logo
FA 1/2021 wojna kulturowa

Jan Majchrowski

Kulturkampf na polskim uniwersytecie

Rys. Sławomir Makal

Jeśli wojna – to i ofiary. Ktoś inny odpowie: Jeśli ofiary – to i sprawcy. A atmosfera uniwersytecka gęstnieje, zwłaszcza na niektórych uczelniach i wydziałach, wśród których przodują wydziały prawa. Trudno, by odbyła się tam rada wydziału bez nowej politycznej czy ideologicznej uchwały.

Na zadane przez redakcję „Forum Akademickiego” pytanie: „Czy polskim uniwersytetom potrzebna jest wojna kulturowa?” odpowiedź narzuca się sama niemal automatycznie. Żadna wojna, w tym kulturowa, nie jest potrzebna uniwersytetom i to jakimkolwiek, nie tylko polskim. Żadna wojna nie jest bowiem potrzebna nikomu, choć zawsze znajdzie się ktoś, komu wydaje się, że jest ona potrzebna właśnie jemu i uparcie, zwykle z sukcesem, do niej dąży. Każda wojna ma przy tym to do siebie, że łatwiej ją wywołać niż zakończyć.

Spór jest wpisany w istotę uniwersytetu. Wojna jest zaprzeczeniem tej istoty. Spór uniwersytecki ma cel, ten sam dla wszystkich jego uczestników. To dyskusja o tym, gdzie leży prawda, kto jest bliższy jej odkrycia w danej dziedzinie, przy rozwiązywaniu konkretnego problemu badawczego. W tym sensie wszyscy uczestnicy tego sporu reprezentują tę samą stronę – stronę poszukiwaczy prawdy, zza której wyłania się i dobro, i piękno, które można napisać też wielkimi literami, choć taka pisownia stanowić może wdzięczne pole do kolejnego sporu uniwersyteckiego. Spory wygrywa się słowem, wojny – pięścią.

Ten, kto na uniwersytecie używał wobec swego adwersarza pięści zamiast słowa, czasami wygrywał wojnę, lecz nigdy nie akademicki spór. Mógł zniszczyć przeciwnika, ale nie przekonać do swych racji, o ile takie w ogóle miał. Pięść może mieć zresztą także pozór słowa. Jeśli profesor zwyczajny zacznie określać swego adwersarza z uniwersytetu mianem „kanalii”, „zera”, „miernoty” czy innej „świni” (przytoczone słownictwo nie ma charakteru abstrakcyjnego przykładu), to „profesor” z niego niejako automatycznie ulatuje. Pozostaje jedynie „zwyczajny”… Zdrowe środowisko akademickie dawniej jednoznacznie oceniało taką jednostkę, której ring bokserski pomylił się z debatą oksfordzką, i odsyłało go do narożnika.

Zdobycie uniwersytetu

Czy tak się jednak będzie działo, gdy wojna przetacza się wszędzie wokół uniwersytetu i gdy jest to wojna totalna, nie tylko kulturowa czy polityczna, lecz już wręcz cywilizacyjna? Żyjemy przecież w czasie trwającej wojny, częściowo nawet wypowiedzianej („To jest wojna”), choć nietypowej, nieznanej wcześniej wojny hybrydowej. Dla niej uniwersytet nie jest samotną wyspą otoczoną falochronem autonomii oddzielającym ją od wojującego świata, ale bardzo ważnym punktem strategicznym, który trzeba zdobyć wszelkimi metodami w rewolucyjnym marszu przez instytucje. To dlatego niedawne żądanie otwarcia bram jednego z warszawskich uniwersytetów dla szarpiących się z policją na ulicy zadymiarzy stało się symbolem dążeń tego środowiska. Zdobycie uniwersytetu, podporządkowanie go swoim celom, wprzęgnięcie w machinę totalnej politycznej wojny domowej i totalnej światowej wojny cywilizacyjnej, wykorzystanie jako nowej kuźni kadr niosących dalej rewolucyjny ogień palący stare „konserwatywne” porządki i obyczaje, normy etyczne i obyczajowe – oto cel taktyczny, podporządkowany celom strategicznym. W tej optyce uniwersytet ze sprawczego podmiotu świata myśli staje się jedynie jednym z przedmiotów w walce podczas wojny. Tak było w analogicznych czasach poprzednich rewolucji – francuskiej i bolszewickiej.

