logo
FA 1/2021 wojna kulturowa

Adam Skowron, Janusz Sytnik-Czetwertyński

O problemie wojny kulturowej – filozoficznie

Rys. Sławomir Makal

Wojna kulturowa przemocą utożsamia człowieka z jakąś postawą. W konsekwencji obok kompetencji naukowych istotna staje się tożsamość światopoglądowa czy polityczna. Profesjonalizm ustępuje tu miejsca dyletanctwu, co maskowane jest widocznym zaangażowaniem w wojnę kulturową.

Wojna przynosi śmierć. Jest bezkompromisowa, dąży do rozwiązań rozstrzygających. Jej naczelnym zawołaniem jest hasło: my albo oni. Wojna ma zawsze charakter totalny, angażuje wszelkie możliwe środki. I nie ma tu znaczenia, czy jest wojną o podłożu militarnym, psychologicznym czy duchowym. Nie ma też znaczenia, czy areną jej zmagań jest przestrzeń polityczna, gospodarcza czy kulturowa. W każdym z tych przypadków chodzi o zniszczenie przeciwnika, o jego ostateczne unicestwienie.

A jednak każdy konflikt, obok oczywistego aspektu destrukcyjnego, posiada również pewien potencjał twórczy. Zjawisko to można dostrzec nawet na przykładzie II wojny światowej, która z jednej strony przyniosła tragedię milionów ofiar, ale z drugiej rozwój nauki i techniki (zważmy, że np. wyniesienie człowieka na księżyc było pokłosiem prac nad balistyką, zorientowanych na działania wojenne). Z jednej strony wojna ta przyniosła upadek moralności, ale z drugiej heroizm i poczucie wspólnoty, w stopniu niespotykanym w czasach pokoju.

Dzieje się tak z dwóch powodów. Po pierwsze, konieczność przeciwstawienia się złu zmusza człowieka do osobistego zaangażowania, poszukiwania rozwiązań niekonwencjonalnych, skłania go do opowiedzenia się po jednej ze stron (przytoczyć tu można słowa irlandzkiego XVIII-wiecznego filozofa Edmunda Burke’a, który stwierdził, iż „aby zło zatriumfowało, wystarczy, by dobry człowiek niczego nie robił”). Po drugie, dopiero sytuacja graniczna (a podkreślmy, że wedle Jaspersa jedną z takich sytuacji jest walka) pokazuje prawdę o człowieku i jego kondycji moralnej, ujawniając zarówno jego słabości, jak i realną siłę.

Walka na puste pojęcia

Twórczy wymiar sytuacji granicznej polega więc na tym, że w obliczu konfliktu definiujemy siebie na nowo, utożsamiamy się z wartościami i ideałami, które do tej pory – by tak rzec – jedynie w nas drzemały. W kontekście tzw. wojny kulturowej ów twórczy aspekt ma swoje źródło we wspomnianej konieczności opowiedzenia się po jednej ze stron. I tak, wśród ludzi młodych powstaje szereg inicjatyw, organizacji, ruchów ideowych – zarówno po jednej, jak i drugiej stronie – przy czym ogólna retoryka tych ruchów sprowadza się do stwierdzenia: działaj z nami, gdyż jesteś jednym z nas. Często ma to charakter spontaniczny, np. niektóre grupy formują się tylko ze względu na jakieś konkretne wydarzenie (np. manifestacja/kontrmanifestacja). Świadczy to, że część młodych ludzi bardziej skoncentrowana jest na samej aktywności, choćby w postaci protestu, niż tylko na budowie struktur danej grupy.

Wydawałoby się więc, że dzisiejsza wojna kulturowa ma oblicze ideowe, że chodzi w niej o coś więcej niż tylko o praktyczną zmianę definicji człowieka. Tak jednak nie jest. To, co moglibyśmy określić mianem idei, co ma pewien wymiar metafizyczny, jest tu bowiem fałszem. W dzisiejszej wojnie kulturowej chodzi bowiem wyłącznie o prymat instytucjonalny, prymat, który zniszczy znany nam dotychczas moralny punkt odniesienia i przyniesie nowy, a także doprowadzi do zmiany definicji niektórych wartości (prawda, szczęście, sprawiedliwość, człowiek). Zaangażowane w tę walkę zostały puste pojęcia, które – pozorując ideowe zaangażowanie – wkraczają bezpardonowo w naszą świadomość i ją okupują.

Piewcy tych pojęć wykrzykują je, by zyskać poklask mocą głosu. Prawdziwe idee nie potrzebują jednak siły głosu. Realne recepty na życie są poszukiwane, a nie upychane za pomocą wyrafinowanych narzędzi. Cała współczesna quasi-ideowa doktryna sprowadza się bowiem do blichtru mającego ideowy pozór. Niczego tam więcej nie ma.

