logo
FA 1-2/2026 badania nad migracjami

Michał Schwabe

Migracje z perspektywy ekonomisty

Migracje z perspektywy ekonomisty 1

Rys. Sławomir Makal

Czy na kanwie nauki jesteśmy w stanie przewidzieć, dokąd ludzie z poszczególnych państw będą migrować, czy może wybór kierunku migracji jest czysto losowy i sprowadza się do wyboru któregokolwiek spośród państw z wyższym dochodem?

Co skłania ludzi do podjęcia decyzji o migracji? Mierzący się z takim pytaniem podczas pierwszych zajęć studenci zazwyczaj niepewnie rozglądają się po sali wykładowej, próbując dociec, czy jest to pytanie tak banalne, że wręcz nie przystające do powagi uczelni wyższej, czy może jest w nim jakaś podchwytliwość, której nie udało im się wychwycić.

Pytanie jest jednak wielowymiarowe, a sam problem migracji bardziej złożony niż mogłoby się wydawać. O ile dwie najczęściej udzielane, intuicyjne odpowiedzi („żeby poprawić swoją sytuację materialną” oraz „bo są zmuszeni do opuszczenia swojego miejsca zamieszkania”) rzeczywiście odpowiadają najczęstszym przyczynom migracji w skali globalnej, to jednak nie wyczerpują tematu. Problem zostaje najczęściej obnażony przy próbie odpowiedzi na pytanie postawione à rebours, a mianowicie dlaczego ludzie nie decydują się na migrację, pomimo występowania obiektywnych przesłanek do jej rozważenia.

Według ostatnich szacunków Międzynarodowej Organizacji Pracy, migranci międzynarodowi stanowią ponad 4% globalnych zasobów pracy. Z jednej strony wartość ok. 170 milionów wydaje się znacząca, z drugiej jednak strony, patrząc przez pryzmat nauk ekonomicznych, pojawia się w tym miejscu wątpliwość: czy oznacza to, że zaledwie 4% globalnej populacji pracowników działa w myśl ukutej przez J.S. Milla koncepcji homo oeconomicus? A może cała reszta żyje w dostatku i dobrobycie, a tym samym jest na tyle zadowolona ze swojej sytuacji materialnej, że nie znajduje wystarczających przesłanek do migracji?

Aby przekonać się, że tak nie jest, wystarczy rzut oka na najnowsze dane Banku Światowego, według których w 2025 roku około 10% globalnej populacji żyło poniżej progu ubóstwa, tj. za mniej niż 3 dolary dziennie. Co więcej, dla Afryki Subsaharyjskiej odsetek ten wyniósł ponad 40% populacji. Czy zatem, w szczególności w obliczu przewidywanej w tym regionie „bomby demograficznej” (wg. szacunków ONZ do roku 2100 nastąpi tam potrojenie populacji, której liczebność ma wynieść wówczas 3,4 mld), oznacza to nieuchronny i niekontrolowany napływ migrantów do Europy? Pomimo tego, co wieszczą niektórzy eksperci, odpowiedź na tak postawione pytanie nie jest niestety możliwa, podobnie jak nie możemy udzielić odpowiedzi na większość pytań dotyczących przyszłości.

Jednak głos rozsądku nakazuje wstrzymać się w tej kwestii z ferowaniem wyroków, co wielokrotnie podkreślali znawcy tematu, w tym m.in. prof. Paweł Kaczmarczyk z Ośrodka Badań nad Migracjami UW. Historia pokazuje bowiem, że nawet w przypadku klęsk żywiołowych i wojen tylko część osób decyduje się na ucieczkę za granicę. Jako przykład można przytoczyć obecną sytuację w Ukrainie, gdzie (stan na listopad 2025) według danych UNHCR blisko 13 milionów osób wciąż wymaga pilnej pomocy humanitarnej, a ponad 3,5 miliona pomimo konieczności opuszczenia terenów działań wojennych nie zdecydowało się na migrację zagraniczną, lecz pozostało w kraju.

