ur. 1979) jest absolwentem filologii klasycznej, filozofii i psychologii Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza, certyfikowanym psychoterapeutą psychodynamicznym. Obronił doktorat poświęcony doświadczeniu mistycznemu w filozofii Plotyna na Wydziale Filologii Polskiej i Klasycznej UAM, z którym związał całe swoje życie naukowe i gdzie od stycznia 2021 r. kieruje Instytutem Filologii Klasycznej. Jego zainteresowania naukowe obejmują przede wszystkim kwestię kontemplacji i ćwiczeń duchowych w filozofii antycznej, zwłaszcza w platonizmie, oraz psychoanalityczną interpretację literatury. Jest współtwórcą i redaktorem internetowego czasopisma „Antigone”, popularyzującego studia nad antykiem (https://antigonejournal.com/).

Filolodzy klasyczni to ludzie, którzy tak jak Odyseusz zstępują pomiędzy duchy zmarłych i dają im do picia własną krew, żeby ci mogli ożyć i przemówić.

Są badacze, którzy badają starożytne, martwe języki i kulturę z nimi związaną.

Żyjemy w czasach, gdy zajmowanie się językiem i dyskursem jest modne. Niekiedy określa się to mianem linguistic turn – badacze od kilkudziesięciu lat interesują się żywo tym, jaka jest relacja między językiem, człowiekiem, który go używa oraz rzeczywistością, w której żyje i którą poznaje. Jest taka słynna hipoteza Sapira-Whorfa, w myśl której język nie jest przejrzysty i nie odzwierciedla świata obiektywnego, ale kształtuje to, jak go doświadczamy. Paradoksem jest, że ta teza wydaje się być powszechnie akceptowana, a z drugiej strony pojawiają się pytania o sensowność studiowania tzw. martwych języków. Tymczasem właśnie przez te martwe języki możemy wejść w kulturę, która się nimi posługiwała, i której były one istotnym składnikiem, a w końcu – w których została ona utrwalona. Słynny XIX-wieczny niemiecki filolog klasyczny Ulrich von Willamowitz-Moellendorf w wykładzie, który wygłosił w Oxfordzie w 1908 roku, mówił o tym, że filolodzy klasyczni to ludzie, którzy tak jak Odyseusz zstępują pomiędzy duchy zmarłych i dają im do picia własną krew, żeby ci mogli ożyć i przemówić. Może i są to martwe języki, ale nasza praca polega na tym, żeby doświadczyć świata przeszłości jako czegoś żywego i fascynującego. A tamten świat przemawia po grecku i po łacinie, to w tych językach nasi kulturowi przodkowie opisywali świat. Archeologia, która dzięki nowym technologiom może znacznie więcej niż dawniej, również daje nam wgląd w antyk. Niemniej przez odkrycia archeologiczne widzimy tamten świat niejako z zewnątrz, poprzez wytwory materialne, pozostałości tamtej kultury. Przez tekst zapisany w języku, którego używali ludzie żyjący w czasach starożytnych, możemy wejść w ich świat wewnętrzny i konfrontować go np. z tym, co odnajdują archeolodzy. Myślę, że jest to ważne między innymi dlatego, że wciąż w dużej mierze określamy siebie jako ludzi żyjących w cywilizacji zachodniej, a tradycyjny pogląd był taki, że kultura antyczna była fundamentem tej cywilizacji, obok kultury żydowskiej i chrześcijańskiej.

Gdy kupujemy dom, rzadko interesują nas fundamenty, zakładamy, że są w porządku.

Ale jeśli z nimi jest coś nie w porządku, to będzie kiepsko.

Dlaczego warto podjąć badania nad językami i kulturą antyczną?

To pytanie jest o tyle niebezpieczne, że samo jego postawienie determinuje odpowiedź. Spójrzmy na to z innej strony: otóż kultura antyczna umożliwia nam uwolnienie się od tego pytania, od pytania, do czego coś nam jest potrzebne. Arystoteles, który przecież wpłynął znacząco na to, co dzisiaj nazywamy nauką, a co kiedyś było częścią filozofii, podzielił ludzką wiedzę na trzy ułożone hierarchicznie dziedziny. Pierwsza, najniższa, to wiedza poietyczna, potrzebna nam do wytworzenia czegoś, zbudowania domu czy skonstruowania telefonu komórkowego. Nawiasem mówiąc, stąd również słowo „poezja”. Drugi, wyższy rodzaj wiedzy to wiedza praktyczna, potrzebna, żeby wykonać dobrze jakąś czynność – Stagiryta jako przykład podawał profesję swojego ojca, czyli medycynę. Trzeci i najwyższy rodzaj wiedzy to wiedza teoretyczna. Ona nie jest absolutnie do niczego potrzebna, do niczego poza sobą samą nie prowadzi, nie służy do wytworzenia przedmiotu, który można sprzedać ani do manipulowania rzeczami i ludźmi. Jedynym jej celem jest wiedzieć, zrozumieć, poznać. Pierwsze zdanie Metafizyki Arystotelesa brzmi: „Wszyscy ludzie z natury pragną wiedzieć”. Dlaczego? Bo wiedza jest dobra, a wszystko, co dobre, jest przyjemne.

I pan sądzi, że właśnie uzasadnił potrzebę badań i studiów klasycznych?