Dzieje się tak dlatego, że ciężar budowy nowych humanistycznych idei został przeniesiony z filozofii na literaturoznawstwo. To ono jest odpowiedzialne za kurs dzisiejszej humanistyki, kreując serię nowych pojęć. Środowisko to tworzy jednak puste idee, będąc kompetentnym wszak jedynie do budowy fikcji. Literatura ze swej natury od zawsze zajmuje się tworzeniem nierealnych zdarzeń (jest to sedno i cel jej istnienia), nadając wytworom swej fantazji pozory realności. Tym samym humanistyka odeszła dziś od naczelnego postulatu Arystotelesa, zgodnie z którym nauka ma po prostu opisywać i wyjaśniać świat, a skupiła się na wymyślaniu tego świata na nowo, tworząc jego fantazyjne opisy, nie do końca przejmując się prawdą. W tej konwencji wszystko jest relatywne, wszystko, nawet sama rzeczywistość.

Prawda wojny kulturowej

Należy też zadać pytanie o kompetencje literaturoznawców co do kwestii społecznych, wszak np. aktor grający role królów nie zdobywa kompetencji władcy, a jedynie sceniczne środki wyrazu. Tak skonfigurowana humanistyka stała się tylko pozorem filozoficznej głębi. Co więcej, stawia ona na ideowe samoograniczenie. Podobnie jak niektórzy średniowieczni zakonni myśliciele, którzy głosili wizje świata wyłącznie w granicach koncepcji Tomasza z Akwinu, tak i dzisiejsze ideologie nie są w stanie wyjść poza paradygmat Karola Marksa i Friedricha Nietzchego. Środowiska ordynujące te ideologie nigdy nie wypracowały też mechanizmów kontroli ani metodologii badawczej, co właściwie zwalnia z dalszej krytyki ich myśli.

Jakie płyną z tego konsekwencje? W wojnie kulturowej nie chodzi o precyzyjne definiowanie pojęć na podstawie stanu faktycznego (jak czyni nauka), lecz o działania podejmowane dzięki kryteriom subiektywnym, takim jak światopogląd czy przekonania. Prawda wojny kulturowej nie jest więc prawdą klasyczną (wedle której prawda to zgodność myśli z rzeczywistością), lecz ma charakter sofistyczny, konwencjonalistyczny. Innymi słowy: prawda jest wynikiem pewnych ustaleń, swobodnych uzgodnień i nie musi pokrywać się z rzeczywistością. Nietrudno zauważyć, że takie pojęcie prawdy dalekie jest od ideału postulowanego przez naukę.

Można więc przypuszczać, że wojna kulturowa ma negatywny wpływ na środowisko akademickie, zarówno w kontekście rozwoju nauki, jak i relacji międzyludzkich. Mnożące się podziały, coraz ostrzejsza retoryka, a także upolitycznianie uniwersytetów kolidują z wielowiekowymi tradycjami, według których uniwersytet jest miejscem dla każdego, kto poszukuje wiedzy. Myśl tę wyrażono zresztą w słowach pieśni Gaudeamus igitur, gdzie w jednej ze strof śpiewa się: „niech żyje każdy członek [naszej społeczności], niech żyją wszyscy członkowie, niech kwitną”. Niestety wojna kulturowa z pewnością nie prowadzi do rozkwitu czegokolwiek.

Źródeł tego można się doszukać w sporze czysto naukowym, sporze o koncepcję bytu. Byt – naczelne pojęcie filozofii – jest pojęciem trudnym. Chcąc zdefiniować go na podstawie dowolnego przedmiotu, musielibyśmy wpierw wyabstrahować zeń jego wszelkie własności, wszystko, co go określa, nawet jego tożsamość. Nie ma znaczenia, czy analizie poddamy krzesło, czy może kota, gdyż w obu przypadkach to, co pozostanie po redukcji cech i tożsamości, będzie już tylko bytem jako takim. Zakwestionował to Georg Wilhelm Hegel, który powiedział wprost, iż wskutek operacji myślowej – polegającej na pozbawianiu danej rzeczy jej wszelkich określników, a wreszcie jej tożsamości – nic nie pozostanie. Na tej podstawie Hegel wysuwa kardynalny wniosek: byt nie różni się niczym od niebytu, a w konsekwencji prawda niczym nie różni się od fałszu, dobro od zła, zaś piękno od brzydoty. Stąd już prosta droga do relatywizmu i młodoheglizmu (nazywanego lewicą postheglowską, której głównymi przedstawicielami są Ludwig Feuerbach, Max Stirner i Karol Marks).

Początek inżynierii społecznej

Jest jeszcze drugie źródło dzisiejszej wojny kulturowej, wiodące poprzez tzw. szkołę frankfurcką, z jej ideą teorii krytycznej na czele. Fundamentalnym założeniem tej teorii jest zmienność własności. Płynie stąd wniosek, że każda rzecz może podlegać różnej ocenie, w zależności od aktualnego kontekstu. Odnosząc to do kwestii społecznych, przedstawiciele szkoły frankfurckiej, głównie Max Horkheimer, doszli ostatecznie do przekonania, że fakty nie posiadają stałych cech, w tym moralnych, a jedynie pewien kontekst społeczny. Kontekst ten jest zaś niemożliwy do zrozumienia na podstawie badań jednokierunkowych i wymaga multidyscyplinarności. Podobny wniosek płynie z założeń tzw. dialektyki negatywnej – koncepcji wypracowanej przez Theodora Adorno, bliskiego przyjaciela i współpracownika Horkheimera. Zgodnie z tą koncepcją nie jest możliwe uzyskanie syntezy – heglowska i fichteańska triada teza-antyteza-synteza została tu zastąpiona przez wysoce konfliktową relację tezy i antytezy. Ów pesymistyczny wniosek, jakoby nigdy nie można było dotrzeć do syntezy, odbiera zaś nadzieję na porozumienie. Ostatecznie szkoła frankfurcka wprowadziła przekonanie o relatywnym wymiarze własności nie tylko w odniesieniu do poszczególnych rzeczy, ale również tworzonych na ich podstawie faktów.