Zatem jedyne co możemy stwierdzić, to że w przypadku dynamicznego wzrostu populacji w Afryce wiele zależeć będzie nie tylko od rozwoju sytuacji geopolitycznej, ale również od decyzji państw wysokorozwiniętych o udzielonej państwom afrykańskim pomocy oraz jej formule. Tym samym przekładanie prognoz demograficznych w skali 1:1 na prognozy migracyjne świadczy najczęściej o niezrozumieniu tematu, a tym samym trywialnym podejściu do odpowiedzi na pytanie o decyzje migracyjne bez wcześniejszego uważnego rozejrzenia się po sali wykładowej.

Modele neoklasyczne

Czy na kanwie nauki jesteśmy zatem w stanie przewidzieć skalę oraz najbardziej prawdopodobne kierunki migracji?

Odpowiedzi na tak zadane pytanie próbowano na gruncie nauki udzielić już pod koniec XIX wieku, kiedy to brytyjski geograf E. Ravenstein spisał swoje obserwacje dotyczące procesów migracyjnych przybierających wówczas na sile wskutek forsownej industrializacji procesu produkcyjnego. Pomimo że Ravenstein obserwował tylko migracje wewnętrzne w ramach Wielkiej Brytanii, większość jego wniosków można ocenić jako ponadczasową i uniwersalną. Między innymi zauważył on, że główny spiritus movens migracji to przyczyny ekonomiczne, a także, że ludzie migrują najczęściej na krótkie dystanse.

Jako pokłosie spostrzeżeń Ravensteina w ramach nauk ekonomicznych w kolejnych latach próbowano tworzyć modele opłacalności migracji na poziomie mikro, czyli przyjmując perspektywę pojedynczego migranta, działającego w myśl koncepcji homo oeconomicus. Oparte one były jednak na uproszczonym rozumowaniu, w myśl którego głównym czynnikiem była krańcowa produktywność pracy, znajdująca odzwierciedlenie w otrzymywanym przez pracowników wynagrodzeniu. Jako że w centrach rewolucji przemysłowej zapotrzebowanie na pracę rosło bardzo dynamicznie, w modelach eksponowano czynnik płac, pomijając w dużej mierze jakiekolwiek inne zmienne.

W perspektywie mikroekonomicznej, w myśl modelowej rzeczywistości migrowano zatem, gdy pojawiała się szansa na lepsze wynagrodzenie w innym mieście lub państwie. Przyjmując to za aksjomat, przeniesienie tego rozumowania do wymiaru makroekonomicznego wydawało się być oczywiste i opierano je na założeniu, że skoro jednostka migruje zawsze, gdy może otrzymać wyższe wynagrodzenie, to migracje będą występować dopóty, dopóki między poszczególnymi państwami będą istniały różnice w poziomie płac. Ergo, ostatecznie migracje doprowadzą do wyrównania płac w skali globalnej.

Pomimo że od czasu powstania powyższych, zaliczanych do ekonomii neoklasycznej paradygmatów minęło już sporo czasu, to ewidentnie płynące z nich wnioski nie znalazły do dziś potwierdzenia w rzeczywistości. Poszukując przyczyn takiego stanu rzeczy, można zacytować znane w gronie ekonomistów powiedzenie, głoszące, że „nie ma złych modeli, są tylko błędne założenia”. Jako dwa główne nierealistyczne założenia w tym przypadku można wskazać asumpcje, że ludzie będą migrować zawsze, gdy będą mieli szanse na wyższe zarobki w innym miejscu (bez względu na wysokość tej różnicy!) oraz że nie istnieją bariery dla mobilności pracy pomiędzy państwami, tj. w dostępie do poszczególnych rynków pracy.

Modele neoklasyczne spotkały się więc z zasłużoną krytyką jako nierealistyczne, przy czym należy im oddać, że właściwie odzwierciedlały najczęstszą przyczynę dobrowolnych migracji, tj. chęć uzyskania wyższego dochodu.

Co prawda do modeli neoklasycznych próbowano w kolejnych latach dodawać poszczególne zmienne wykraczające poza różnice w stawkach płac (np. kwantyfikować ryzyko migracji), ale nie miało to większego znaczenia w kontekście ich przydatności do oceny realnych decyzji i procesów migracyjnych – wypracowywane teorematy stanowiły raczej wkład do ekonomii matematycznej niż nauki o migracjach.