Zdaję sobie sprawę, że to, co mówię nie brzmi dzisiaj dobrze i nie daje mi żadnej karty przetargowej, choćby w dyskusji o tym, czy moja jednostka naukowa powinna istnieć, czy nie. Ludzie wołają dzisiaj: „Nauka! Nauka! Nauka!”. Ale czy rozumieją, co jest istotą procedur naukowych, zwłaszcza w naukach przyrodniczych? Nauka stała się rodzajem współczesnej religii. Przy tym nie nauka teoretyczna, ale taka, która ma być używana do osiągania pozanaukowych celów. Żyjemy w kulturze opętanej użytecznością, a więc praktyczną aplikacją wiedzy. Nikomu nie jest potrzebne rozumienie świata, którego nie można jakoś wykorzystać i tego wykorzystania zmierzyć. Niesłychanie dzisiaj modny francuski autor Michel Foucault twierdził, że wiedza jest władzą, że prawda jest władzą. Jego wyznawcy, których można spotkać na wydziałach humanistycznych, lubią pisać o tym, jak wykorzystuje się prawdę religijną czy filozoficzną do kontrolowania ludzi. Dla mnie nieporównanie ważniejszym obszarem, w którym się to dzieje, jest relacja wiedzy naukowej kultywowanej na uniwersytecie do środowiska pozauniwersyteckiego. Przekonuje się nas, że wszystkie dyscypliny uniwersyteckie mają być narzędziem, którym ktoś się będzie posługiwał do produkowania i działania. Tylko kto to będzie? Rządy? Prywatne przedsiębiorstwa? Na to naukowiec nie ma już wpływu. A z szerszej perspektywy, wiedza jest spostrzegana jako niewolnica czyichś interesów. Nawet jeśli, przynajmniej częściowo, są to interesy ludzkości: zdrowie, komfort, rozrywka etc. Z perspektywy badacza antyku to bardzo smutny obraz.

Jeszcze do niedawna, zapewne można mówić o pięćdziesięciu latach wstecz, studia klasyczne były przepustką do wielkich karier, np. politycznych, ale nie tylko. Umożliwiały dobre rozumienie naszej rzeczywistości.

W 1997 roku pojechałem po raz pierwszy do Anglii na letni kurs języka greckiego w Bryanston. Miałem 18 lat. Przez dwa tygodnie codziennie przez kilka godzin uczyłem się greckiego, ale i wielu innych rzeczy. Było tam sporo angielskich nastolatków. Pytałem ich, czemu tutaj są. Ku mojemu zaskoczeniu odpowiadali, że przyda im się to, żeby dostać dobrą pracę w korporacji. Tak było wtedy. Nie wiem, czy to aktualne. Może już wówczas to była tylko dekoracja w CV. Jednak to był ślad tego, o czym pan wspomniał, że kultura klasyczna, jej znajomość, dawała dostęp do czegoś cennego, wstęp do elity kulturalnej, społecznej, biznesowej, politycznej. Osoba znająca kulturę klasyczną, respektująca klasyczne wartości, była postrzegana jako godna zaufania, można jej było coś powierzyć. Nie wiem, czy to jeszcze gdzieś funkcjonuje. Nawiasem mówiąc, koleżanka, która była wtedy na kursie razem ze mną, została zapytana w autokarze do Polski przez jakiegoś podróżnego, po co się uczy starożytnej greki. Odpowiedziała: „Żeby czytać Homera”. Nic dodać, nic ująć.

Czym zajmują się badacze starożytności, skoro nie ma już wielu nowych źródeł?

Gdy wybierałem się na studia klasyczne, jeden z kolegów zapytał mnie, po co to robię, przecież wszystko już jest przetłumaczone. Nie miałem wtedy pojęcia, czy jest przetłumaczone, czy nie, więc przyjąłem tę jego opinię. Studiując przekonałem się jednak, że to nieprawda. I to na wielu różnych poziomach. Wciąż wiele tekstów nie tylko nie zostało przetłumaczonych, ale nie zostało nawet wydanych w oryginale. Kiedy wchodzimy do księgarni, możemy zobaczyć na półce książkę, której autorem jest Homer. Tylko, że Homer niczego nie napisał, ani Iliady, ani Odysei. Być może nawet nie istniał, może autorów Iliady czy Odysei było wielu. W każdym razie, nie tyle napisał, co ułożył Iliadę w głowie, potem śpiewał to komuś, kto się tego nauczył na pamięć, a ten ktoś nauczył znowu kogoś. I dopiero po ponad dwustu latach, pod koniec VI wieku w Atenach, tekst został spisany.

