logo
FA 1-2/2026 informacje i komentarze

Aleksander Temkin

Przeciw anglicyzacji nauk społecznych

Przeciw anglicyzacji nauk społecznych 1

Nakreślmy kontekst obecnego sporu o sens anglicyzacji nauk społecznych: ekipa rządząca Ministerstwem Nauki obiecywała w pewnym momencie odejście od konkursowego modelu oceny jednostek naukowych. Był to dobry postulat. Środowisku Komitetu Kryzysowego Humanistyki Polskiej, z którym jestem związany, bardzo zależało na nim; byłaby to zmiana logiki ewaluacji. Ministerstwo musiałoby określić zbiór osiągnięć, których oczekuje od danego typu uczelni. Uczelnie mogłyby aktywnie kształtować swoją misję w danym okresie i deklarować, w jaki sposób chcą ją wypełnić. Ministerstwo określałoby oczekiwany poziom umiędzynarodowienia publikacji oraz inne parametry, jak również kontyngent punktowy, po przekroczeniu którego uczelnia mogłaby oczekiwać na odpowiednią dotację etc.

Od pewnego czasu resort nauki zrezygnował z zapowiedzi odejścia od konkursowego modelu jednostek naukowych. Pojawiły się wstępne założenia do projektu rozporządzenia dotyczącego tworzenia listy czasopism i wydawnictw. Wszystkie rozwiązania niestety zostaną wpisane w obowiązującą dotąd logikę konkursową, więc można założyć, że nie zadziałają tak, jak były projektowane. Niemniej wewnątrz tej logiki wciąż niektóre rozwiązania są lepsze, niektóre gorsze.

Są takie, które zasługują na życzliwe przyjęcie. Czytamy na przykład, że inne będą normy oceny dla nauk humanistycznych i społecznych, a inne dla pozostałych dziedzin nauki, że pewną rolę w procesie oceny będą odgrywać komitety PAN i że rozporządzenie wzmocni rolę monografii wobec innych form wypowiedzi naukowej. Doceniony zostanie także polski obieg nauki. Prosiłbym, by ministerstwo pamiętało o podnoszonej często potrzebie poluzowania relacji między pismami a dyscyplinami naukowymi, do których są obecnie przypisane.

Zapowiedzi resortu wzbudziły burzę wśród niektórych naukowców, związanych zwłaszcza z psychologią, kognitywistyką i z naukami ścisłymi, komentujących na twitterze propozycję zmian. Moi dyskutanci twierdzą, że badania naukowe należy publikować po angielsku, w polszczyźnie popularyzując ich wyniki. Sądzę, że mają oni złą wizję tego, czym jest popularyzacja nauki. Celem popularyzacji nie powinno być wyłącznie tworzenie dowcipnego katechizmu na potrzeby ludności, podawanie „w co mają wierzyć ludzie”. Taka wizja popularyzacji dziś się nie sprawdzi. Byłaby możliwa, gdyby ludzie kierowali się hasłem „follow the science”. Nie jest to wizja na czasy kryzysu sfery publicznej, spadku zaufania do naukowców, rozdrażnienia obecnością ekspertów w mediach i ciałach doradczych.

Właściwa popularyzacja tworzy kontinuum między rodzajami wypowiedzi, między publicystyką i nauką. Dzięki temu kontinuum powinna umożliwić zainteresowanym czytelnikom zmierzenie się z właściwym tekstem naukowym. Po co? Po to, by mieć dostęp do wstępnie przygotowanego materiału badawczego. Sam wiele razy odkrywałem, że z prezentowanego materiału można wyciągnąć inne wnioski niż te pochodzące wprost od autora książki czy artykułu. Niektóre publikacje naukowe rzeczywiście będą zrozumiałe tylko dla nielicznego grona ekspertów. Wiele z nich powinno jednak być finansowo i językowo dostępnych dla czytelników niebędących ekspertami: dla polityków, urzędników, kadry think tanków, dziennikarzy, nauczycieli, dla biznesu, dla NGO-sów. Nie dotyczy to tylko spraw ściśle polskich, takich jak polityka demograficzna, bariery solidarności międzypokoleniowej, problemy urbanistyki etc., lecz również debat o polityce monetarnej, o wentylacji budynków, o pojęciu kolonizacji, o problemach psychicznych nastolatków, o modelach globalizacji. Sam jako historyk filozofii konsumuję nie-ekspercko artykuły naukowe (niepopularyzatorskie) z dziedziny historii, religioznawstwa, ze stosunków międzynarodowych, jako działacz społeczny natomiast czytam publikacje epidemiologów oraz inżynierów od obiegu powietrza w budynkach.