Model czynników wypychających i przyciągających

Punktem przełomowym w analizie migracji z punktu widzenia jednostki okazał się być przedstawiony na prostym rysunku dość ogólny model autorstwa E. Lee, w myśl którego decyzja o migracji winna być rozpatrywana jako bilans czynników przyciągających (w kraju docelowym), wypychających (w kraju zamieszkania) oraz barier w procesie migracyjnym. Całość rozumowania osadzała się na prostym założeniu, że jeśli w kraju zamieszkania potencjalnego migranta dostrzega on więcej czynników negatywnych (wypychających) niż pozytywnych, a w wybranym kraju docelowym odwrotnie, tj. więcej aspektów pozytywnych (przyciągających) niż negatywnych, oraz (tutaj uwaga!) jeśli stwierdzi, że będzie w stanie pokonać zidentyfikowane uprzednio bariery w procesie migracyjnym, to prawdopodobnie osoba taka zdecyduje się na migrację.

Model ten zyskał dużą popularność przede wszystkim ze względu na swoją pojemność analityczną, jego autor nie stworzył bowiem zamkniętej listy aspektów pozytywnych i negatywnych, precyzując, że jest to subiektywna ocena potencjalnego migranta. Podobnie z barierami w procesie migracyjnym. Owszem, można wskazać w każdej z tych kategorii na pewne uniwersalizmy, jednak co do zasady ocena zarówno czynników, jak i barier musi zostać dokonana przez potencjalnego migranta. Jako przykład można tu wskazać wysokie podatki przekładające się na wysokie nakłady na szkolnictwo. Czynnik taki może być oceniony pozytywnie przez rodziny z dziećmi, a negatywnie przez osobę samotną o liberalnym podejściu do gospodarki. Podobnie w przypadku barier, trudno jest oszacować znaczenie bariery w postaci np. określonego kosztu migracji, ponieważ ta sama nominalna wartość będzie miała różne znaczenie dla różnych osób, w zależności od ich sytuacji finansowej.

Model E. Lee, określany w literaturze modelem czynników wypychających i przyciągających (ang. push – pull), jest chyba najczęściej eksploatowanym podejściem w literaturze migracyjnej. Jak wspomniano, jest to wyjątkowo proste i uniwersalne narzędzie służące do analizy przyczyn migracji – co ważne, nie tylko zarobkowych. Jego dużą zaletą jest to, że pozwala również na inkorporację do bilansu potencjalnych kosztów i korzyści migracji elementów wykraczających poza czynniki mierzalne, które ekonomiści często pomijają. Są to np.: przywiązanie do miejsca zamieszkania, bliskość przyjaciół i rodziny, konieczność opieki nad osobami bliskimi czy po prostu awersja do zmian.

Problem jednak w tym, że o ile potencjalny migrant jest w stanie dość dobrze określić czynniki wypychające (a także te skłaniające do pozostania) w swoim obecnym miejscu zamieszkania i podobnie oszacować bariery w procesie migracyjnym (choć już na tym etapie mogą pojawiać się jakieś niespodzianki), to rzadko jest w stanie realnie oszacować swoje szanse na osiągnięcie sukcesu w miejscu docelowym. Nawet jeśli popyt na rynku pracy kraju imigracji jest wysoki, to trudno przecież stwierdzić, czy przełoży się to na dobrą pracę dla samego zainteresowanego i na możliwość jego integracji, zarówno zawodowej, jak i społecznej.