Nasze wyobrażenie o tym, jak powstaje książka, nie przystaje więc do typowej drogi tekstu antycznego na półkę w księgarni. Zwykle nie mamy w ogóle do czynienia z oryginałem takiego tekstu, ale ze średniowiecznym jego zapisem. Często nie mamy dostępu nie tylko do rękopisów oryginalnych, ale nawet do tych, które pochodzą z antyku. Wtedy popularną formą książki był zwój papirusowy, a ten materiał łatwo ulegał zniszczeniu. Odnajdujemy niekiedy papirusy antyczne, które ocalały, i istnieje cała dyscyplina, papirologia, która zajmuje się ich badaniem przy użyciu nowoczesnej technologii. Są to jednak zwykle teksty niepełne, czasem zupełnie szczątkowe. Lepsza sytuacja jest w przypadku rękopisów późniejszych, średniowiecznych, ale one są zapisane w specyficzny dla tamtych czasów sposób. Żeby je odczytać, nie wystarczy po prostu znajomość łaciny, trzeba jeszcze znać paleografię, czyli dawny sposób zapisu. Ponadto istnieje zwykle kilka rękopisów z różnymi wersjami tego samego tekstu. Trzeba je wszystkie – a każdy jest w innej bibliotece, w innym kraju, często odległym i trudno uzyskać do niego dostęp – przeczytać i przeanalizować, żeby móc rozpoznać w wyniku żmudnego procesu naukowego, jakie są ich wzajemne relacje, który jest najstarszy, a który najbardziej wiarygodny. W skrócie mówiąc, tak dochodzimy powoli do edycji krytycznej dzieła antycznego. Ale wydanie krytyczne nie kończy pracy nad utworem, bo przecież z czasem pojawiają się nowe informacje, a nawet nowe źródła, które należy uwzględnić w kolejnym wydaniu.

Mamy dopiero podstawę do przekładu.

Po co nam klasycy?  2

Dopiero z takiej edycji krytycznej można tłumaczyć tekst, a tu znowu na tłumacza czekają różne pułapki. Musi on uwzględnić w przekładzie nie tylko sam język, ale też różne konteksty, które pozwalają na lepsze rozumienie dzieła. W języku angielskim istnieją dziesiątki przekładów jednego autora, ale to nie powstrzymuje kolejnych tłumaczy przed tworzeniem kolejnych. W Polsce, mam wrażenie, przyzwyczajamy się do istniejących przekładów, jak tłumaczenie dzieł Platona przez Władysława Witwickiego w okresie przedwojennym czy tłumaczenie Wyznań Augustyna pióra Kubiaka. Każde tłumaczenie ma swoje minusy. Przekłady Witwickiego i Kubiaka są literacko piękne, ale trudno ich używać jako podstawy do filozoficznej analizy tych arcydzieł myśli antycznej. Trzeba sięgnąć do oryginałów. Naukowcy z innych dyscyplin nie zawsze rozumieją, na czym polega praca nad przekładem tekstu antycznego. W przypadku języków klasycznych trzeba nie tylko znać język, ale wręcz język konkretnego autora, a do tego cały kontekst kulturowy tłumaczonego tekstu. Dlatego dobrze, że w kontekście oceny dorobku naukowego ministerstwo uznało za monografię również tłumaczenie z języka łacińskiego i greckiego, oczywiście z komentarzem naukowym. Przekład dzieła antycznego to coś zupełnie innego niż tłumaczenie współczesnej powieści czy eseju z języka angielskiego.

Ile zatem są warte prace magisterskie z filozofii czy teologii oparte na przekładach?

Dobre pytanie. Jeżeli chce się solidnie badać filozofię, ale także poezję, trzeba mieć dostęp do tekstu oryginalnego. Stąd też płynęła moja motywacja do studiów klasycznych. Chciałem się zająć filozofią starożytną, musiałem zatem poznać kontekst kulturowy i języki. W starożytności nie było interpunkcji i nie stosowano spacji między wyrazami, była to tak zwana scriptio continua, pismo ciągłe. Wiązało się to z ówczesnym zwyczajem słuchania książek, a nie skanowania ich wzrokiem, jak dzisiaj. W Fedonie Platona Sokrates mówi, że kiedyś słyszał, jak ktoś czytał coś z Anaksagorasa, i dzięki temu on sam zainteresował się tym filozofem. To nie on sam czytał, tylko słuchał, jak ktoś czyta. A Augustyn opowiada w Wyznaniach, że biskup Ambroży z Mediolanu wzbudził jego zdumienie i podziw, gdy pewnego razu Augustyn wszedł do niego, a biskup siedzi i czyta książkę w kompletnej ciszy, wpatruje się w tekst, wargi się poruszają, ale nie pojawia się żaden dźwięk. Dzisiaj raczej zdziwiłoby nas coś przeciwnego, czyli gdyby ktoś czytał samotnie na głos.

Wraz z audiobookami w pewnym sensie wracamy do starożytności.

No właśnie, to ciekawe. Profesor Juliusz Domański twierdził, że jeszcze średniowiecze kontynuowało w jakiejś mierze tę kulturę słuchową, a nie wzrokową. Najprawdopodobniej to wynalazek druku sprawił, że zaczęliśmy skanować teksty wzrokiem. Zmieniło się samo znaczenie słowa „czytanie”. Ktoś może zapytać: „A jakie to ma znaczenie, czy słuchano, czy czytano, czy była interpunkcja, czy nie?”. Weźmy za przykład początek Ewangelii św. Jana, jeden z najważniejszych tekstów kultury zachodniej. Po polsku to brzmi we wszystkich wydaniach Biblii: Na początku było Słowo, a Słowo było u Boga i Bogiem było Słowo. Wszystko przez Nie się stało, a bez Niego nic się nie stało, co się stało. Tu mamy kropkę. I potem: W Nim było życie, a życie było światłością ludzi… itd. Natomiast w antyku nie było kropki i stąd pytanie, gdzie kończy się zdanie, a gdzie zaczyna. Dla Augustyna, na przykład, tekst brzmiał: Wszystko przez Nie się stało, a bez Niego nic się nie stało. I tutaj kropka. Dalej: To, co się stało, w Nim było Życiem.

