logo
FA 1/2021 wojna kulturowa

Grażyna Halkiewicz-Sojak

Wojna kulturowa a destrukcja uniwersyteckiej polonistyki

Rys. Sławomir Makal

Dorobek badawczy środowiska polonistycznego od strony zestawień bibliograficznych wygląda całkiem dobrze. Pojawiło się sporo wartościowych monografii, do łask wróciło badanie źródeł, edytorstwo naukowe i krytyka genetyczna, zakończyły się lub trwają prace nad pełnymi edycjami krytycznymi pisarzy z historycznoliterackiego kanonu. Z drugiej jednak strony istnieją tematy „grantonośne”, które mają zdjąć z polonistyki odium dyscypliny etnocentrycznej. Za pomocą imitacji modnych metodologii, np. radykalnej krytyki feministycznej, lustruje się zgodność poglądów dawnych pisarzy z założeniami poprawności politycznej.

Pojęcie wojny kulturowej wprowadził do debaty publicznej amerykański socjolog James Davison Hunter w książce Culture Wars: The Struggle to Define America (New York 1991). Za historyczny model takiej „wojny” uznał niemiecki projekt Kulturkampfu, przygotowany przez kanclerza Otto von Bismarcka i realizowany pod jego auspicjami w ostatnich dekadach XIX wieku. Polem walki w państwie pruskim była przede wszystkim edukacja i gospodarka, ale konflikt bardzo szybko przerodził się w starcie kulturowe i religijne protestantów z katolikami oraz w spór o zasady moralne, które powinny regulować życie społeczne. To wtedy rodził się niemiecki model autorytarnego państwa prawa. Hunter, przywołując ten fragment europejskiej historii, nie odnosi się do polskiego kontekstu. Chodzi mu bowiem jedynie o wskazanie wyjściowego modelu współczesnej wojny kulturowej, przypomnienie jego struktury i dynamiki jako tła dla analizy współczesnego konfliktu w Stanach Zjednoczonych.

Nie znaczy to jednak, że nie powinniśmy o tym okresie pamiętać w Polsce. Tymczasem jest to temat konsekwentnie wypierany ze świadomości zbiorowej. Z lektur szkolnych i uniwersyteckich zniknęły takie pozycje, jak Placówka Bolesława Prusa, nowela Henryka Sienkiewicza Z pamiętnika poznańskiego nauczyciela czy wiersz Marii Konopnickiej o buncie szkolnym we Wrześni, a nawet Stara baśń Józefa I. Kraszewskiego. W kanonicznych tekstach literackich, które są jeszcze w żywym obiegu, ślad tamtego zmagania o polskość wybrzmiewa jeszcze w Rocie Konopnickiej, ale bez historycznego kontekstu staje się coraz mniej czytelny. Nawet świetny serial sprzed lat czterdziestu, Najdłuższa wojna nowoczesnej Europy (reż. Jerzy Sztwiertna; scenariusz: Stefan Bratkowski), nie doczekał się przypomnienia w programach głównych kanałów telewizyjnych. A szkoda, bo po pierwsze, tamta zamierzchła wojna kulturowa była nie tylko konfliktem wewnątrzniemieckim, lecz także projektem germanizacji zaboru pruskiego i walką z polskością na różnych polach: kulturowym, religijnym, ekonomicznym. Po drugie – antykatolickie i antypolskie argumenty, które wtedy padały, przypominają te stosowane we współczesnych polemikach.

Czy, idąc tropem Huntera, należy w czasach Bismarcka upatrywać początku wojen kulturowych w naszym kręgu cywilizacyjnym? Niekoniecznie. Na pytanie, kiedy się one zaczęły, nie sposób udzielić jednoznacznej odpowiedzi; każdy ich wariant będzie uzależniony od tego, jaką perspektywę chronologiczną przyjmiemy. Jeżeli najszerszą, to trzeba uznać, że początkiem konfliktów było odejście od teocentrycznego obrazu świata i początek zmian prowadzących do dominacji antropocentryzmu. Jeżeli natomiast interesuje nas ostatnia odsłona tej wojny, to jej początku należy upatrywać w rewolcie obyczajowej i kulturowej w Europie Zachodniej i Ameryce Północnej z końca lat sześćdziesiątych XX wieku. Istnieje pewien związek między obydwiema perspektywami, więc przyjrzę się najpierw kilku aspektom tej rozleglejszej.