Moi rozmówcy z twittera nie wierzą, że w Polsce ktokolwiek poza ekspertami będzie czytał ich artykuły naukowe i książkowe publikacje. Cóż, mamy bardzo antyintelektualną atmosferę społeczną, ale rezygnacja z kontaktu z polskim czytelnikiem jeszcze pogłębi te procesy. Trudno również wyjaśnić polskim dziennikarzom, urzędnikom etc., dlaczego należy finansować naukowców, którzy nie wierzą, że struktury samorządu, biznes, nauczyciele mogą skorzystać intelektualnie z badań prowadzonych na wydziałach nauk społecznych.

Anglicyzacja nauk społecznych i humanistyki sprawi, że debaty toczone w środowiskach tych nauk będę niedostępne cenowo dla czytelników; koszty dostępu są niezwykle wysokie. Podkreślam tu brak dostępności cenowej dla czytelników nie będących ekspertami. Następnie należy zwrócić uwagę na utrudnioną dostępność cenową i językową dla ekspertów z innych dyscyplin.

Ważną rolę w tej argumentacji odgrywa kwestia dostępności językowej dla czytelników nie będących ekspertami, szczególnie dziennikarzy, urzędników, ludzi z think tanków, nauczycieli. Co to za publiczność, jak należy o niej myśleć? To czytelnicy, którzy są fachowcami, ale nie akademickimi ekspertami i potrzebują możliwie na bieżąco uzupełniać swoją wiedzę. Skupiam się na naukach społecznych, ale dotyczy to także dyscyplin stosowanych. Weterynarz, lekarz czy inżynier muszą mieć dostęp do aktualnej wiedzy, niekoniecznie obracając się w międzynarodowym obiegu. Rozumiem niechęć niektórych naukowców do wchodzenia w inteligenckie buty, a jednak ta niechęć zaszła zdecydowanie zbyt daleko.

Zwolennicy anglicyzacji nauk społecznych pospiesznie zarzucają swoim dyskutantom, że ci siedzą w zaścianku. Cóż, jeżeli Polska to zaścianek, wizja naszych kolegów jest prywatną ucieczką z tego zaścianka i pozostawieniem go samemu sobie. Konsekwentna anglicyzacja nauk społecznych i humanistyki to pomysł na deokcydentalizację Polski, na oderwanie krajowych debat od zachodniej humanistyki i nauk społecznych.

Działa to w dwie strony. Anglicyzacja nauk społecznych w latach 90. odcięłaby polskojęzycznych czytelników od zachodnich badań nad pamięcią historyczną w kontekście Holocaustu i nad przeżywaniem płciowości. Z drugiej strony testowanie w języku polskim ważnych koncepcji teoretycznych, zmieniających nasze pole widzenia, pozwala dopiero właściwie ocenić ich siłę eksplanacyjną. Pozwala nam krytycznie odnieść się do ich roszczeń do uniwersalności, deklarowanej neutralności albo normatywnej słuszności. Dobrym przykładem takiej operacji jest tekst Andrzeja Walickiego Nacjonalizm i społeczeństwo obywatelskie w teorii Ernesta Gellnera, w którym na gruncie polskiej optyki semantyczno-historycznej, autor ogranicza zasięg tej teorii pokazując jej „bezrefleksyjnym konsumentom”, że via język angielski staje się dla nich niewidoczny kulturowy kontekst założeń tej teorii (doświadczenie jej autora związane z Imperium Habsburgów: nowe nacje jako „konstrukcje”).

