logo
FA 1/2022 informacje i komentarze

Dariusz Galasiński

Nauka międzynarodowa

Niedawno opublikowany program Lewicy przeciwstawia się fetyszyzacji umiędzynarodowienia nauki i dorobku naukowego, uznając, że nie skutkują one wzrostem znaczenia polskiej nauki na świecie. Nie dość, że nie idziemy w górę w rankingach międzynarodowych, to jeszcze padamy ofiarą międzynarodowej nieuczciwości. Na dodatek niedawno minister edukacji i nauki zwiększył punktację wielu polskim czasopismom, praktycznie usuwając motywację do publikowania „na świecie”, a tym samym do umiędzynarodowienia nauki. Polskie media społecznościowe naukowców zawrzały. Dyskutanci w dużej mierze zgadzali się, że podważanie międzynarodowości nauki jest poważnym błędem. Nauka jest jedynie międzynarodowa, pisano, a promowanie lokalnej nauki wobec międzynarodowej jest wstecznictwem. Oto mój głos w dyskusji.

Jest dla mnie oczywiste, że nauka nie jest jedynie międzynarodowa. Każdy kraj nie tylko ma swoją własną naukę, ale także wiele się możemy o niej dowiedzieć. Na przykład wiemy, ile pieniędzy rząd przeznacza na naukę w Polsce; wiemy, gdzie nauka polska znajduje się w rankingach publikacji, prestiżu uniwersytetów; wiemy wreszcie, ilu jest w Polsce doktorantów, doktorów czy profesorów. Polskie rządy mają swoją politykę, co rusz zmieniają ustawę, punktację czasopism czy też majstrują przy podziale dyscyplin naukowych. Te wszystkie decyzje mają bezpośredni wpływ na uprawianie nauki Polsce.

Co więcej, moim zdaniem, nietrywialnym argumentem jest również to, że polski podatnik, finansujący podatkami naukę polską, powinien mieć do tejże nauki jakiś dostęp. Innymi słowy, ci, którzy nas finansują, powinni mieć bezpośrednią korzyść z naszej pracy. I rzeczywiście, kilkoro uczonych europejskich niedawno zaapelowało o wielojęzyczność publikowania, właśnie, żeby zwiększyć dostępność nauki (https://blogs.lse.ac.uk/impactofsocialsciences/2021/12/07/multilingualism-is-integral-to-accessibility-and-should-be-part-of-european-research-assessment-reform/). Czy zatem rzeczywiście warto nalegać na polski dorobek dla polskiego podatnika, przysłowiowych dzisiaj Janusza i Grażyny? Otóż moim zdaniem odpowiedź nie jest wcale oczywista.

Argumentację warto zacząć od tego, że zbyt często widzimy międzynarodowość jako kontakt z nauką poza granicami Polski, a jak już jest artykuł po angielsku, to mamy międzynarodowość pełną gębą. Wbrew temu uważam, że tezą niekontrowersyjną jest stwierdzenie, iż przekroczenie granic Polski wcale nie powoduje, że znajdujemy się w naukowym raju, a przetłumaczenie słabego artykułu na angielski nie spowoduje wzrostu jego jakości. Knot nie stanie się brylantem, choćby został przetłumaczony na dowolną liczbę języków. Dodałbym, że znam bardzo słabe artykuły napisane przez bardzo słabych badaczy brytyjskich. I odwrotnie – znam świetne teksty napisane po polsku przez świetnych badaczy polskich. Międzynarodowość zatem to coś innego. To przede wszystkim udział w debacie naukowej. Nie w polskiej debacie naukowej, ale w debacie naukowej w ogóle. Międzynarodowość to nie tylko znajomość tejże debaty, ale umiejętność wpisania się w nią i zaistnienia w niej.

A żeby tego dokonać, trzeba wyjść nie tyle poza granice kraju, ale poza granice własnego środowiska. Nie darmo zatem dobre czasopisma naukowe określa się jako internationally refereed (recenzowane międzynarodowo). Bo to właśnie wyjście z własnego piętra, województwa, a również kraju jest standardem międzynarodowości, do którego powinniśmy dążyć. Idzie zatem nie o to, by przekonać do naszego artykułu czy rozdziału kolegę z sąsiedniego pokoju czy uniwersytetu. Chodzi o to, by nasz tekst oceniał ktoś, kto nie ma z nami nic wspólnego, kto zanurzony jest w inny kontekst instytucjonalny, edukacyjny, kulturowy, a i tak uważa, że przesłany z Polski tekst jest wart opublikowania. To jest ten sukces i ta międzynarodowość, która nie jest żadnym fetyszem, ale przyjętym standardem jak świat długi i szeroki.

A co z Januszem i Grażyną? Otóż mam nadzieję, że im przede wszystkim zależy nie na tym, by mieć dostęp do tysięcy artykułów publikowanych co roku, z których, jak my wszyscy, w najlepszym razie są w stanie zrozumieć maluteńki ułamek. Mam nadzieję, że owi przysłowiowi Janusz i Grażyna, jeśli już poświęcą nauce myśl czy dwie, chcieliby wiedzieć, że badaczka pracująca na polskiej uczelni za ich ciężko zapracowane pieniądze, robi naukę doskonałą. I że to jej badania, w międzynarodowej ocenie, a nie przez ustawową gwarancję, są znaczącym wkładem w rozwój dyscypliny. Międzynarodowość nauki to umiejętność i możliwość dialogu z resztą świata.

I na koniec refleksja osobista. Moja rozprawa doktorska, z której tytułu wyśmiewał się „Przekrój”, w 1992 r roku została opublikowana jako książka pt. Chwalenie się jako perswazyjny akt mowy. Ku mojemu zaskoczeniu książka zaistniała w środowisku. Jeszcze kilka lat temu na konferencji w Polsce Dariusz Galasiński okazywał się autorem tejże właśnie książki, choć napisał już 8 następnych (wszystkie po angielsku). Niestety, ta książka nie zaistniała nigdzie indziej. I gdy od czasu do czasu wspominam ją, budzi znaczne zainteresowanie. Jednak nigdy nie weszła do nauki międzynarodowej.

I tu wracamy do języka. Język angielski, bez wątpienia dzisiaj lingua franca nauki na świecie, choć są, rzecz jasna, różnice dyscyplinarne (np. polonistyka posługuje się głównie językiem polskim), nie daje żadnej gwarancji jakości publikacji. Jednak daje coś ważniejszego. Język angielski umożliwia przekonanie całego świata o tejże jakości. A to właśnie świat powinien nas oceniać.

Prof. dr hab. Dariusz Galasiński, psycholog i lingwista, Uniwersytet Wrocławski

Wróć