Na podstawie takiej interpunkcji Augustyn uznał, że Ewangelia głosi to samo, co pogański filozof Plotyn ze szkoły platońskiej. Czyli, że rzeczywistość istnieje jakby na dwóch planach. Istnieje w sobie, ale całe stworzenie istnieje też w Bogu, gdzie nie jest już sobą, ale Bogiem, bo „to, co się stało w Nim było Życiem, a Życie było światłością ludzi”. Dzisiaj jednak kropkę stawiamy gdzie indziej i nie musimy się martwić tym, co to znaczy, że stworzona rzeczywistość w Bogu jest Bogiem. Filolog klasyczny zajmuje się więc czasem drobiazgami, dziwacznymi dla laików, ale czasem te drobiazgi mogą mieć znaczenie fundamentalne dla zrozumienia jakiegoś ważnego w naszej kulturze tekstu. Niektórzy twierdzą, że koncepcja grzechu pierworodnego u Augustyna może być związana z problematycznym przekładem z greki na łacinę pewnego zdania podrzędnego w Liście do Rzymian św. Pawła (rozdział piąty, wers dwunasty).

Jak pan widzi, na proste pytanie „po co nam filologia klasyczna?” nie odpowiadam wprost. Ale problem widzę właśnie w tym, że zbyt często na tak zadane pytanie my, filolodzy klasyczni, zaczynamy generować różne odpowiedzi. Jest to zresztą dość dobrze zbadany mechanizm psychologiczny, sprawiający, że kiedy ktoś nam zadaje pytanie „dlaczego” lub „po co”, czujemy się zmuszeni na nie odpowiedzieć, nawet jeśli nie mamy pojęcia dlaczego i po co. Gdy pyta mnie pan: „Po co ten antyk?”, to mogę z rękawa podawać kolejne powody: bo znajomość łaciny pomaga w uczeniu się języków romańskich, bo gramatyka łacińska pomaga w rozwijaniu inteligencji, bo Ateńczycy wymyślili demokrację, bo nad głową Pana Jezusa przybity był napis po hebrajsku, grecku i łacinie etc. Ale nie o to chodzi.

W kulturze antycznej, posługującej się tymi językami, było wiele rzeczy pięknych i mądrych. Były też, oczywiście, rzeczy złe, głupie i okrutne, jak w każdej cywilizacji. Jednak przez setki lat sądzono po prostu, że kultura i języki antyczne są wartościowe same w sobie. Podobnie jak wartościowa sama w sobie jest matematyka. Może się zdarzyć na skutek zrządzenia losu, że geometria Riemanna pomoże Einsteinowi w stworzeniu teorii względności, ale sam Riemann nie sądził przecież, że jego pomysły na cokolwiek się przydadzą, a już na pewno by się zdziwił, że świat fizyczny jest skonstruowany zgodnie z odkrytą przez niego geometrią. Klasykowi przypomina się tutaj zdanie Plutarcha o tym, że „Bóg zawsze geometryzuje”.

Są dziedziny wartościowe same w sobie, nawet jeśli nie da się ich przekształcić w pieniądze, władzę, prestiż. Obawiam się, że większość ludzi nie jest się w stanie zgodzić z tym argumentem ani nawet go zrozumieć. Żyjemy w czasach, w których wiedza o historii i myślenie historyczne jest w kompletnym zaniku. Teraz ma nas interesować przyszłość, a nie przeszłość. Studentom często mówię, że jesteśmy tak „tresowani”, że słowo „nowe” jest dziś kojarzone jednoznacznie pozytywnie, a „stare” – negatywnie. Nad czym się tutaj zastanawiać: każdy przecież chce mieć nowy laptop, a nie stary, prawda? Natomiast w grece i łacinie tak nie było. Skoro coś jest stare i działa, zostało sprawdzone przez wiele lat i pokoleń, czyli jest bardzo prawdopodobne, że nadal będzie działać i nie zawiedzie. Jest zatem dobre i pewne. W przeciwieństwie do nowinek, które jeszcze nie zostały zweryfikowane. Takie było myślenie Rzymian: nowe jest podejrzane. Swetoniusz ze zgrozą nazwał więc chrześcijaństwo „superstitio nova et malefica” – „zabobonem nowym i szkodliwym”. Rzymianie akceptowali fakt, że Żydzi nie chcieli składać ofiar cezarowi, bo ich religia mogła się legitymować długą historią, a chrześcijanie mówili rzeczy całkiem nowe, sprzeczne niekiedy z dotychczasową logiką ludzkiego świata. Nasza świadomość jest dziś tak zmieniona, że trudno nam pomyśleć, że znajomość historii może mieć wartość. Czasami myślimy, że gdy znamy historię, to nie będziemy popełniać ciągle tych samych błędów. Ale ludzie zawsze popełniali te same błędy. Natomiast znajomość historii może nam pomóc zrozumieć to, co się dzieje, bo zwykle już kiedyś działo się coś podobnego. Problem jest szerszy. Rok temu Uniwersytet w Leicester ogłosił, że zlikwiduje kursy z literatury średniowiecznej, bo studentów bardziej interesuje „etniczność, seksualność i różnorodność”.

Klasyka też chyba nie jest oblegana?

