logo
FA 1/2021 życie akademickie

Rozmowa z prof. Józefem Jurkiem z Akademii Sztuki w Szczecinie

Uczelnia czy korporacja?

Przegląd końcoworoczny na Wydziale AWiS UAP 2019

Wiem z doświadczenia, że kiedyś dziekan pisał strategię dla wydziału. Polityka kadrowa też była kreowana przez niego. Jeśli został wybrany przez społeczność, to czuł się zobowiązany do reprezentowania tych ludzi. A teraz kogo on reprezentuje? Chyba rektora, bo rektor go mianował.

Jak z perspektywy wieloletnich doświadczeń ocenia pan zmiany zachodzące w szkolnictwie wyższym?

Pierwszą reformę szkolnictwa przeżyłem jeszcze w szkole podstawowej. Zawsze powtarzam, że mam niepełne wykształcenie podstawowe, ponieważ ukończyłem tylko siedem klas. Oczywiście żartuję. Gdy byłem w siódmej klasie, zapadła decyzja, aby ci, którzy się urodzili przed pierwszym lipca, kończyli już swoją podstawową edukację, a pozostali kontynuowali naukę w ósmej klasie. Po wakacjach poszedłem do liceum plastycznego. Gdy wracałem do domu i spotykałem się z kolegami, to byłem gość, bo oni chodzili jeszcze do szkoły podstawowej. Złościli się, że to niesprawiedliwe.

Prof. dr hab. Józef Jurek (ur. 1952 r.) – dyplom magisterski w zakresie projektowania architektury wnętrz w poznańskiej PWSSP 1976, tytuł profesora sztuk plastycznych 2002. W latach 1977-2020 zatrudniony w PWSSP – obecnie UAP. W macierzystej uczelni pełnił funkcje: kierownika Zakładu Technik Przekazu Projektowego, kierownika studiów niestacjonarnych na Wydziale Architektury i Wzornictwa, kierownika III Pracowni Architektury Wnętrz, dziekana Wydziału Architektury Wnętrz i Scenografii. W latach 1997-2010 profesor WSSU, w latach 2004-2007 profesor ASP we Wrocławiu. Od 2010 r. zatrudniony w Akademii Sztuki w Szczecinie. Autor wielu projektów wnętrz użyteczności publicznej w kraju i za granicą. Uczestnik wystaw krajowych i międzynarodowych. Członek komitetu naukowego i stały uczestnik Międzynarodowego Sympozjum Naukowego MEDEA w Grecji.

Już od zarania zetknął się pan ze skutkami dosyć absurdalnej reformy szkolnictwa.

Tak, ta reforma skrzywdziła wielu młodych ludzi. W czasie gdy studiowałem i aż do roku 2005 nie przypominam sobie jakichś drastycznych zmian w szkolnictwie wyższym. Zaraz po ukończeniu studiów w poznańskiej PWSSP, podczas oblewania dyplomu magisterskiego w klubie DNO, zostałem zaproszony przez prof. Jerzego Schmidta do poważnej współpracy przy projektowaniu zespołu obiektów pod nazwą Pomnik Początków Państwa Polskiego w Gnieźnie. Były to muzeum, szkoła i aula. Praca obejmowała także nadzór budowlany, zdobyłem więc wszechstronne doświadczenie. Prof. Schmidt zaproponował mi potem, abym został asystentem i tak rozpocząłem pracę na uczelni. Istotną reformą w PWSSP były zmiany dokonane przez rektora Stanisława Teisseyre’a, który sprowadził do Poznania wielu artystów o wybitnym dorobku. Ta reforma miała jednak charakter wewnętrzny, w przeciwieństwie do zmian wprowadzanych w czasie kadencji prof. Barbary Kudryckiej.

Był pan wówczas kierownikiem niestacjonarnych studiów architektury wnętrz. Jak środowisko akademickie odbierało tę reformę?

