logo
FA 1/2022 życie naukowe

Zbigniew Drozdowicz

Być przywoływanym

Być przywoływanym  1

Fot. Stefan Ciechan

Nie twierdzę, że jest coś złego w tym, że ważni i w miarę poważni uczeni korzystają z mediów i sposobów na bycie rozpoznawalnym. Problem jednak w tym, że stają się nimi również tacy, którzy niczego ważnego nie osiągnęli w nauce, a ich medialne wypowiedzi zdają się poważne głównie tym, którzy wierzą, że jeśli w mediach wypowiada się osoba ze stopniem lub tytułem naukowym, musi to być prawdą.

Nie widzę niczego nagannego w tym, że ktoś chce przekroczyć próg anonimowości i stać się osobą rozpoznawalną publicznie. Dyskusyjne są jednak sposoby uzyskiwania tej rozpoznawalności. Niektóre z nich zasługują na uznanie. Są jednak również takie, które powinny trafić na „czarną listę” nagannych praktyk. Czasami zresztą na nią trafiają. Mimo tego trwają i są udoskonalane w kolejnych pokoleniach. Nie jest od nich wolne środowisko akademickie.

Tradycyjne sposoby

Dla kogoś słabo obeznanego z tradycją filozoficzną i naukową może być mało zrozumiałe, że niektórzy filozofowie i uczeni niezwykle długo trwają w pamięci kolejnych pokoleń, a ich twierdzenia wyglądają tak, jakby zostały sformułowane dopiero przed chwilą. Z filozofów starożytnych przykładem może być Sokrates i jego twierdzenie: „wiem, że nic nie wiem”, a z nowożytnych Kartezjusz i jego twierdzenie: „myślę, więc jestem”. Rzecz jasna ich sens można rozumieć na różne sposoby. Również życie tych filozofów było różnie przedstawiane. Dla tych, którzy ich podziwiają, są postaciami „kryształowymi”. Odpowiedź na pytanie, co to oznacza w przypadku Sokratesa, można znaleźć zarówno u jego bezpośredniego ucznia, Platona, jak i znacznie późniejszych uczniów. Byli jednak tacy, którzy nie tylko Sokratesa nie podziwiali, ale już za jego życia go wyśmiewali. Później także się tacy pojawiali. Przykładem może być Fryderyk Nietzsche. Stanął on w obronie nie Sokratesa, lecz jego kłótliwej żony Ksantypy, mającej do męża pretensje o to, że zamiast uprawiać wyuczony zawód kamieniarza, włóczył się po ulicach Aten i narzucał się przechodniom swoim „mędrkowaniem”.

Inaczej wyglądało życie Kartezjusza. Przypada ono na ten okres w kulturze zachodniej, kiedy upowszechniło się nie tylko słowo pisane, ale także drukowane, a słowo mówione filozofów i uczonych mogło być głoszone z wysokości uniwersyteckich katedr. Tej ostatniej możliwości nie miał jednak Kartezjusz. Zresztą nawet gdyby się pojawiła, najprawdopodobniej nie chciałby z niej skorzystać. W jego czasach bowiem z takimi poglądami, jakie głosił, raczej należało się ukrywać, niż obnosić, a ci, którzy odważyli się je upowszechniać, mieli zakaz przekraczania bram wielu ówczesnych uczelni. Mimo to osiągnięcia filozofa i uczonego stały się szeroko znane, a nazwisko pojawia się na kartach wielu publikacji. W przeszłości częściej był on jednak krytykowany niż podziwiany, a ci, którzy odważyli się go bronić, spotykali się niejednokrotnie z ostrą krytyką. Do tych nielicznych należał m.in. Benedykt Spinoza. Jego kartezjańskie powinowactwo przysporzyło mu zresztą zdecydowanie więcej przeciwników niż zwolenników, a kościelni oponenci nazywali go „dzieckiem diabła”. Te postkartezjańskie spory krótko podsumował w XVIII stuleciu Wolter: wszystko to jest metafizyką, czyli czymś, co jest w gruncie rzeczy pozbawione sensu.