Próbując pomóc skonfundowanemu migrantowi rozwikłać jego dylemat, sprowadzający się w zasadzie do refrenu znanej piosenki brytyjskiej grupy The Clash (Should I stay or should I go?), można przytoczyć dysputę pomiędzy G. Borjasem a B. Chiswickiem, która miała miejsce pod koniec XX wieku w Stanach Zjednoczonych. Chiswick odkrył wówczas, że zarobki imigrantów w USA rosną szybciej niż zarobki ludności rdzennej, co mogło świadczyć o pozytywnej selekcji migrantów (tj. na migrację decydowali się ludzie pracowici i przedsiębiorczy, którzy wierzyli, że dzięki pracy mogą osiągnąć sukces). Zainspirowany badaniami Chiswicka G. Borjas, przeanalizowawszy wyniki spisu powszechnego z dwóch dekad, stwierdził jednak, że pozytywna selekcja, o której pisał Chiswick, nie występuje zawsze, lecz wymaga spełnienia kilku warunków. Pierwszym z nich była pozytywna i silna korelacja pomiędzy zarobkami w kraju zamieszkania i w kraju docelowym, a także (co istotne) bardziej nierówna dystrybucja dochodów w USA niż w kraju pochodzenia migranta. Ponadto migrant musiał posiadać pewne cechy charakteru, które przekładały się na wydajność jego pracy. Borjas wskazywał tym samym na autoselekcję migrantów, precyzując, że na migrację powinni decydować się ci, którzy mają pewne cechy charakteru umożliwiające im osiągnięcie sukcesu w gospodarkach liberalnych, dotychczas pracujący w państwach, gdzie niskie zróżnicowanie dochodów nie pozwala na monetyzację ich potencjału.

Konkluzje Borjasa, który – przypomnijmy – sam był imigrantem z Kuby, odzwierciedlały dość dobrze ducha XX wieku, w którym USA jawiły się jako ziemia obiecana dla najbardziej uzdolnionych i pracowitych migrantów z całego świata. Ci z nich, którzy byli gotowi przezwyciężyć niedogodności związane z procesem migracyjnym, mogli liczyć na szybkie kariery, sukcesy i międzynarodową rozpoznawalność, których nie mogliby prawdopodobnie osiągnąć w żadnym innym państwie na świecie.

Względne zubożenie

Zostawmy jednak na chwilę amerykański sen i przenieśmy się odrobinę na południe, a konkretnie do Meksyku, gdzie badania nad społecznościami agrarnymi prowadzili m.in. O. Stark i M. Taylor, pozostając jednak przy interesującym wątku zależności pomiędzy nierównością dochodów a skłonnością do migracji. Stark i Taylor stwierdzili, że to właśnie zróżnicowanie dochodów jest w badanych społecznościach bodźcem do migracji, tj. migrują zazwyczaj ci, którzy osiągają niższe dochody niż ich bezpośrednia grupa odniesienia. Zjawisko to badacze określili mianem relative deprivation, co oznacza względne zubożenie.

W tym miejscu konieczne jest doprecyzowanie, które pomoże w zrozumieniu wyjątkowości konkluzji wspomnianych autorów: otóż w podejściu Starka i Taylora zanika tożsamość pomiędzy podmiotem decyzyjnym w sferze migracji a osobą migrującą. Tym pierwszym nie jest już jednostka, lecz całe gospodarstwo domowe, które kolektywnie podejmuje decyzję o migracji, a także kto z jego członków powinien to uczynić. Jednak teoria ta pokazuje, że życie bywa przewrotne, a potencjalne rozwiązanie problemu często tę przewrotność wzmaga. Konsekwencją migracji jest bowiem w omawianym podejściu pogłębianie dysproporcji dochodowych (migranci przesyłają środki finansowe do domów, tzw. remittances), przyczyniając się do wzrostu nierówności, a tym samym migracje stają się samonapędzającym się mechanizmem. Nota bene, wspomniani autorzy w toku swoich badań stwierdzili dodatkowo, że społeczności agrarne traktują migracje często jako ubezpieczenie na wypadek klęski nieurodzaju. Migracja nie musi prowadzić w tym przypadku do uzyskiwania wyższego dochodu, lecz do zapewnienia jego ciągłości przy braku adekwatnych instrumentów ubezpieczeniowych w przypadku niskich plonów.

Fenomen nadreprezentacji

Powyższe teorie wskazują na określone motywacje migrantów, które są pochodną dążeń do zwiększenia (bądź zapewnienia stabilności) dochodu czy poziomu dobrobytu. Gdy posiada się wiedzę na temat przesłanek do migracji, zasadne wydaje się pytanie, czy można również przewidzieć, dokąd ludzie z poszczególnych państw będą migrować, czy może wybór kierunku migracji jest czysto losowy i sprowadza się do wyboru któregokolwiek spośród państw z wyższym dochodem, który w ekonomii można najprościej wyrazić poprzez poziom pkb per capita (i jego wzrost) i poziom stopy bezrobocia?