Własne miejsce i poczucie tożsamości

Pierwsze znaki wojny kulturowej można odnaleźć w okresie renesansu, a wyraźnym tego symptomem jest uwolnienie polityczności od kryterium moralnego, mocno zamanifestowane w Księciu Nicolo Machiavellego (Il Principe 1513; wyd. 1532) – syntetycznie ujęte w maksymie: „cel uświęca środki”. Jeszcze przez ponad dwa stulecia od tamtego czasu obydwa obrazy świata współistniały. Starcie reformacji z kontrreformacją nie przesądziło o zwycięstwie którejkolwiek ze stron. Dopiero schyłek oświecenia, francuska rewolucja 1789 roku i to, co nadeszło po niej – terror, ludobójstwo w Wandei, opanowanie porewolucyjnego chaosu przez Napoleona Bonaparte oraz jego rządy, nowy kodeks i podboje – zmieniło sytuację polityczną i kulturową. Zdetronizowano Boga, uznając, że to człowiek jest panem historii, kreatorem praw i zasad moralnych, a umowy społeczne zapewnią lepszy ład świata niż model christianitas. Wiek XIX był wielostronną reakcją na ten stan rzeczy i zaczął się od antyoświeceniwego zwrotu w kulturze europejskiej. Wrażliwym sejsmografem wstrząsów i zmian jest literatura. Spójrzmy pobieżnie na wojnę kulturową z kształtowanego przez nią punktu widzenia.

Szeroko rozumiana kultura europejska, której ważny nurt stanowi literatura i filozofia, wyrosła z mądrości izraelskiej, rzymskiej, greckiej i chrześcijańskiej, a jej aksjologiczną ramę długo wyznaczały dwie triady: platońskich transcendentaliów (Piękno, Dobro, Prawda) oraz chrześcijańskich cnót teologalnych (Wiara, Nadzieja, Miłość). Wprawdzie poszczególne wartości bywały w różnych okresach rozmaicie rozumiane, niekiedy kontestowane i w każdym czasie naruszane, ale wyznaczana przez nie podstawa aksjologiczna długo stanowiła mocny fundament teocentrycznego obrazu świata i chrześcijańskiej antropologii. Literatura dawała temu wyraz: w Boskiej komedii Dantego – syntezie średniowiecznej wizji zaświatów, w łacińskiej poezji średniowiecza i w kształtujących się literaturach narodowych (w średniowiecznych misteriach i moralitetach, w dramatach Pedra Calderona, w XVII-wiecznej barokowej poezji mistycznej – hiszpańskiej, angielskiej, polskiej…). Człowiek miał tutaj swoje ustalone miejsce w łańcuchu bytów i w hierarchii społecznej, co ograniczało jego indywidualne wybory, ale zapewniało stabilne poczucie tożsamości. Rozpoznawał siebie jako dwoiste cielesno-duchowe istnienie z wyraźnym prymatem duchowości.

Od czasów renesansu obraz ten stopniowo ulegał erozji i został zastąpiony perspektywą antropocentryczną (C.S. Lewis, Odrzucony obraz, polska edycja 1986), powiązaną z ideą postępu i wiarą w nieograniczone możliwości rozumu, które pozwolą w przyszłości wyeliminować lub znacznie osłabić wszelkie odmiany cierpienia i poszerzyć obszar wolności. Realizację tych oczekiwań zapowiadały dzieła Woltera, Diderota i całego kręgu „encyklopedystów”, przygotowujące grunt pod francuską rewolucję 1789 roku. Po rewolucji, konfrontującej historiozoficzny projekt z próbą jego realizacji, ta wizja się załamała, ale nie wygasła, dając początek kolejnym próbom konceptualnego doskonalenia jej idei, sprawdzanej później w paśmie kolejnych dziejowych wstrząsów.