To było dla nas wielkie zaskoczenie – cały ten system boloński, wprowadzenie studiów trójstopniowych. Środowisko się podzieliło, pamiętam burzliwe dyskusje. Niektórzy wykładowcy dostrzegali pewne korzyści dla studentów, ja jednak byłem przeciwny, gdyż uważałem, że absolwenci, którzy po trzech latach studiów opuszczą uczelnię, będą niedokształceni. Do pewnych spraw w projektowaniu trzeba dojrzeć, wiedziałem to z własnego doświadczenia. No i nasza poznańska uczelnia poddała się w końcu z bólem temu dyktatowi. Wszystkie kierunki przeszły na nowy system. Natomiast krakowska akademia nie poddała się do końca, nadal prowadziła malarstwo czy scenografię jako pięcioletnie studia jednolite.

A jak pan ocenia te zmiany z obecnej perspektywy?

Najpierw byłem przekonany, że należałoby wrócić do systemu studiów jednolitych, potem zauważyłem pewne korzyści dla studentów. Po architekturze wnętrz można iść na scenografię czy na wzornictwo, a nawet na rzeźbę czy malarstwo, pod warunkiem przedstawienia odpowiedniego portfolio na rozmowie kwalifikacyjnej. To daje duże możliwości zmiany, jeśli student pomylił się z wyborem kierunku albo dojrzał i zobaczył inną perspektywę. Ostatnio jednak znów wróciłem do pierwotnego zdania. Studenci po licencjacie często nie kontynuują studiów i w przypadku niektórych kierunków nabór na drugi stopień jest niewielki. Uczelnia traci studentów. Na Wydziale Architektury Wnętrz i Scenografii UAP akurat nie ma problemu z naborem na drugi stopień, często przychodzą do nas absolwenci studiów licencjackich z innych uczelni. Gdy byłem dziekanem, spotykaliśmy się na konferencjach z dziekanami z całej Polski i dyskutowaliśmy o organizacji studiów. Do systemu studiów jednolitych chciała wrócić np. krakowska ASP. Proponowałbym obecnym władzom uczelni, radom programowym i władzom wydziałów ponowne przyjrzenie się i rozważenie problemu, także na podstawie danych statystycznych o losach absolwentów. Studia jednolite nie stanowią bariery dla zmiany kierunku albo uczelni. Nawet w czasach gdy studiowałem, miałem na roku koleżankę, która przeniosła się do nas z Politechniki Gdańskiej, z kierunku architektura. Prof. Jerzy Schmidt był nawet zadowolony, gdyż sam był architektem. Osobnym problemem jest wprowadzenie sylabusów i punktów ECTS. Nie było dla nas jasne, jak przydzielać te punkty. Musieliśmy to rozgryzać i w końcu opracowaliśmy system, który potem udało się obronić przed Komisją Akredytacyjną. Uczyliśmy się, jak to robić, ale Komisja Akredytacyjna też. Uczyliśmy się więc wspólnie.

Ministerstwo wydawało wcześniej bardzo obszerne instrukcje napisane przedziwnym metajęzykiem.

Powołaliśmy panią pełnomocnik rektora, która starała się nam to przetłumaczyć. My tego nie pojmowaliśmy, czy wręcz nie chcieliśmy pojąć. Bo dla nas liczyła się praca, projektowanie, efekt, a tu nagle pojawiło się jakieś sztuczne przypisywanie punktów – matematyka, która nas odrzucała. Ale trzeba było tę punktację wprowadzić do programów studiów, aby spełnić narzucone kryteria. Do dziś uważam, że to nie jest adekwatne do naszego myślenia o kształceniu projektowym, o wyrażaniu emocji artystycznych. Do tego przecież jesteśmy powołani, a ta cała buchalteria, te określenia „zna”, „umie”, „potrafi” są czymś sztucznym. Trzeba to jednak robić, aby nie było problemów przed Polską Komisją Akredytacyjną. Za czasów dziekanowania przeżyłem dwie wizytacje PKA. W czasie pierwszej okazało się, że jesteśmy pierwszym w Polsce wydziałem, który został poddany ocenie według nowych kryteriów. Przecieraliśmy szlaki i udało się. Za drugim razem też.