Kiedy studiowałem, było nas na roku kilkanaścioro. Mieliśmy poczucie, że robimy coś niezwykłego, tajemniczego. Na filozofii, którą studiowałem w tym samym czasie, było około stu osób – to były znacznie mniej elitarne studia. Dziś młodzi ludzie są pod ogromnym naciskiem mediów społecznościowych i (rzekomo) praktycznego podejścia do życia. Ale z drugiej strony, myślę, że wciąż interesują się tym, co piękne i tajemnicze. Kultura antyczna może pełnić funkcję terapeutyczną w mrocznych czasach. Myślę o tym ostatnio, gdyż w świecie anglosaskim trwa dyskusja, w której jedna ze stron przekonuje, że filologia klasyczna jest nieodwracalnie skażona jako dyscyplina akademicka, bo była uwikłana w rasizm i kolonializm. Profesor Uniwersytetu Princeton proponuje, żeby filologię klasyczną „spalić” („burn it down!”), nie będzie to miało dla niego żadnych negatywnych konsekwencji, ponieważ ma ekwiwalent naszej profesury tytularnej i nawet po spaleniu filologii klasycznej będzie sobie dalej spokojnie pracował na elitarnej uczelni. W gorszej sytuacji są młodzi doktorzy. Anglosaska debata nad dekolonizacją studiów nad antykiem odbywa się z entuzjazmem godnym lepszej sprawy. Ciekawe, że badacze z Ameryki czy Wielkiej Brytanii w ogóle nie wiedzą, czym była filologia klasyczna i badania nad antykiem u nas, w Europie Środkowo-Wschodniej, np. w kontekście politycznej opresji i totalitaryzmu. Tam być może była i częścią opresyjnego systemu, ale u nas była inspiracją do buntu przeciw opresji. W trzeciej części Dziadów Mickiewicz każe mówić doktorowi Bécu, ojczymowi Słowackiego, w rozmowie z Nowosilcowem, który aresztuje i torturuje polskich studentów: „ Właśnie powiedziałem/ Jaśnie Panu, że młodzież zarażają szałem,/ Ucząc ich głupstw: na przykład, starożytne dzieje!/ Któż nie widzi, że młodzież od tego szaleje”. A chwilę później dodaje: „Lecz po co zawsze prawić o republikanach,/ Zawsze o Ateńczykach, Spartanach, Rzymianach?”. Komuniści też niespecjalnie przepadali za studiami klasycznymi, ale nie zniszczyli kompletnie naszej dyscypliny. I dawała ona w czasach stalinizmu nadzieję takim intelektualistom, jak Henryk Elzenberg, Hanna Malewska czy Zbigniew Herbert. Elzenberg, w krótkiej notce dodanej w latach sześćdziesiątych do przedruku swojego przedwojennego eseju o poezji Lukrecjusza, pisze, że choć dzisiaj tak modne jest mówienie o postępie ludzkości, on w postęp nie wierzy. Wierzy raczej w istnienie civitas aeterna, „wiecznej społeczności”, w ramach której możemy rozmawiać z Lukrecjuszem czy Markiem Aureliuszem bez względu na dzielący nas od nich czas.

W tym samym mrocznym czasie Hanna Malewska, która kierowała „Znakiem” i „Tygodnikiem Powszechnym”, zostaje wyrzucona z pracy. Siedzi w swoim mieszkaniu, je wyłącznie kaszę gryczaną, bo na nic jej nie stać, i pisze swoją największą powieść Przemija postać świata, w której opowiada o losach kultury klasycznej w dobie szalejących wojen, zarazy i destrukcji. Spojrzenie na antyk daje wolność nawet w najbardziej duszących czasach. W grudniu na konferencji w Cambridge wygłosiłem referat, w którym mówiłem o tym, że w Europie Środkowo-Wschodniej filologia klasyczna to była wolność, a nie opresja. Potem kilka osób podeszło do mnie, mówiąc o swoim wzruszeniu i o tym, że nie mieli o tym pojęcia.

Odrodzenie – to powtarzające się zjawisko w naszej kulturze – zawsze wiązało się z powrotem do wartości klasycznych i kultury starożytnej.

Ciągle tkwimy mentalnie w osiemnastowiecznej interpretacji antyku, w myśl której między starożytnością a nowożytnością panowały przez tysiąc lat wieki ciemne, w czasie których nie było rozwoju wiedzy i kultury. Przedstawiciele odrodzenia i humanizmu XIV-wiecznego mówili o wiekach średnich, czyli środkowych, znajdujących się pomiędzy nimi i antykiem, ale bez takiego negatywnego, ideologicznego wydźwięku, który pojawił się w pamfletach francuskich filozofów oświecenia. Odszedłbym od tego spojrzenia, bo odrodzenie miało w pewnym sensie charakter ciągły. Wciąż wracaliśmy do źródeł, szukaliśmy inspiracji w antyku, czasem mniej, czasem bardziej. Stąd niektórzy historycy mówią o wielu „odrodzeniach”, między antykiem a wiekiem XV i XVI.

Warto może jeszcze wrócić do tego oświeceniowego zanegowania średniowiecza, bazującego na kompletnej ignorancji.