Trwałość romantycznego paradygmatu

Każda literatura narodowa ma w swojej historii taki okres, w którym zawarła kwintesencję historycznych doświadczeń i utrwaliła obraz duchowego wymiaru spajającego kulturową wspólnotę. Jest to zwykle epoka wyróżniająca się obecnością dzieł wybitnych i oryginalnych. W Italii taką epoką był renesans, we Francji – klasycyzm, w Hiszpanii – barok „złotego” wieku XVII, w Polsce – romantyzm. Z perspektywy historii literatury widać, że to w tych epokach powstały dzieła, które stały się kanonem kultury i źródłem symboli identyfikujących wspólnotę.

Romantycy – zbuntowane dzieci oświecenia – chcieli dokonać niemożliwego: przywrócić spójność i bogactwo obrazu świata dzięki połączeniu perspektywy teocentrycznej z antropocentryczną. Dlatego z jednej strony znajdziemy w literaturze tego okresu apoteozę wolności i indywidualizmu, z drugiej – gloryfikację wspólnoty narodowej i religijnej, powrót do duchowości chrześcijańskiej, ale także fascynację wierzeniami wcześniejszymi, których ślady przetrwały w kulturze ludowej. Bohater i podmiot literacki jest sytuowany „na miedzy dwóch niezgodnych światów” nie tylko w wymiarze historyczności i wieczności, ale również na przecięciu odmiennych formuł europejskości: chrześcijańskiej i postooświeceniowej. Najważniejszy dla romantyków był duchowy wymiar człowieka wewnętrznego, który wychyla się ku nieskończoności. Ujawniała się tutaj tęsknota za holistycznym poznaniem, ale stopniowo narastało zrozumienie, że taki epistemologiczny maksymalizm wymaga wyjścia poza czas ograniczony rytmem życia zdeterminowanego przez biologię i historię. Tego rodzaju poznawcze aspiracje mogła zaspokoić jedynie mistyczna iluminacja – doświadczenie wewnętrzne, które bywa udziałem mistyków i proroków.

Obok romantycznego profetyzmu przepływa przez XIX-wieczną kulturę także inny nurt – z coraz bardziej wysublimowanym realizmem i coraz głębszymi analizami świata społecznego, który znajduje wyraz przede wszystkim w powieści i kształtuje zróżnicowane odmiany tego gatunku literackiego. Oprócz prawdy, wartości związanej ze wspomnianymi aspiracjami poznawczymi, za niezwykle istotną, a niekiedy nadrzędną wartość polscy romantycy uznali wolność, zarówno w wymiarze indywidualnym, jak i narodowym. Mocno akcentował to Adam Mickiewicz w paryskich wykładach O literaturze słowiańskiej, wskazując wolność jako podstawę „polskiego systematu” aksjologicznego. Apoteoza wolności nie wykluczała jednak konfliktu między jej realizacjami w wymiarze indywidualnym i wspólnotowym; w dziełach polskich romantyków jest to częsty temat, zarówno w tych utworach, które można zaliczyć do nurtu egzystencjalnej medytacji, jak i tych, które należą do „pieśni tyrtejskiej”, związanej z walką o niepodległość. Romantyczny paradygmat, z jego ideą wolności i mesjanistyczną historiozofią, wciąż powraca w polskiej kulturze, chociaż od ćwierć wieku jest odsyłany do lamusa (M. Janion, Zmierzch paradygmatu, 1996). Jego trwałość jest jednym z istotnych powodów wojny kulturowej w Polsce.

