logo
FA 1-2/2026 informacje i komentarze

Piotr Tryjanowski

Neomania

Jak nauka zakochała się w nowości i wciąż nie może dorosnąć


Neomania 1

Wyobraźmy sobie miasto, w którym non stop wbija się łopaty w ziemię i zaczyna budowę kolejnych wieżowców. Koparki dudnią, media ogłaszają historyczne przełomy, inwestorzy klaszczą, mieszkańcy robią zdjęcia przy tablicach z nazwą inwestycji. Tyle że prawie nikt nie wraca, żeby wylać stropy, postawić ściany, założyć dach i okna. W efekcie miasto składa się głównie z głębokich wykopów, szkieletów fundamentów i… pustki, w której nie da się normalnie żyć. Krist Vaesen, filozof z Uniwersytetu Technologicznego w Eindhoven, w książce Neomania: How Our Obsession With Innovation is Failing Science, and How to Restore Trust (2026) (książka jest dostępna w otwartym dostępie tutaj: https://www.openbookpublishers.com/books/10.11647/obp.0507) opisuje współczesną naukę właśnie w taki sposób. Nie chodzi o pojedyncze wpadki ani o lenistwo poszczególnych badaczy. To systemowy polikryzys – splot kilku nakładających się na siebie załamań. Wyników badań nie udaje się powtórzyć w innym laboratorium. Metody są słabe, statystyka kuleje. Coś działa w jednym miejscu, a w innych już nie. Najpiękniejsze odkrycia z laboratorium nie przekładają się na realne życie. Brakuje spójnych teorii, które trzymałyby całość w ryzach. Te problemy widać w psychologii, ekonomii, medycynie, neurobiologii, ekologii, tak naprawdę w większości dziedzin nauki.

Jednak widząc ów smutny obraz, Vaesen wcale nie zaczyna od moralizowania. Pokazuje, skąd się to bierze: wszyscy – naukowcy, uczelnie, agencje grantowe, media – najbardziej nagradzają nowość. Słowa „nowe”, „innowacyjne”, „przełomowe” wygrywają z „solidnym”, „sprawdzonym”, „powtórzonym”, „użytecznym w praktyce”. To nie wina złych charakterów, to po prostu logika systemu. Nowość przyciąga uwagę, uwaga liczy się w cytowaniach, cytowania budują karierę, granty, awanse. Dlatego nawet dobry wynik musi być dobry i nowy albo nawet odwrotnie.

A co z pracami, które są nudne, ale niezbędne? Tak jak powtórzenie cudzego eksperymentu. Sprawdzenie, czy efekt działa też gdzie indziej. Dopracowanie narzędzia pomiarowego. Budowanie spójnej teorii z wielu puzzli. Vaesen nazywa to czerwoną strefą – tam właśnie wiedza naprawdę dojrzewa i staje się wiarygodna. Tylko że systemowo jest spychana na margines, bo jest „wtórna”, żmudna i mało efektowna w oczach mediów i komisji grantowych. Dzieje się to nawet w ekologii, gdzie lokalność jest kluczowa dla zachodzących procesów. Największy problem nie leży nawet w tym, że niektóre replikacje wypadają słabo. Największy dramat polega na tym, że ogromnej części literatury nikt w ogóle nie replikuje, więc nie wiemy, ile w niej prawdy, a ile złudzenia.

Czy istnieją rozwiązania? Zapewne tak, choć za Vaesenem ostrzegam, że proste recepty – poprawmy statystykę, wprowadźmy prerejestracje, zaostrzmy recenzje – leczą objawy, ale nie chorobę. Choroba jest osadzona głębiej, w ekonomii prestiżu i uwagi. Skąd się to wzięło? Choroba ta rozwija się całkiem długo, a Vaesen poświęca osobny rozdział historii neomanii – nazywają ją wręcz „krótką historią obsesji”. Już w XVII wieku, który historycy nazywają „wiekiem nowego” (Age of the New), nastąpił gwałtowny zwrot. Historyk Lynn Thorndike zauważył w połowie XX wieku, że w tytułach prac naukowych dramatycznie przybyło słów „nowy”, „niesłychany”, „niespotykany”. Wystarczy spojrzeć na klasyków: William Gilbert – New Physiology (1600), Johannes Kepler – New Astronomy (1609), Francis Bacon – Novum Organum (1620), Galileo Galilei – Two New Sciences (1638), Robert Boyle – liczne New Experiments. Ten trend objął niemal wszystkie dziedziny: od metodologii, przez astronomię i fizykę eksperymentalną, po chemię, anatomię i inżynierię.