Kolejny punkt: istotna jest zwrotna możliwość aktywnego dyskutowania, podważania, uzupełniania wyników badań nauk społecznych, społecznej korekty wiedzy (naukowcy społeczni nie wiedzą wszystkiego, mają swoje metodologie, wciąż mogą się dużo dowiedzieć od zwykłych użytkowników świata społecznego na temat swoich metodologicznych założeń). Jest to argument szczególnie istotny dla socjologii, dla antropologii kulturowej.

Dalej: wpływ na działalność instytucji organizujących praktyki badanego wycinka świata społecznego. Naukowcy społeczni często bywają współprojektantami instytucji. Na podstawie ich badań instytucje mogą osiągnąć większą samoświadomość co do własnego działania. Nie jest dobrze, jeżeli najgłośniejsi w mediach naukowcy lekceważą ten aspekt oddziaływania nauki na rzecz chęci rozmowy w ekskluzywnym gronie, z paroma anglojęzycznymi ekspertami. Czy to rzeczywiście oznaka wysokich ambicji? Co innego oczywiście, jeżeli mierzą w aktywne kształtowanie swoimi wypowiedziami naukowymi architektury instytucjonalnej świata anglosaskiego.

Sprawą bardzo istotną jest rozwój odpowiedniej terminologii w polszczyźnie. Tej kwestii nie ograniczałbym do twardego jądra nauk społecznych i humanistycznych. Jest ona niesłychanie istotna dla nauk prawnych, ale też dla wielu nauk technicznych, ze względu na ich praktyczne nastawienie, na użytkownika.

Słowo o naukach prawnych. Prawo (niezależnie od stopnia porównawczości badań) „działa” w żywym ekosystemie języka krajowego: w ustawach i innych aktach normatywnych, aktach stosowania prawa (wyroki, decyzje itd.), doktrynie, opiniach prawnych i w codziennej praktyce instytucji. Jeżeli dorobek doktryny prawa ma realnie zasilać kulturę prawną, musi pozostawać dostępny w polszczyźnie nie tylko „popularyzatorsko”, lecz w pełnej, precyzyjnej postaci naukowej. Inaczej traci się ciągłość między badaniem a jego zastosowaniem: sędzia, legislator, urzędnik czy adwokat/radca prawny nie potrzebuje popularyzacyjnego streszczenia, tylko rozumowania, aparatu pojęciowego i argumentacji, które da się wprost przetworzyć na akt stanowienia/stosowania prawa (wyrok, decyzję itd.).

Co więcej, konsekwentna anglicyzacja prawa przyspiesza erozję polskiej terminologii prawniczej i ułatwia import kalk, które rozmywają znaczenia wypracowane przez tradycję i praktykę. Jak się wydaje, to jest tak naprawdę spór o jakość państwa, o to, czy debata o konstytucjonalizmie, prawach człowieka, odpowiedzialności administracji, ochronie konsumenta, technologii i własności intelektualnej będzie toczyć się w języku dostępnym dla obywateli i instytucji, które mają ją prowadzić. Umiędzynarodowienie jest potrzebne, ale powinno być dodatkiem wzmacniającym, a nie substytutem polskiego obiegu nauk prawnych. Bez niego tracimy narzędzia samorozumienia i samorządzenia.

Słowo o filozofii. Uważam, że język polski jest skarbem dla ludzkiej myśli. Duże możliwości językowe polszczyzny nie powinny przepaść w anglicyzacji. Do języków należy podchodzić jak do gatunków zwierząt. Wiele z zagrożonych gatunków zawiera w swoim ciele tajemnice ważne dla ludzkiego świata. Polszczyzna jest bardzo precyzyjna i zarazem elastyczna, dlatego można w niej pomyśleć rzeczy ciekawe filozoficznie.