Z pracowni AWiS w UAP

W roku 2018 pojawia się Konstytucja dla Nauki. Co pan powie na temat jej konsekwencji dla społeczności akademickiej?

Pozytywne zmiany mogą dotyczyć wielkich uczelni, jak uniwersytety czy politechniki, które jako badawcze otrzymają specjalne środki na wsparcie rozwoju. Nie widzę natomiast specjalnych korzyści dla wyższych szkół artystycznych – tu niewiele się zmieniło, jeśli chodzi o finansowanie. Uważam natomiast, że ustawa niesie zagrożenie dla struktury uczelni, ponieważ nie mówi nic o wydziałach i dziekanach. Organami uczelni są rada uczelni, rektor i senat. Dziekan nie pochodzi z wyborów powszechnych, tylko jest mianowany przez rektora, czyli może nie mieć żadnego mandatu społeczności wydziałowej. Wiele zależy od tego, jak jest napisany statut. Jeśli dobrze, to trochę demokracji zostanie i wydziały we własnym zakresie zaproponują kandydata na dziekana. Ale może być tak, że społeczność danego wydziału nie będzie miała żadnego wpływu na wybór dziekana, a nawet jeśli go wskaże, to rektor nie musi przyjąć tej kandydatury. Rektor może też w każdej chwili odwołać dziekana. Gdy dziekan pochodził z wyborów powszechnych, nie można było z byle powodu pozbawić go stanowiska.

Wcześniej wszystkie wydziały miały swoją reprezentację w senacie, teraz niektóre mogą być pominięte.

Tu znowu wiele zależy od statutu. Porównam dwie uczelnie: w jednej z nich poszczególne wydziały mogą nie mieć żadnego reprezentanta, a w przypadku drugiej ze statutu wynika, że każdy wydział ma określoną liczbę przedstawicieli w senacie, liczoną według konkretnego algorytmu. Ustawa pozostawia władzom uczelni decyzję co do formy statutu, a poprzez tę centralizację – skupienie władzy w jednym ręku wprowadza moim zdaniem dużo zamieszania. Wiem z doświadczenia, że kiedyś dziekan pisał strategię dla wydziału. Kwestia zatrudnienia, czyli polityka kadrowa, też była kreowana przez niego. Jeśli został wybrany przez społeczność, to czuł się zobowiązany do reprezentowania tych ludzi. A teraz kogo on reprezentuje? Chyba rektora, bo on go mianował. To jest wielka szkoda dla funkcjonowania poszczególnych jednostek uczelni. Wyraźnie zachwiana została zasada demokracji.

Następna sprawa dotyczy braku minimum kadrowego. Nie jest powiedziane, jakie osoby mogą tworzyć dany kierunek. Na dobrą sprawę profesora tytularnego może nie być na wydziale, jak się znajdzie jeden doktor habilitowany, to też będzie dobrze. Z czasem może dojść do tego, że w niektórych jednostkach zabraknie wysokokwalifikowanej kadry. Taka reforma nie da dobrych efektów. Poza tym od samej reformy nikomu rozumu nie przybędzie.

Jak środowisko akademickie odebrało tę reformę?