„Cywilizacja to metoda życia zbiorowego” – pisał przed laty polski uczony Feliks Koneczny. Życie zbiorowe zakłada istnienie jakiejś wspólnej metody bycia ze sobą, współistnienia, a zatem i pewnego minimum wspólnych wartości, zasad, norm. Zniszczenie tego, co do niedawna wydawało się wspólne, oznacza właśnie zniszczenie cywilizacji, w której funkcjonowaliśmy od setek lat na rzecz czegoś nowego, co dla niektórych wydaje się światłem Jutrzenki, dla innych gromem z jasnego nieba, który niesie ze sobą jedynie zniszczenie. Dziś świat wartości stał się dramatycznie rozdarty. Nie da się znaleźć wspólnego mianownika np. dla jednej idei praw człowieka, skoro wyraża się ją jednocześnie w twierdzeniu o prawie każdego człowieka do życia i prawie każdej kobiety do aborcji. Żyjemy rzeczywiście w czasie „zderzenia cywilizacji”, tyle że wcale nie „zachodniej” z „muzułmańską”, jak chciał to widzieć autor tego określenia, ale już raczej „cywilizacji życia” z „cywilizacją śmierci”, jak to określił profesor Karol Wojtyła.

Zły pieniądz wypiera dobry

Chodzi przy tym nie tylko o kwestie zasadnicze. Spory można bowiem prowadzić bez widoków na ich rozstrzygnięcie czy sformułowanie wspólnego stanowiska. Ważne jest także, jak się je prowadzi, bo „styl to człowiek”. A styl człowieka uniwersytetu, czy to profesora, czy studenta, rzutować będzie na całą instytucję, która od wieków należała do najbardziej szanowanych, bo i była jedną z najbardziej szacownych. Cóż się z nią dzieje? Zapewne to samo, co ze wszystkimi innymi „kotwicami” naszego życia społecznego, funkcjami i zawodami zaufania publicznego. Nasz rodzimy uniwersytecki uczony odpowiada na to pytanie prawem, nazwanym potem od jego imienia, które lakonicznie stwierdza: „Zły pieniądz wypiera dobry”.

Dziś polski uniwersytet podąża złą drogą wielu zachodnich uczelni, które – zwłaszcza w dziedzinie nauk humanistycznych –prawdę i swobodną dyskusję o niej wolały podporządkować płynącym z zewnątrz dyktatom, z dyktatem (wyśmianej, ale przecież praktykowanej) tzw. poprawności politycznej na czele. Zamiast być tym, kim powinien być, w myśl złożonej przysięgi doktorskiej, polski profesor coraz częściej woli się „nie wychylać”, nie oponować wobec kolejnych akcji coraz lepiej zorganizowanych grup polityczno-ideologicznych komandosów obierających za cel kolejne, odosobnione, niepokorne jednostki społeczności akademickiej, które dokonały własnych wyborów na swej życiowej drodze. Metoda: „zlokalizować, wyalienować, osaczyć, zaszczuć, zniszczyć” okazuje się działać skutecznie nie tylko wobec wytypowanych przedstawicieli społeczności akademickiej, którzy uznani zostali za wrogów politycznych lub ideologicznych, ale poprzez swoisty „efekt mrożący” także wobec innych. I o to właśnie chodzi. Niejedno mieliby do powiedzenia na ten temat tacy uniwersyteccy profesorowie jak przedstawiciele nauk prawnych: Lech Morawski, Henryk Cioch, Bogusław Banaszak czy Grzegorz Jędrejek. Niestety, nic już nam nie opowiedzą o tym, jak w zorganizowany sposób ich lżono, publicznie obrażano, a nawet zakłócano przebieg jubileuszu czterdziestolecia pracy naukowej (co spotkało profesora Banaszaka na krótko przed śmiercią na zawał serca). Ktoś powie: Jeśli wojna – to i ofiary. Ktoś inny odpowie: Jeśli ofiary – to i sprawcy. A atmosfera uniwersytecka gęstnieje, zwłaszcza na niektórych uczelniach i niektórych wydziałach, wśród których przodują wydziały prawa. Trudno, by odbyła się tam rada wydziału bez nowej politycznej czy ideologicznej uchwały, stanowiska czy oświadczenia, w którym (zwykle ta sama) grupa aktywistów „w trosce” o coś uważa za swój obowiązek kogoś zaatakować i potępić, by następnego dnia mogła o tym napisać określona gazeta. Przypomina to coraz bardziej działalność polityków w Sejmie, co nie dziwi, zważywszy, że część aktywistów uniwersyteckich jest działaczami politycznymi lub partyjnymi i przymierza się do kariery stricte politycznej, o czym świadczy ich kandydowanie (nie zawsze z powodzeniem) w wyborach.

A reszta? Ma nadzieję, że to minie samo, jak dziecięca choroba; że znów będzie można spokojnie zajmować się nauką, bez wikłania się w parapolityczne awantury, a tymczasem lepiej się nie wychylać, bo można samemu zostać zaatakowanym, a przynajmniej stracić intratny grant czy nie załatwić sprawy ważnej dla swojej kariery uczelnianej.

Uniwersytecki „lud” z pewnością nie pragnie wojny na uniwersytecie, ale nie jest też zdolny jej zatrzymać. Niczego dobrego nam to nie wróży.

Dr hab. Jan Majchrowski, prof. UW, prawnik i politolog, Katedra Filozofii Prawa i Nauki o Państwie Uniwersytetu Warszawskiego

Wróć