Od Norwida do Różewicza

Romantyzm europejski charakteryzuje współistnienie równoważnych wizji człowieka i świata, niekiedy wykluczających się wzajemnie, co otworzyło przestrzeń dla ideowego i estetycznego pluralizmu. Oprócz zalet miało to jednak tę wadę, że żadna z aksjologicznych podstaw nie porządkowała już przestrzeni kultury w całości. Poeci szybko dostrzegli kryjące się w tej sytuacji pułapki. Zauważyli kryzys sztuki, stającej się stopniowo towarem i coraz słabiej realizującej zadanie utrwalania i przekazywania wartości. Charles Baudelaire w Kwiatach zła szukał śladów zdegradowanego piękna, ujawniającego się nieoczekiwanie tu i ówdzie w monstrualnej przestrzeni dziewiętnastowiecznej metropolii. Cyprian Norwid w elegii Na zgon poezji konstatował, że oto poezja umiera na ciężką chorobę, która się zowie „pieniądz i bruliony”, a upatrywał przyczyny jej śmierci także w zastąpieniu idei piękna estetyką silnej ekspresji i powierzchownego blichtru (C. Norwid, Piękno–czasu). „Powab i grzmot” to jakości estetyczne korespondujące z demonicznymi źródłami kultury. Ich akceptację przyniosła myśl Fryderyka Nietzschego, kreująca nadczłowieka obdarzonego sprawczą wolą nocy, ale oddzielającego Piękno i Wolność od Dobra i Prawdy.

Wiek XX odziedziczył ten aksjologiczny kryzys z rozbieżnymi koncepcjami człowieka, które coraz bardziej przechylały się w stronę bieguna cielesności, kwestionowały istnienie duchowości i obiektywny status wartości, transcendentny wobec ludzkiej woli. Co bardziej przenikliwi myśliciele dostrzegali w tej sytuacji symptomy schyłku kultury Zachodu. Nurt pesymizmu i historiozoficznego katastrofizmu gwałtownie narastał po I wojnie światowej, co znakomicie ilustruje ożywiona dyskusja po publikacji książki Oswalda Spenglera Zmierzch Zachodu (1914; wyd. 1918-1922). Przypływ katastrofizmu nastąpił ponownie w latach poprzedzających II wojnę światową i później – kilka lat po jej zakończeniu. W polskiej poezji powojennej ten ostatni katastroficzny akord znalazł oryginalny wyraz w twórczości Tadeusza Różewicza, który i w dramatach i w poemacie Spadanie pisał o zaniku elementów wertykalnych w życiu człowieka współczesnego i tym samym – o usunięciu moralnej miary czynów; także probierza upadku w postaci metaforycznego „dna”. Było to poetyckie uchwycenie procesu, który eksplodował w 1968 roku i dał początek trwającej wojnie kulturowej.

Patrząc na nią od środka, trudno ocenić, jakie jej stadium rozgrywa się obecnie. Wydaje się, że na Zachodzie – dogasające, bo środowiska lewicowo-liberalne już u schyłku XX wieku przechyliły szalę zwycięstwa na swoją stronę. Jako inicjujące tę wojnę w imię poszerzanej do granic absurdu emancypacji i „wolności od…” mogą skierować swoją energię w stronę „zacofanych” sąsiadów z Europy Środkowej i Wschodniej.

Polonistyka obiektem destrukcji

Wspomniany na wstępie Hunter wyróżnił w swojej książce pięć pól konfliktu wojny kulturowej: walkę o zmianę modelu rodziny, o edukację, o hegemonię w mediach i sztuce, o prymat w stanowieniu prawa i reguł wyborczych. Skupię się jedynie na małym wycinku tego rozległego „pola bitwy”, na fragmencie związanym z edukacją – uniwersyteckiej polonistyce. Ten kierunek studiów ma piękną kartę podtrzymywania i przekazywania symbolicznych kodów kultury narodowej w najtrudniejszych momentach. Prowadzone z narażeniem życia tajne komplety polonistyczne w okresie niemieckiej okupacji w Warszawie i Krakowie, krakowski Teatr Rapsodyczny – to tylko najbardziej dobitne przykłady. Na odradzających się po 1945 roku uniwersytetach filologia polska była często głównym kierunkiem wydziałów humanistycznych. W okresie stalinowskim część profesorów i doktorów niezgadzających się na wprowadzanie doktryny marksistowskiej do swoich badań i wykładów była zwalniana, szykanowana, wysyłana na przymusowe urlopy. Na mojej macierzystej toruńskiej uczelni dotknęło to Konrada Górskiego, Irenę Sławińską, Czesława Zgorzelskiego, Artura Hutnikiewicza, a wymieniam tylko polonistów. Niektórzy z nich po 1956 powrócili do pracy na UMK, inni znaleźli miejsce w Katolickim Uniwersytecie Lubelskim.