Na temat średniowiecza krąży szereg mitów, a określenie „średniowieczny” jest w publicznym dyskursie używane jako inwektywa. Przykładem jest powszechne przekonanie, że w średniowieczu nagminnie palono na stosach czarownice. Tymczasem w średniowieczu nie za bardzo wierzono w czary, przynajmniej oficjalnie. Tak zwany canon Episcopi, włączony w XII wieku do standardowego korpusu prawa kanonicznego, zwanego Decretum Gratiani, stwierdzał, że czary nie działają, toteż opisy sztuk magicznych są oparte na halucynacjach. Tak było w wiekach ciemnych. Kiedy przyszło światło odrodzenia, w latach osiemdziesiątych XV wieku, powstał słynny Młot na czarownice i rozpętała się zbiorowa psychoza polowań na czarownice, charakterystyczna dla oświeconej nowożytności. Paradoksem jest, że przeciwstawiano się procesom czarownic, cytując średniowieczne prawo kanoniczne, przynajmniej w krajach katolickich. Tymczasem najwięcej czarownic palono w krajach protestanckich. Upraszczam w tym momencie, ale przytaczam przecież fakty historyczne.

Mam wrażenie, że wszystkie współczesne zbrodnicze ideologie – rosyjski czy międzynarodowy komunizm i niemiecki socjalizm narodowy – odrzuciły kulturę klasyczną, żeby zbudować „nowego człowieka”, „nowy świat”. Z kolei protestantyzm dokonał strasznego spustoszenia w sztuce, niszcząc ozdoby kościołów, obrazy, rzeźby.

Tom Holland, historyk antyku, w książce Dominion, wydanej w 2019 roku, twierdzi, że komunizm, podobnie jak świecki, oświeceniowy humanizm, jest w gruncie rzeczy protestantyzmem bez Boga. Nowożytne utopijne ideologie, włącznie z tymi, które dominują dzisiaj, oparte są na pewnych wyselekcjonowanych cnotach chrześcijańskich, takich jak współczucie dla uciśnionych i odrzuconych czy miłość bliźniego, ale odrzucają Boga, który przestał być potrzebny. Książka Hollanda sugeruje, że komuniści to byli skrajnie radykalni chrześcijanie i zwraca uwagę na to, że to nie komunizm, ale nazizm stanowi całkowite odrzucenie chrześcijańskiej kultury Zachodu, ponieważ nazizm twierdzi, że racja jest po stronie silnych, a nie po stronie słabych i cierpiących. Holland twierdzi zatem, że krzyż Chrystusa, który był symbolem miażdżącej potęgi Rzymu, wznosi się od 2000 lat ponad kulturą Zachodu i uodparnia ją na wszelkie próby idealizacji siły i przemocy. Paradoksalnie, hitleryzm nawiązywał do myśli filologa klasycznego, Friedricha Nietzschego, zakochanego w ideałach homeryckich, które próbował przeciwstawić chrześcijaństwu. Zresztą żaden to paradoks, skoro Karol Marks napisał rozprawę doktorską o Demokrycie i Epikurze. Wszystko zaczyna się od antyku.

Holland jest zresztą dość przekonujący, gdy twierdzi, że dzisiejsza kultura powtarza tylko to, co już wcześniej było, i przytacza np. protestanckie profanacje wizerunków Maryi w XVI wieku czy postulaty społecznej rewolucji i odrzucenia przeszłości, charakterystyczne dla radykalnej reformacji. Wcześniej powiedziałem, że cała historia Europy to nieustanne odrodzenia i powroty do antyku. Jednocześnie jest to nieustanna reformatio (termin pochodzący z XI wieku), ciągła reformacja, dyskusja z tradycją i przeszłością.

Czy antyk jest wciąż inspirujący?

Krzysztof Meissner, wybitny polski fizyk, współpracujący z noblistą Rogerem Penrose’em, uważa, że współczesna fizyka jest z gruntu platońska. Meissner jest zresztą prawnukiem polskiego badacza Platona, Wincentego Lutosławskiego. Powtarza często w swoich wykładach, że nie możemy znaleźć teorii integrującej ogólną teorię względności Einsteina z kwantową teorią pola, bo mamy za mało szalone pomysły, za bardzo tkwimy w rzeczywistości empirycznej. Powinniśmy iść za Platonem raczej niż Arystotelesem i uwolnić umysł od ograniczeń zmysłów. To nietypowy może przykład tego, jak nieoczekiwana może być inspiracja antykiem.

Wracając do kwestii „po co nam antyk?”. Problem w tym, że łatwo jest coś zakończyć i zniszczyć, w tym jesteśmy naprawdę świetni, a znacznie trudniej jest coś zbudować i rozwinąć, bo to wymaga czasu, cierpliwości i zbiorowego wysiłku wielu ludzi. Być może bardziej opłaca się dzisiaj zamykać filologię klasyczną czy historię starożytną i średniowieczną, bo wtedy będzie więcej pieniędzy na biologię molekularną. Trudno z tym dyskutować. Z Homera i Platona nie będzie pieniędzy ani lekarstwa na raka. Ale nawet przyjmując ten język użyteczności, czy rzeczywiście jesteśmy tak naiwni i wierzymy, że możemy przewidzieć, co nam będzie potrzebne za 300 lub 400 lat? Czy możemy być pewni, że znajomość antyku, wiedza o jego językach, literaturze, kulturze i filozofii nie przyda się nam kiedyś?

Nasza polska filologia klasyczna to dyscyplina, która nie istnieje i chyba nigdy nie istniała. To po prostu kierunek studiów. Na świecie mówimy raczej o studiach nad antykiem, czyli Classics.