Sposób pisania do pism anglojęzycznych wymaga standaryzacji stylu i struktury. Jest to ćwiczenie zubażające intelektualnie. Nasi herosi umiędzynarodowienia lekceważą literatury naukowe francuskie i niemieckie, w których stopień standaryzacji wypowiedzi naukowej nie jest tak wysoki, redakcje pozwalają na więcej ekstrawagancji.

Nie lubię argumentu podnoszonego przez „moją” stronę sporu, że nikogo na świecie nie obchodzi polska tematyka. Obchodzi, od czasu do czasu. Periodyki anglosaskie mogą opublikować pojedyncze wypowiedzi polskich naukowców na temat polskiego systemu prawnego etc., ale nie obsłużą całych dyskusji. Podobny problem mają nauki społeczne i humanistyczne z innych krajów postrzeganych jako oddalone od anglosaskiego „centrum”, nie tylko z Europy Środkowo-Wschodniej.

Jest to kwestia: a) zwykłej pojemności; b) modelowania zainteresowań badawczych przez redakcje. Sprawy istotne z punktu widzenia obywateli państw oddalonych od anglosaskiego centrum nie muszą być interesujące dla tychże redakcji. Artykuły niezgodne z obiegową wiedzą na temat regionu niekoniecznie będą się cieszyć dodatkowymi punktami u recenzentów. Czy to uwaga nacjonalistyczna? Raczej nie, to uwaga na temat real-politycznego, a może real-społecznego wymiaru, o którym rzadko pamięta się przy tworzeniu polityki naukowej. Znowu, nie jest to problem przede wszystkim Polaków. Europa Środkowo-Wschodnia po prostu nie jest ulubioną krainą zachodnich elit kulturalnych, na co dramatycznie wskazywało wielu ukraińskich antywojennych aktywistów.

Zasadniczym argumentem przeciwników wzmocnienia punktowego niektórych polskich czasopism i wydawnictw jest kwestia łatwości lub trudności publikacji. Trudność publikacji za granicą miałaby być jednym z kluczowych argumentów na rzecz wyniesienia anglojęzycznych tekstów na górę piramidy.

W jakiejś części jest to jednak argument mało poważny. Trudność publikacji, gęstość recenzenckiego sita nie rozstrzyga ani o jakości, ani o wartości społecznej badania. Dlaczego trudność zorganizowania sobie publikacji i dopasowania swojego stylu do stylu konkretnej redakcji miałaby być ważniejsza niż możliwość wpływu instytucjonalnego? Dlaczego trudność ma wyznaczać ostateczną skalę wartości?

Ostatecznie bowiem nie chodzi o to, żeby było trudno. Wartością umiędzynarodowienia nie jest jego trudność. Naukowcy zbyt często pozwalają tak myśleć swoim ministrom, wiceministrom i różnym prezesom, że nauka musi być trochę niedożywiona, by była dobra. Podobnie z umiędzynarodowieniem: należy je organizować poprzez systemowe, celowe finansowe wsparcie, które ułatwi wejście w obieg, a nie przez system punktowy wartościujący działania trudne.

* * *

Spór o anglicyzację nauk społecznych dotyczy w istocie tego, dla kogo nauka istnieje i komu ma służyć. Jeśli przyjmiemy, że jej jedynym adresatem jest wąskie grono międzynarodowych ekspertów, to konsekwentna anglicyzacja jest logiczna. Zarazem jest przyznaniem się do porażki, rezygnacją z ambicji kształtowania własnego społeczeństwa, własnych instytucji, własnej kultury intelektualnej. Polskie nauki społeczne i humanistyczne przez wieki budowały język, w którym to społeczeństwo mogło myśleć o sobie samym. Ten dorobek jest ich najważniejszym zasobem. Polityka naukowa, która nagradza trudność zamiast wpływu, prestiż zamiast użyteczności i angielszczyznę zamiast myśli – nie służy nauce. Służy co najwyżej złudzeniu.

Aleksander Temkin, Komitet Kryzysowy Humanistyki Polskiej

Wróć