To historyczne tło przywołuję dla uwypuklenia paradoksu. Mogłoby się wydawać, że po 1989 roku, po zniesieniu cenzuralnych ograniczeń, nastał dobry czas dla polonistyki. Tymczasem od lat dziewięćdziesiątych stała się ona obiektem powolnej, ale systematycznej destrukcji. Najpierw w publicystyce pojawiły się rozproszone głosy, jaki to mało atrakcyjny kierunek. Potem reforma edukacyjna ministra Mirosława Handkego ograniczyła i kanon literacki, i zakres nauczania języka polskiego w gimnazjum i liceum. Apogeum pokazywania profesji polonisty w krzywym zwierciadle w kulturze popularnej przyniósł film Marka Koterskiego z Markiem Kondratem w roli Adasia Miauczyńskiego – sfrustrowanego polonisty i nieudacznika – film nagradzany i obsypywany pochwałami w głównym nurcie krytyki filmowej, mimo kompozycyjnych i warsztatowych mielizn dzieła.

W takim klimacie odbył się w Krakowie, we wrześniu 2004 roku, Zjazd Polonistów pod znamienną nazwą „Polonistyka w przebudowie”. Wielu referentów podjęło tam istotne tematy wiążące się ze specjalnościami z filologicznego kanonu: z historią literatury, jej teorią, językoznawstwem synchronicznym i diachronicznym. Pojawiły się interesujące koncepcje wprowadzenia do procesu dydaktycznego nowych specjalności: edytorstwa i komparatystyki oraz propozycje modernizacji metod nauczania. Obok wybrzmiewały już jednak głosy nacechowane ideologicznie: jak przezwyciężyć polonocentryzm na polonistyce (?), jak odnaleźć się w kręgu lansowanej na Zachodzie wielokulturowości, jak rewidować kanon, by dostosować go do reguł poprawności politycznej. Nie były one jeszcze wówczas dominujące i zostały zrównoważone troską o to, by wprowadzając zmiany, zachować tożsamość polonistyki i nie rezygnować z pokazywania aksjologicznego wymiaru literatury. Te ostatnie kwestie podnosili np. profesorowie: Bożena Chrząstowska, Stefan Sawicki, Jadwiga Puzynina, Jerzy Święch.

Przebudowa zapowiadała się dosyć obiecująco, ale została niebawem zakłócona konsekwencjami wprowadzenia systemu bolońskiego, z obligatoryjnym podziałem studiów polonistycznych na licencjackie i magisterskie oraz wyłączeniem poza strukturę obowiązującego programu specjalności nauczycielskiej. To zdegradowało studia polonistyczne podwójnie: obniżyło ich rangę zarówno jako studiów o profilu akademickim, jak i zawodowym. Pomysły na przetrwanie skutkowały wprowadzaniem doraźnych zmian programowych, często pogłębiających jeszcze kryzys, ale propagowanych odgórnie jako droga do nowoczesności (zwłaszcza po wprowadzeniu reformy minister Barbary Kudryckiej). Na razie bardziej degradowało to dydaktykę niż badania naukowe, ale wskutek tego zawężała się możliwość kształcenia na poziomie akademickim, powstawał bowiem coraz większy rozziew między kompetencjami studentów a pracą naukową prowadzących z nimi zajęcia.