Rzeczywiście w świecie anglosaskim mówi się o badaniach czy studiach klasycznych. Rozumie się przez to badania nad starożytnością, które dotyczą języków, historii, religioznawstwa, literatury, filozofii, sztuki, lecz także obejmują archeologię starożytną, ale dotyczącą Grecji i Rzymu, nie np. Egiptu. Podobnie jest w kulturze niemieckiej, gdzie funkcjonuje pojęcie Altertumwissenschaft, czyli „nauka o starożytności”. Tak naprawdę trudno rozdzielać różne obszary wiedzy dotyczące antyku. Znajomość języków starożytnych jest przecież potrzebna i historykowi, i filozofowi, i badaczowi poezji. Jest więc tak, że podczas gdy moi koledzy i koleżanki z zagranicy zajmują się Classics czy Classical Studies, ja uprawiam filologię klasyczną, nawet jeśli zajmuję się przede wszystkim historią antycznej filozofii.

Czy mamy w polskiej filologii klasycznej postaci rozpoznawalne w świecie?

Jak najbardziej. Teraz międzynarodowym językiem filologii klasycznej staje się angielski (choć Francuzi czy Włosi by się oburzyli na te słowa) i badacze z Polski, zwłaszcza młodszego pokolenia, publikują świetne prace w prestiżowych wydawnictwach. Coraz częściej chyba polscy klasycy wydają i wydawać będą monografie od razu po angielsku, a nie po polsku z późniejszym tłumaczeniem na angielski. Mogę wymieniać nazwiska, choć problem w tym, że nie wymienię wtedy wszystkich, którzy na to zasługują. Z pewnością jednak polski wkład w filologię klasyczną jest coraz bardziej dostrzegany w świecie. Są też filolodzy klasyczni, którzy stali się znani z czegoś innego niż badania nad antykiem, jak choćby polscy powieściopisarze Marek Krajewski i Małgorzata Musierowicz, a w Wielkiej Brytanii pisarka J.K. Rowling czy polityk Boris Johnson.

Po co nam klasycy?  3

Jak wygląda, czy w ogóle ma miejsce, umiędzynarodowienie studiów – w sensie kształcenia – klasycznych?

W Poznaniu mamy studia śródziemnomorskie, które prowadzimy w języku angielskim. Przyjeżdżają do nas studenci z Chin, ale też innych krajów, także europejskich. Są to studia interdyscyplinarne, wprowadzające raczej w kulturę i tradycję zachodnią niż w język łaciński i grecki. Niektórzy w tym właśnie widzą przyszłość filologii klasycznej, ale ja uważam, że nauczanie języków jest sprawą zasadniczą. Trudno jednak o to walczyć, jeśli filologia klasyczna na Uniwersytecie Princeton zapowiada, że zrezygnuje z języków klasycznych, bo to bariera dla studentów zainteresowanych antykiem.

Nie mamy studentów. Na wielu uniwersytetach nikt nie potrafi napisać po łacinie laudacji do doktoratu honoris causa, zresztą nie byłaby zrozumiana.

Studentów jest czasem trochę więcej, czasem mniej, ale wciąż pojawiają się młodzi ludzie zainteresowani antykiem. Jeśli chodzi o kondycję naszej dyscypliny, to z pewnością jest teraz więcej pieniędzy na naukę i choć wyraźnie premiowani są przedstawiciele nauk ścisłych, również i my mamy możliwość zdobycia środków na udział w konferencjach międzynarodowych, wygłoszenie wykładu czy zakup potrzebnych książek.

Łacina znika ze studiów medycznych, podobnie jest z prawem czy biologią, choć przecież taksonomia wciąż bazuje na nazwach łacińskich.

Jeszcze parę lat temu zastępowałem osobę uczącą łaciny na anglojęzycznych studiach medycznych w Poznaniu. Krótko potem dowiedziałem się, że studenci wystosowali petycję, żeby zlikwidować łacinę, bo to angielski jest obecnie międzynarodowym językiem medycyny, a łacina jest lekarzowi do niczego niepotrzebna.

Ma pan doktoranta?

Nie mam.

Nie ma pan obawy, że zabraknie kiedyś tych, którzy będą nas mogli nauczyć o tym, skąd jesteśmy i co jest ważne?

W moim instytucie jest kilkunastu samodzielnych pracowników i niewielu studentów, którzy niekoniecznie chcą po uzyskaniu licencjatu studiować dalej, żeby uzyskać magisterium i zdawać do szkoły doktorskiej. Nie każdy może mieć doktoranta i wykształcić doktora. Coraz więcej mamy doktorów habilitowanych i profesorów tytularnych. Za to mamy mniej studentów i doktorantów, bo po prostu nie mogą oni po takich studiach znaleźć pracy w zawodzie. Ten problem jest u nas i tak mniej widoczny niż na Zachodzie, gdzie człowiek po doktoracie, nawet ze znakomitymi publikacjami, nie jest w stanie znaleźć pracy na uczelni. Staje do kolejnych konkursów bez skutku, zatrudniany jest w kolejnych projektach grantowych, jeżdżąc z jednego kraju do drugiego, co wzmaga frustrację młodych badaczy i ich podatność na hasła typu „spalić filologię klasyczną”. Czytam i słyszę od znajomych, że zachodni establishment najlepszych uczelni dobiera sobie współpracowników wedle uznania, a nacisk na pieniądze i wpisywanie się w modne dzisiaj hasła społeczne powodują, że miejsc pracy w naszej dyscyplinie jest na Zachodzie coraz mniej. U nas jest więc o tyle lepiej, że jednak pojawiają się wciąż stanowiska adiunktów i perspektywy dla młodych.