W pamięci potomnych Wolter zapisał się jednak nie tylko tropieniem różnych form metafizyki, lecz także kreowaniem i upowszechnianiem wizji świata bazującej na oświeconym rozumie. Nie miał przy tym żadnych skrupułów, aby negować wartość tradycyjnych wierzeń i kreować takie, które zdawały mu się zgodne ze zdrowym rozsądkiem. Rozsądek ten nie był jednak na tyle zdrowy, aby mógł być pomocny w zrozumieniu najistotniejszych zawiłości istniejącego świata lub chociażby w pojęciu poglądów uczonych, którzy w jego opisywaniu i objaśnianiu bazowali na zintelektualizowanej nauce, jaką była i jest matematyka. Przykładem może być m.in. Izaak Newton. Wolter napisał i opublikował swoistą apologię angielskiego matematyka, astronoma, astrologa i fizyka, zatytułowaną Elementy filozofii Newtona. Jednak to, co się pojawia na jej kartach, w wielu istotnych punktach rozmija z poglądami tego uczonego. Nie przeszkodziło to jednak Wolterowi w uzyskaniu tak szerokiego rozgłosu, że jego nazwisko stało się nie tylko swoistą wizytówką epoki, ale także wszystkich formacji ideowych, które podpisują się pod przekonaniem: „im mniej tradycjonalizmu i więcej nowoczesności, tym lepiej dla ludzkości”. W dzisiejszej zlaicyzowanej Francji Wolter jest patronem niejednej szkoły średniej. Oznacza to głęboką zmianę nie tylko w tym, kogo i co uznaje się za wzorzec mądrości, ale także w tym, jak te wzorce się upowszechnia. Wolterowski wzorzec pod wieloma względami można sprowadzić do stwierdzenia, że ważne jest nie tyle nawet to, co się mówi, ile to, kto się wypowiada, i taka osoba żyje w tzw. przestrzeni publicznej dopóty, dopóki inni chcą słuchać i powtarzać to, co miała ona do powiedzenia. Wprawdzie podobne wzorce pojawiały się już dużo wcześniej, lecz nowatorstwo wolterowskiego polega na tym, że nie szuka się dla nich uzasadnienia ani w boskich postanowieniach, ani też w decyzjach kościelnych decydentów, lecz stawia się przede wszystkim na kreacyjne możliwości i umiejętności, które dzisiaj nazywane są mobilnością.

Nowoczesne sposoby

W zakresie sposobów i środków kreowania swojej obecności w przestrzeni publicznej w ostatnich kilkudziesięciu latach dokonała się prawdziwa rewolucja. Pojawiły się bowiem nie tylko bardziej zróżnicowane sposoby, niż to miało miejsce jeszcze w połowie minionego stulecia, ale także nastąpiło znaczne poszerzenie dostępu do nich. Jeszcze w połowie minionego stulecia głównymi środkami w tym zakresie były najpierw radio i prasa, a nieco później telewizja. Dzisiaj dołączył do nich internet. W czasach „słusznie minionych” sporą karierę zrobiło powiedzenie jednego z szefów naszej telewizji, że jeśli czegoś się w niej nie pokazuje, to tak jakby to nie istniało. Dzisiaj można powiedzieć, że jeśli czegoś nie można znaleźć w internecie, to albo to nie istnieje, albo przynajmniej nie jest warte poważnego zainteresowania. Z tych zależności zdają sobie sprawę nie tylko politycy, ale także uczeni, w tym niektórzy z tych, którzy zapisali we współczesnej nauce znaczące karty. Interesującym przyczynkiem do dyskusji na ten temat może być m.in. funkcjonowanie w obiegu publicznym dwóch wybitnych fizyków – Alberta Einsteina i Stephena Hawkinga. Jeden i drugi miał zarówno znaczące dokonania naukowe, jak i tak liczne przywołania, że można byłoby nimi obdzielić całkiem liczną grupę uczonych i każdy z nich prezentowałby się pod tym względem okazale. W przypadku pierwszego znaczącą rolę odegrały m.in. wywiady telewizyjne i prasowe, natomiast w przypadku drugiego również internet.

Nie twierdzę, że jest coś złego w tym, że ważni i w miarę poważni uczeni korzystają z tych mediów i sposobów na bycie rozpoznawalnym. Problem jednak w tym, że stają się nimi również tacy, którzy niczego ważnego nie osiągnęli w nauce, a ich medialne wypowiedzi zdają się poważne głównie tym, którzy wierzą, że jeśli w mediach wypowiada się osoba ze stopniem lub tytułem naukowym, musi to być prawdą. Jeśli w dodatku taka osoba pojawia się w nich wielokrotnie, to musi być tzw. świętą prawdą. Nie będę przywoływał tischnerowskiej „teorii” trzech prawd, bo musiałbym użyć nieprzyzwoitego słowa. Jakby jednak ich nie nazywać, wychodzi na to, że pierwsza może być „półprawdą”, druga „ćwierćprawdą”, a trzecia całkiem zwyczajnie nieprawdą w ustalaniu, która część wypowiedzi medialnych znawców „od wszystkiego” może być pomocna nie tylko w orientowaniu się w profilu ideowym poszczególnych mediów, ale także w stosowanych kryteriach dobierania owych ekspertów. Tego ostatniego określenia nie biorę w cudzysłów, bowiem czasami są to faktycznie wysokiej klasy specjaliści. Tyle tylko że ich specjalistyczna wiedza raczej słabo się sprzedaje w mediach, a zdarza się również, że mówią oni w taki sposób, że nawet prowadzący rozmowę dziennikarze mają kłopot ze zrozumieniem. Oznacza to zresztą, że ich szanse na ponowne pojawienie się w tych mediach dramatycznie maleją.