Relatywizm ten, który w przypadku lewicy postheglowskiej można by nazwać relatywizmem jednostkowym, zaś w przypadku szkoły frankfurckiej relatywizmem uniwersalnym, łączy próba przezwyciężenia wspomnianej już wcześniej klasycznej teorii prawdy. Ten sposób rozumienia rzeczywistości znalazł grunt w filozofii materialistycznej, kiedy to uznano, że skoro wszystko jest relatywne, to jednocześnie wszystko podlega jedynie jednostkowej ocenie. Nie ma prawd uniwersalnych. Nic nie jest dane raz na zawsze.

Równolegle trwał proces wdzierania się materializmu na pole zarezerwowane dotychczas dla metafizyki. W efekcie tego dekonstrukcji uległy definicje pojęć stricte idealistycznych, np. pojęcie państwa, które zastąpiono definicją fizykalistyczną. Wedle niej państwo to po prostu fizyczny ogół jego obywateli. Co więcej, obywatelstwo, niczym twór atomowy, wyklucza podzielność: można wszak mieć dwa obywatelstwa, ale nie obywatelstwo częściowe. Stąd pomysł, by wszystko, co istnieje, przepisać na język naturalistyczny, w którym człowiek jest atomem, a wszystkie jego zjawiska, w tym mentalne, pochodzą wprost z fizyki. Jest to faktyczny początek inżynierii społecznej.

Prawda o wojnie kulturowej

Oprócz oczywistego aspektu aksjologicznego wojna kulturowa posiada więc również wymiar ontologiczny. Nie tylko określa, co jest wartością, a co antywartością, czy też jak rozumieć dobro i zło – równie istotna jest tu próba określenia, kim jesteś. Wiąże się to z niezwykle wysokim poziomem ocenności uczestników tej wojny, jak i skłonnością do stereotypizowania danego światopoglądu. Wojna kulturowa przemocą utożsamia człowieka z jakąś postawą. Tym samym poparcie tej czy innej partii politycznej pociąga za sobą natychmiastowe „zaszufladkowanie”. W konsekwencji, obok kompetencji naukowych, istotna staje się tożsamość światopoglądowa czy polityczna. Profesjonalizm ustępuje tu miejsca dyletanctwu, co maskowane jest widocznym zaangażowaniem w wojnę kulturową.

Jaka jest więc prawda o dzisiejszej wojnie kulturowej? Czy prócz destrukcyjnego charakteru posiada ona również pewien potencjał twórczy? Czy jest czasem granicznym, wymagającym bezwzględnego opowiedzenia się po jednej ze stron? Czy przyczynia się do ustalenia obiektywnej prawdy o człowieku, czy bada jego kondycję moralną? Czy wreszcie jest to walka o nową tożsamość, o nowe wartości i ideały?

Dziś trudno odpowiedzieć jednoznacznie na większość powyższych pytań. Wojna kulturowa jest bowiem dynamicznym procesem, który stale przybiera nową formę. Zmienia się jej oblicze, zmieniają się też jej środki oraz cele. Dziś ma także zupełnie inną postać w porównaniu np. do rewolty studenckiej z roku 1968. Co więcej, zmieniają się jej uczestnicy, zmieniają się autorytety – wszak koncepcje Maxa Horkheimera, Jeana-Paula Sartre’a czy Herberta Marcusego zostały zmodyfikowane i dostosowane do realiów XXI wieku. Część elementów tej wojny pozostała jednak nienaruszona, szczególnie jej totalitarność i predylekcja do polaryzowania społeczeństwa. Biorąc zaś pod uwagę dotychczasowe skutki wojny kulturowej, można z całym przekonaniem stwierdzić, że jest to zjawisko destrukcyjne. Nie tylko nie przyczynia się do rozwoju nauki, lecz w niektórych przypadkach odpowiada za jej regres. W nauce nie może być bowiem miejsca na podziały ani na polityczną poprawność. W tej kwestii najbliżej jej do stanowiska Arystotelesa – cel nauki powinien być upatrywany w opisie i wyjaśnianiu świata, nie zaś w jego interpretacji i ocenie.

Mgr Adam Skowron, filozof, Centrum Medyczne Kształcenia Podyplomowego w Warszawie

Dr hab. Janusz Sytnik-Czetwertyński, prof. UKW, filozof, Instytut Filozofii Uniwersytetu Kazimierza Wielkiego w Bydgoszczy

Wróć