Zdumiewający jest ten ideologiczny motyw likwidacji studiów klasycznych na Zachodzie, o którym pan mówi.

To płynie z Ameryki, a Stany Zjednoczone to kraj, gdzie wszystko jest bardzo przerysowane i skrajne. Serial Pani Dziekan (The Chair), dostępny na Netfliksie, który jest chyba popularny głównie wśród akademików, widzom nieznającym amerykańskich kampusów wyda się zapewne jakąś komiczną karykaturą, ale jest to w gruncie rzeczy niemal reportaż. Pytanie, czy chcemy to importować, czy nie, nawet przy naszej przeogromnej sympatii do Ameryki? Ten amerykański radykalizm, zarówno prawicowy, jak i lewicowy, zaraża inne kraje, jak choćby Wielką Brytanię, tradycyjnie uważaną za zdroworozsądkową i pragmatyczną.

Ostatnio w atmosferze skandalu zrezygnował rektor Uniwersytetu w Cambridge. Jedną z przyczyn była kontrowersja wokół wolności słowa. Pod naciskiem studentów i doktorantów zaproponował pomysły zmian w statucie uczelni, które miały dotyczyć na przykład tzw. mikroagresji. Studenci mieli być zachęcani do anonimowego donoszenia na wykładowców, którzy przejawiali nieświadomy rasizm. Jako jego przykład podawano unoszenie brwi przez wykładowcę w sytuacji, gdy wypowiada się czarnoskóry student. Największy sprzeciw wzbudziło nawet nie to, a proponowany zapis o tym, by na Uniwersytecie w Cambridge nakazać poszanowanie poglądów innych ludzi. Większość uczonych odrzuciła te propozycje w głosowaniu, argumentując, że jest to zapis niebezpieczny. Możemy się zgodzić na tolerowanie poglądów innych i chronić wolność ich wyrażania, ale dlaczego mam szanować coś, co uważam za fałszywe? Jeśli chodzi o rezygnację rektora, nie bez znaczenia, jak się wydaje, były też jego intensywne kontakty z Chinami, o których pisała brytyjska prasa. Opinii publicznej nie podobało się to, że pierwszą oficjalną wizytę złożył w ambasadzie chińskiej.

Zmieniając trochę temat – nie jest łatwo dziś powiedzieć, czym w ogóle jest i ma być humanistyka i studia klasyczne na uniwersytecie. Mamy do czynienia z odejściem od badania przeszłości, bo studenci interesują się tym, co jest teraz, problemami społecznymi i politycznymi. Humanistyka traci swoją tożsamość. Jako badacze mamy poczucie, że powinniśmy się zajmować czymś, co jest ważne. Tylko co jest ważne? Z jednej strony zmiany klimatu, rasizm czy COVID, a my mamy studiować martwe języki? Z drugiej strony mamy tradycję uczonych takich, jak Irving Babbit, filolog klasyczny z Harvardu, twórca tzw. nowej humanistyki, który był przekonany, że istotą humanistyki, w tym studiów klasycznych, jest kształtowanie charakteru. Przez obcowanie z językiem i literaturą antyczną doskonalimy się moralnie i duchowo. Natomiast po dwóch wojnach i totalitaryzmach wielu intelektualistów na Zachodzie zaczęło bardzo podejrzliwie traktować myśl o moralnym kształtowaniu studentów. Przecież żyjemy w społeczeństwie pluralistycznym, w którym funkcjonują różne systemy moralne. W myśl którego z nich mamy ich kształtować? Niektórzy powiedzą nawet, że nie ma obiektywnej prawdy, dobra i piękna, więc konkluzja jest ta sama – nie możemy niczego studentom narzucać.

Jednocześnie jednak w ostatnich latach pojawia się bardzo określony typ moralności, który uniwersytet chce kształtować w studentach i pracownikach, a który oparty jest na takich cnotach, jak wrażliwość, empatia, tolerancja, otwartość, równość i tym podobne. Historycznie rzecz ujmując, jest to nowy zestaw idei, który ma zastąpić tradycyjne kształcenie humanistyczne, w którym chodziło o samokontrolę, o to, żeby rozum panował nad emocjami oraz o poznanie i nauczanie prawdy. Pamiętam jeszcze, że jako doktor ślubowałem – i to po łacinie – że będę ze wszystkich sił dążył do światła prawdy. Dzisiaj mało o tym słyszę na uczelni, o wiele więcej mówi się o empatii czy równości, które są potrzebne, ale nigdy nie były przecież priorytetem uniwersytetu. Tadeusz Kotarbiński, obejmując w 1945 roku stanowisko rektora Uniwersytetu Łódzkiego, w mowie inauguracyjnej odwołał się do łacińskiego motta tej uczelni: Veritas et Libertas, „Prawda i Wolność”. Powiedział, że uniwersytet powinien być „przybytkiem prawdomównego i do prawdy obiektywnej dążącego nauczycielstwa. (…) Są to bowiem wielkie, monumentalne niezmienniki w dobie wielkiej powszechnej przemiany”.

Rozmawiał Piotr Kieraciński

Wróć