Przez ideologiczne okulary

Jeżeli spojrzymy na dorobek badawczy środowiska polonistycznego od strony zestawień bibliograficznych, to wygląda on całkiem dobrze: pojawiło się sporo wartościowych monografii, do łask wróciło badanie źródeł, edytorstwo naukowe i krytyka genetyczna, zakończyły się lub wciąż trwają prace nad pełnymi edycjami krytycznymi pisarzy z historycznoliterackiego kanonu. Ich ciągłość zawdzięczamy determinacji grona pasjonatów, którzy częściej nie otrzymują grantów niż je otrzymują. Ukazują się kolejne tomy serii mających dłuższą lub krótszą tradycję wydawniczą („Biblioteka Narodowa”, „Czarny Romantyzm”, „Biblioteka Sarmacka”, „Horyzonty Nowoczesności”, „Biblioteka Pana Cogito”, „Biblioteka SN”…). Z drugiej jednak strony istnieją tematy „grantonośne”, które mają zdjąć z polonistyki odium dyscypliny etnocentrycznej. Za pomocą imitacji modnych metodologii, np. radykalnej krytyki feministycznej, lustruje się zgodność poglądów dawnych pisarzy z założeniami poprawności politycznej. Promowane są metody badawcze przenoszone na grunt polskich badań bez refleksji nad ich adekwatnością wobec cech polskiego piśmiennictwa. Niektórzy pisarze są przemilczani, mimo ich rangi w polskiej historii literatury. Przykładem tej ostatniej tendencji była marginalizacja w 2018 roku obchodów 50 rocznicy śmierci Zofii Kossak-Szczuckiej, która nawet ze snobistycznego punktu widzenia powinna zostać zauważona, bo liczbą przekładów swoich powieści pisarka może konkurować jedynie z Henrykiem Sienkiewiczem i Stanisławem Lemem. Te dwie zasygnalizowane wyżej strony medalu to symptomy kulturowych potyczek, które osłabiają współpracę środowiska i prowadzą nie tylko do jego podziału, lecz także do postrzegania dziedzictwa literackiego przez ideologiczne okulary zakłócające jasność widzenia.

Chronologicznie ostatnim krokiem w degradacji akademickiej polonistyki są regulacje wynikające z reformy ministra Jarosława Gowina. Filologia polska od początku swojego istnienia łączyła i integrowała wiedzę o literaturze i języku. Na mocy arbitralnej biurokratycznej decyzji te dwie dziedziny zostały odseparowane: literaturoznawstwo zostało połączone z literaturoznawstwem z zakresu filologii obcych, nauka o języku – podobnie. W ten sposób filologia narodowa została w Polsce rozczłonkowana i sprowadzona do rangi filologii obcych. Dodatkowo zasady ewaluacji związane z punktacją czasopism nie dają filologii polskiej żadnych szans w konkurencji z filologiami obcymi. Otwartość na współpracę międzynarodową w przypadku takiego kierunku, jak polonistyka, powinna raczej polegać na przyciąganiu badaczy z zagranicy, których interesuje polska kultura czy historia do naszych ośrodków akademickich, stanowiących naturalne centra badawcze w odniesieniu do tej akurat problematyki i tworzenia wspólnych zespołów badawczych, a nie na anihilacji owych centrów.

Akademicka polonistyka jest raczej w ruinie niż w przebudowie, a ruiny bywają rezultatem wojen. Nie wiem, w jakim stopniu ten stan rzeczy jest rezultatem wojny kulturowej, ale intuicja i obserwacja podpowiadają, że w znacznym. Nadzieja w tym, że ruinę można odbudować, jeżeli jest nam potrzebne takie miejsce, w którym jeszcze chcemy i umiemy podtrzymywać pamięć o polskiej kulturze literackiej i zasobach ciągle ubożejącego języka.

Prof. dr hab. Grażyna Halkiewicz-Sojak, Katedra Edytorstwa i Literatury Polskiej, Instytut Literaturoznawstwa Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu

Wróć