Niestety, mogłem zaobserwować, że dochodzi do antagonizmów między ludźmi i do izolacji. Zaczyna być premiowana nie tyle troska o twórczość, o własne przeżywanie sztuki, ile jakieś cwaniactwo, które polega na umiejętności zbierania punktów. Twoja wartość polega na tym, ile punktów przyniesiesz, obojętnie za co. Przynosisz punkty, to jesteś ktoś, jeśli przyniesiesz ich mało, to nie jesteś żaden artysta ani naukowiec, cokolwiek byś robił. To jest moim zdaniem niebezpieczne dla studentów, bo w ten sposób uczelnia pozbywa się autorytetów, ludzi z wielkim dorobkiem i doświadczeniem, którym mogą się podzielić. Mówi im się: już nie jesteście potrzebni, stawiamy na młodych, bo przyniosą więcej punktów; aczkolwiek ci starsi również przynoszą, ale nie są na tym tak bardzo skoncentrowani. Zdarzają się różne nadużycia, kombinacje, wystawa w jakieś podrzędnej galeryjce w przysłowiowej Psiej Wólce. Wejdzie artysta, postawi kawał drąga w narożniku, przyklei kartkę, powie kilka słów, wernisaż zrobią i to jest wystawa indywidualna. Na dodatek, jeśli odbędzie się tuż za granicą, to będzie wystawa zagraniczna. Można za nią uzyskać dużo punktów. Osobną sprawą jest skład komisji ewaluacyjnej – może być złożona z ludzi, którzy nie są w stanie odpowiednio zweryfikować takich działań. I tak uczelnia zmienia się w korporację. Ginie klimat właściwy uczelni artystycznej.

Przy takiej centralizacji wiele zależy od rektora, także od jego osobowości i empatii.

Studiowałem za czasów prof. Stanisława Teisseyre’a, który miał wielki autorytet, umiał z ludźmi rozmawiać, zjednać ich sobie. Dzięki tym walorom sprowadził wielu wybitnych artystów i potrafił prowincjonalną uczelnię zmienić w świetny ośrodek akademicki. Gdy rozpoczynałem pracę w PWSSP, pamiętam spotkania i wspólne dyskusje, w których brali udział prof. Stanisław Teisseyre, malarz Eustachy Wasilkowski, Zdzisław Kępiński – historyk sztuki, dyrektor Muzeum Narodowego w Poznaniu i jednocześnie kierownik pracowni, z której wyszło wielu znakomitych malarzy, włączała się też ówczesna doktor Alicja Kępińska. Tworzyła się wspólnota, klimat, atmosfera wręcz rodzinna. Jako młody człowiek byłem tym zafascynowany. Takich spotkań i rozmów już nie ma. Teraz po inauguracji czy wernisażach ludzie szybko się rozchodzą.

Przegląd końcoworoczny na Wydziale AWiS UAP 2019

Był pan współtwórcą kierunku architektura wnętrz w Wyższej Szkole Sztuki Użytkowej, która stała się zalążkiem szczecińskiej Akademii Sztuki. Jakie były konsekwencje przeniesienia tego kierunku do uczelni publicznej?

W sensie osiągania pewnych efektów kształcenia wielkiej różnicy bym nie widział. Pedagodzy, którzy pracowali w Wyższej Szkole Sztuki Użytkowej, przeszli razem ze studentami do Akademii Sztuki, został więc zachowany poziom i charakter kształcenia. Na pewno polepszyły się warunki lokalowe, po dwóch latach architektura wnętrz przeniosła się do Pałacu pod Globusem. Zyskaliśmy więcej przestrzeni, zatrudniono nowych pedagogów, pojawiły się nowe pracownie projektowe i artystyczne. Pojawiły się też środki na zakup nowoczesnego sprzętu audiowizualnego, świetnych komputerów Mackintosh i elementów wyposażenia pracowni. Rozwinął się program Erasmus, zwiększyła liczba kontaktów zagranicznych, choć wymiana studentów i kadry, zwłaszcza z uczelniami niemieckimi, funkcjonowała już bardzo dobrze w czasach WSSU. Niestety z częścią dawnej kadry władze niebawem się rozstały. Niektórzy pedagodzy zostali niezbyt ładnie potraktowani.

Zwłaszcza założyciele WSSU zaangażowani w powstanie Akademii Sztuki.