Filozofowie przyrody tamtej epoki chcieli wyraźnie zerwać z przeszłością, z autorytetem starożytnych (głównie Arystotelesa), ze scholastyką i dominacją teologii w poznaniu natury. Bacon, jeden z symboli tego przełomu, obiecywał nową metodę, nowe organum poznania, nowe moce nad przyrodą, wiedzę, która da ludzkości realną władzę i poprawi byt materialny. To był program rewolucyjny: nauka jako narzędzie postępu, odkrywania nieznanego, budowania nowego świata. I rzeczywiście ta obietnica okazała się historycznie niezwykle płodna, dała impuls rewolucji naukowej. Z czasem jednak idea „nowości” została stopniowo uwięziona w logice wzrostu gospodarczego i globalnej konkurencji. W XX wieku, zwłaszcza po II wojnie światowej, nauka zaczęła być postrzegana przede wszystkim jako motor innowacji technologicznych i wzrostu PKB. Modele takie jak liniowy model innowacji (od badań podstawowych do zastosowań) czy koncepcja Triple Helix (uniwersytety – przemysł – państwo) utrwaliły ten kierunek. W Stanach Zjednoczonych ustawy typu Bayh-Dole Act (1980) zachęcały do komercjalizacji wyników badań i patentowania. Nauka miała dostarczać innowacje, a innowacje napędzać gospodarkę. Presja na szybkość i nowość stała się tak wielka, że fundamenty sprawdzamy później… albo wcale. W biologii środowiskowej co chwilę ktoś ogłasza rewolucyjny mechanizm albo przełomową metodę. W medycynie co kilka miesięcy nowa wielka nadzieja na cudowny lek. Jednak to zjawisko wykracza poza naukę. Jak śpiewał Leonard Cohen: „nie ma lekarstwa na miłość”. Nie ma też prostego lekarstwa na naszą zbiorową miłość do nowości. System po prostu ją wykorzystuje.

Otwarte dane, otwarte kody, prerejestracje – to kroki w dobrą stronę. Jak ujął to Brian Nosek: otwartość nie jest potrzebna dlatego, że naukowcy są nieuczciwi. Jest potrzebna, bo są ludźmi – podatnymi na błędy poznawcze, presję, złudzenia optymistyczne. Ale otwartość usuwa przeszkody, nie tworzy jednak motywacji. Dane leżą otwarte, a mało kto je naprawdę ponownie analizuje, replikuje, testuje w nowych warunkach. Biblioteka już stoi, tylko prawie nikt do niej nie zagląda. Vaesen nie wierzy, że rynek publikacji sam wyselekcjonuje prawdę. W epoce neomanii selekcjonuje głównie powierzchowną uwagę. Proponuje więc coś bardziej radykalnego: zorganizować naukę wokół dużych, wspólnotowych programów badawczych z jasno uzgodnionymi priorytetami. W takich programach czerwona strefa nie jest hobby idealistów, staje się zaplanowanym, szanowanym etapem. Potrzebujemy konferencji i spotkań, które szukają konsensusu i decydują, co warto doprowadzić do dojrzałości. Potrzebujemy podziału pracy, wieloletniego finansowania i instytucji, które traktują „pracę utrzymaniową” jako prestiżową. Brzmi to trochę naiwnie i zupełnie nieseksownie, sam autor to przyznaje. Nie ma tu romantycznego mitu samotnego geniusza. Ale najbardziej solidna wiedza zawsze tworzona była zbiorowo: replikacja, synteza, teoria to społeczna obróbka odkrycia. Neomania tę obróbkę rozbija, bo premiuje sprinty, a nie maraton.

Na koniec Vaesen rzuca cień na możliwości sztucznej inteligencji. To właśnie ona może przyspieszyć wszystko co najgorsze: szybsze pisanie tekstów niż ich sprawdzanie, skalowanie fabryk pseudonaukowych artykułów, jeszcze większy pęd za nowością. Ale może też pomóc: wyłapywać anomalie, robić błyskawiczne przeglądy literatury, wspierać powtarzalność. Kluczowe pozostaje jednak to, co Galileusz nazywał ślimaczym tempem i głębokim brakiem zaufania do własnych odkryć. Nauka potrzebuje instytucji, które w odpowiednim momencie potrafią powiedzieć: Stop! Teraz sprawdzamy poważnie. Nie ma prostych recept, a każda obietnica szybkiego rozwiązania śmierdzi szarlatanerią. Sam lubię nowości. Lubię ten moment, kiedy coś nagle zaskakuje, kiedy nieoczywiste łączy się z nieoczywistym. Ale najlepiej szukać takich połączeń, stojąc na twardym, sprawdzonym gruncie. Bo inaczej budujemy kolejne imponujące fundamenty, w których nikt nigdy nie zamieszka. Może najwyższy czas przestać być bananowymi dziećmi, które chcą tylko nowinek i zwolnień z nudnej roboty laboratoryjnej czy terenowej. Może czas pozwolić dorosnąć – sobie i nauce.

Prof. dr hab. Piotr Tryjanowski, Uniwersytet Przyrodniczy w Poznaniu

Neomania 2

Wróć