Nie potrafię udzielić jednoznacznej odpowiedzi na pytanie, kiedy one wzrastają? Istnieje jednak co najmniej kilka sposobów na ich zwiększanie, nie tylko zresztą w mediach, ale także w innych obszarach życia publicznego. Należy do nich m.in. „zagranie na aferę”. Określenie to wzięte jest z języka piłkarskiego i oznacza, że wrzuca się piłkę w przepychających się pod bramką i rządnych sukcesu zawodników obu drużyn. Sukces ten może być jednak udziałem jedynie niewielu, którzy mają znaczący udział albo w strzeleniu gola, albo też w uchronieniu swojej drużyny przed jego utratą. W przełożeniu na realia, o których tutaj mowa, taką „aferą” było postawienie Sokratesa przed ateńskim sądem i skazanie go na śmierć (później się okazało, że chwilowo przegrany jest w dłużej perspektywie wygranym). Taką „aferą” były również liczne wystąpienia Woltera przeciwko tradycyjnym wierzeniom i szykanowanie go przez ówczesną cenzurę, a nawet wykluczanie (co dla tego filozofa było szczególnie bolesne) z tzw. dobrego towarzystwa (jeśli tak można nazwać dwory królewskie). Dzisiaj sporo się zmieniło zarówno w sądach, jak i w pojmowaniu przynależności do dobrego towarzystwa, a i obyczaje tego towarzystwa nie zawsze przypominają dworskie celebrowanie. Pojawiły się jednak takie, które również mają pewne znamiona „zagrania na aferę”; tylko tytułem przykładu można wymienić „cudowne” powiększanie przywołań poprzez dopisywanie przez faktycznych autorów publikacji ich przełożonych lub też cytowanie osób, które mogą się nam zrewanżować tym samym w swoich publikacjach.

W nauce pozostają jednak proste i zdrowe zasady, które ustanowione zostały już dosyć dawno – np. zasada, że zanim coś się powie, należy to gruntownie przemyśleć, czy zasada, aby nie wypowiadać się o tym, czego ani się samemu gruntownie nie badało, ani też nie badali tego inni uczeni, a jeśli badali, to jednak wypadałoby liczyć się z ich ustaleniami. Jak trudno jest przestrzegać elementarnych zasad, pokazują nie tylko wystąpienia tzw. płaskoziemców, ale także nader liczne wypowiedzi wielkich uczonych jak Albert Einstein (z okresu, w którym stał się on celebrytą). Co by się o jego naukowych dokonaniach nie powiedziało, to jednak nie był on specjalistą od wszystkiego. Od dzisiejszych medialnych „specjalistów” różni się on m.in. tym, że miał wielkie dokonania i to one sprawiają, że nadal jest traktowany poważnie. Wprawdzie „płaskoziemcy” również mają swoje „naukowe” autorytety, ale w najlepszym przypadku jest to taki poziom „rozgrywek”, który nie podpada pod żaden poważny naukowy ranking. Medialne życie takich „specjalistów” bywa zresztą niejednokrotnie stosunkowo krótkie, bo albo powiedzą coś „od rzeczy”, albo po prostu opatrzą się widzom i trzeba zastąpić ich nowymi „twarzami”.

Tzw. współczynnik wpływu

W środowisku akademickim występuje on pod nazwą Impact Factor i przez niektórych uczonych traktowany jest jako w pełni wiarygodny wskaźnik pozycji naukowej. Obrósł w „piórka”, która mają mu dodać naukowej wagi i powagi, jeśli tak można nazwać nie tylko dopełniającą to określenie specjalistyczną terminologię, ale także liczne publikacje, w których prezentowane są jego zalety. W ostatnich latach pojawiają się jednak również publikacje, w których wskazuje się na jego istotne niedoskonałości oraz jego nadużywanie. Należy do nich opublikowana w 2015 roku książka Robina Ch. Roemera i Rachel Borchardt pt. Meanigful Metrics. Autorzy wskazują nie tylko na właściwe miejsce tego wskaźnika, ale także na takie sposoby jego używania, które mogą być w środowisku akademickim zarówno przydatne, jak i szkodliwe. Krótko mówiąc: wskaźnik ten wprowadzony został do akademickiego życia przez bibliotekarzy, którzy wobec lawinowo rosnącej liczby publikacji potrzebowali selektywnego sposobu zamawiania do bibliotek pozycji, które mogą być w największym stopniu przydatne uczonym. Zwracają oni przy tym uwagę na potrzebę uwzględniania zróżnicowania nauk („w przeciwnym razie może to prowadzić do nieuczciwych porównań z bardzo odmiennymi dziedzinami”), „kontekstu wpływu” (takiego m.in. jak „życie codzienne”) oraz korzystania z innych wskaźników (np. wpływu mediów na badania naukowe). Ich generalizujący wniosek sprowadza się do stwierdzenia, że żaden „zestaw wskaźników nie jest w stanie nadążyć dzisiaj za szybkimi zmianami w krajobrazie wiedzy naukowej”. Skłonny jestem się pod nim podpisać.

Jeśli na koniec miałbym sformułować generalizację ocen praktyk tych bibliometrów i uczonych, którzy wierzą w całkowitą wiarygodność wskaźnika Impact Factor, to powiedziałbym, że taka wiara niejednokrotnie przynosi nauce więcej szkody niż pożytku, zwłaszcza w naukach humanistycznych i społecznych. Natomiast sposób jego ustalenia skłonny byłbym od biedy uznać za sztukę kreowania wielkości, ale w żadnym razie nie za poważną naukę.

Wróć