Tak, to były nieprzyjemne sytuacje. Część tych pedagogów osiągnęła już wiek emerytalny i po prostu ich zwolniono, bez propozycji dalszej współpracy. Ja zostałem i jestem do dziś. Studenci zyskali nieco na prestiżu uczelni publicznej, na większej intensywności wymiany, na konferencjach, gdyż taka działalność wiąże się z parametryzacją, od której zależy dotacja dla uczelni. Kiedyś, gdy wydział wypracował środki finansowe, to po prostu je otrzymywał, teraz pieniądze przydziela rektor. Znów wracamy do centralizacji spowodowanej nową ustawą. Uczelnia państwowa ma tę zaletę czy wadę, że wymaga się od pedagogów aktywności naukowo-artystycznej. Akademia Sztuki co roku bierze udział w Międzynarodowym Sympozjum Naukowym MEDEA w Grecji. Uczestniczę w tych sympozjach – ważny jest kontakt ze środowiskiem naukowym, artystami, powstają publikacje, wystawy prac pedagogów i studentów, a przy okazji można zobaczyć trochę wspaniałych zabytków.

W listopadowym „Forum Akademickim” dr Didar Gardy wspomina o pracy polskich architektów na Bliskim Wschodzie. Pan także, jako projektant, wyjeżdżał do Iraku. Jakie są pana wrażenia związane z tą współpracą?

Na kontrakt do Iraku wyjechałem w lipcu 1990 roku, w okresie szalejącej inflacji, która pochłaniała nasze zarobki. Wziąłem w tym celu roczny bezpłatny urlop na uczelni. Okazało się, że szef rządowego biura projektowego w Bagdadzie ukończył architekturę i zrobił doktorat na politechnice w Warszawie. Znał więc Polaków i wiedział, co potrafią, dlatego zdecydował się sprowadzić polskich pracowników. W latach osiemdziesiątych w Iraku pracowało wielu Polaków – budowali drogi, elektrownie, cukrownie i inne obiekty. W biurze rządowym zatrudnieni byli w większości Polacy. Projektowaliśmy wnętrza wzniesionego już budynku parlamentu irackiego, a w pewnym momencie otrzymałem nawet ofertę zaprojektowania wnętrz pałacu Saddama Husajna. Z Politechniki Bagdadzkiej przyniesiono mi makietę i rzuty wnętrz. Pojechałem na wizję lokalną. Pałac miał stanąć na sztucznie usypanej górze, otoczonej sztucznym jeziorem, nieopodal historycznego Babilonu. Zastanawiałem się, co zawiera wnętrze góry, być może znajdował się tam schron przeciwatomowy. Zdążyłem zrobić kilka szkiców. Powiedzieli mi, że są dobre, ale za mało pompatyczne. Wyjeżdżając do Iraku, chciałem zdobyć wiedzę o tym, jak wygląda nowoczesne projektowanie. Działali tu świetni architekci z całego świata i nie było problemu z dostępem do najdroższych materiałów. Tymczasem się okazało, że trzeba projektować w konwencji kultury arabskiej: ornamenty mogły być tylko zgeometryzowane, bez jakichkolwiek przedstawień postaci ludzkich. Spotkałem się też z pewnym zamiłowaniem do tandety. Taka robota mi nie odpowiadała, cierpiałem z tego powodu.

Trudne doświadczenie dla projektanta.

Szef biura dał mi jako przykład katalogi różnych współczesnych realizacji w krajach arabskich. Było to pomieszanie stylów – jakieś pseudorokoko z pseudobarokiem i różnymi formami architektury arabskiej. Coś okropnego, byłem załamany. Zacząłem jednak projektować gigantyczny stół obrad do parlamentu. Każdy projekt trzeba było zatwierdzić u szefa. A szef popatrzył i mówi: – Bardzo dobrze. Potem zaprojektowałem strop podwieszany i za dwa tygodnie przyjechał fragment wykonany przez niemiecką firmę w skali jeden do jednego. Nie miałem większego problemu z ornamentami arabskimi prawdopodobnie dlatego, że geometria była mi bliska, zawsze się nią interesowałem. W szkole średniej wyszukiwałem w podręczniku zadania, których nie da się rozwiązać, bo zawierały błędy. W ornamentach ukryte były też motywy roślinne. Nie dosłowne, tylko przekształcone, podporządkowane pewnej zasadzie i logice prowadzenia linii. Takie motywy wykonane w technice sgraffito projektowałem w gipsowym stropie. Zostały od razu zatwierdzone. Rozmawialiśmy później z moim kolegą, który jak ja pochodzi z gór, o tym, że motywy roślinne zawierały w sobie coś z ornamentyki góralskiej, a tę odczuwam intuicyjnie. Koledzy z biura projektów zaczęli mi sugerować, że władze nieprędko wypuszczą mnie z Iraku. Po miesięcznym pobycie otrzymałem tzw. rezydentkę, rodzaj dowodu osobistego, którym mogłem się legitymować. Okazało się jednak, że żeby wyjechać, trzeba mieć iracką wizę wyjazdową, a nie tak łatwo było ją otrzymać. Po dwóch miesiącach mojej pracy wybuchła wojna w Iraku, zainicjowana przez Georga Busha seniora. Zaczęła się panika, chcieliśmy wyjechać, a szef mówił: O co panu chodzi? Przecież tu nic się nie dzieje. Tymczasem helikoptery przewoziły działa przeciwlotnicze, które umieszczono na dachu parlamentu, a nas przy wejściu poddawano szczegółowym kontrolom. Przyszły upały, temperatura w cieniu przekraczała 50 stopni. Dwukrotnie odmówiono mi wydania wizy. Nie wiem, jak potoczyłyby się moje losy, gdyby nie to, że za pośrednictwem Radia Wolna Europa otrzymałem od żony informację o śmierci ojca. W tym czasie nie mieliśmy już żadnego kontaktu z Polską. Telefony były odcięte, a przestrzeń powietrzna zamknięta. Początkowo myślałem, że to jakiś chwyt mojej rodziny, aby mnie wyciągnąć z Iraku, ale informacja niestety okazała się prawdziwa – otrzymałem jej pisemne potwierdzenie z polskiej ambasady. Dopiero wówczas, choć z oporami, wyrażono zgodę na wyjazd do Ammanu w Jordanii, dokąd zabrały nas autokary. Jechaliśmy 24 godziny przez pustynię. Gdy przyjechałem do Polski, zaraz musiałem udzielić wywiadu dla prasy. Głód informacji na temat losu Polaków pracujących w Zatoce Perskiej był wówczas ogromny. To była dla mnie ciekawa przygoda.

Po powrocie wreszcie mogłem zająć się tym, co oprócz dydaktyki pociąga mnie najbardziej, a mianowicie prawdziwym projektowaniem architektury wnętrz. Był to okres prosperity w tej dziedzinie. Samodzielnie i z różnymi zespołami projektowymi, a najczęściej z obecnym profesorem Eugeniuszem Matejką, wykonałem wiele projektów wnętrz użyteczności publicznej: około trzydziestu banków, restauracje, puby, które były realizowane w Polsce i za granicą, m.in. w Bułgarii i Niemczech. Projektowałem dużo wnętrz mieszkalnych dla indywidualnych odbiorców, zajmowałem się wystawiennictwem, designem, a także wnętrzami sakralnymi. W kościele p.w. Nawrócenia św. Pawła w Poznaniu realizowałem wnętrza i detale w architekturze, którą zaprojektował mój promotor, profesor Jerzy Schmidt, a po jego śmierci kontynuowałem dzieło. Zawsze istotne i ważne było dla mnie rozumienie architektury, bo można projektować wnętrza komercyjne pod gust klienta, ja jednak zawsze starałem się projektować tak, żebym sam był przekonany do tego, co tworzę. Architektura musi być po prostu dobra.

Rozmawiała Krystyna Matuszewska

Wróć