Badanie Instytutu Gallupa wykonane pod koniec pierwszej dekady XXI wieku pokazuje, że jeśli nie istniałyby bariery w dostępie do rynków pracy państw wysoko rozwiniętych, do USA napłynęłoby kolejne 165 mln migrantów. Jednak (o dziwo!) realne dane migracyjne wskazują, że nie wszyscy migranci kierują się do USA. Czy zatem można wyjaśnić fenomen nadreprezentacji migrantów określonych narodowości w poszczególnych państwach? Dlaczego w Luksemburgu najwięcej jest Portugalczyków, w USA Meksykanów, a w Wielkiej Brytanii Hindusów i Polaków?

Pomimo, że to zagadnienie również jest dość złożone i nie jest możliwe udzielenie uniwersalnej odpowiedzi wyjaśniającej wszystkie przypadki, to można jednak próbować odnaleźć pewne prawidłowości w sferze wyborów państw docelowych, w zależności od państwa pochodzenia migrantów.

Pierwszym istotnym czynnikiem wyboru jest tu bliskość geograficzna, której rolę w ekonomii szacuje się za pomocą modeli grawitacyjnych, będących pochodną słynnego modelu I. Newtona. Nie wchodząc w zawiłości rozumowania formalnego, modele te pokazują, że najwięcej osób migruje do państw ościennych lub na jak najbliższe odległości (kłaniają się tu wspomniane na początku eseju XIX-wieczne prawa migracyjne Ravensteina). Świat realny dostarcza nam wielu przykładów na potwierdzenie tej tezy, np. mniejszość meksykańska w USA, Ukraińcy w Polsce czy Algierczycy we Francji.

Kolejnym czynnikiem kreującym migracje pomiędzy poszczególnymi państwami jest brak barier w dostępie do rynku pracy, logiczne bowiem jest, że mając do wyboru państwa o podobnym poziomie rozwoju, migranci wybiorą te, gdzie mogą legalnie pracować. Dwa przykłady na poparcie tej tezy to Polacy w Wielkiej Brytanii, która jako jedna z trzech pierwszych państw umożliwiła dostęp do swojego rynku pracy pracownikom z nowych państw członkowskich UE, czy Turcy w Niemczech, gdzie w katach 60. XX wieku prowadzono program importu siły roboczej w celu odbudowy państwa po zniszczeniach wojennych. Nota bene, wracając do modelu E. Lee, wydaje się, że to bariery formalnoprawne, ograniczające dostęp pracowników zagranicznych do rynków pracy państw wysokorozwiniętych, są najważniejszymi z barier w procesie migracyjnym i gdyby nie one, skala migracji byłaby znacząco wyższa, niż jest obecnie. Ponadto, jak widać na przykładzie Polaków w Wielkiej Brytanii, rola braku tej bariery może być dla wyboru państwa docelowego bardziej istotna niż bliskość geograficzna.

Dwa powyższe czynniki (bliskość geograficzna i możliwość legalnego zatrudnienia), szczególnie w połączeniu ze sobą, dość dobrze tłumaczą, dlaczego migranci z poszczególnych państw wybierają ściśle określone lokalizacje jako państwa docelowe.

Sieci migracyjne

Jednak w procesie szacowania potencjalnych kierunków migracji największą rolę odgrywa poziom mezo, a konkretnie sieci migracyjne, rozumiane najprościej jako powiązania potencjalnych migrantów z osobami, które już wyemigrowały z danego kraju i mieszkają zagranicą.

Jeśli przyjmiemy zatem, że w kreowaniu poszczególnych korytarzy migracyjnych istotne są powyższe dwa czynniki i że wybór państwa docelowego nie jest losowy i nie podlega dyktatowi suchych danych makroekonomicznych, to okaże się, że sieci migracyjne powodują, że kolejni migranci z poszczególnych państw wybierają te same kraje docelowe. W literaturze proces ten określa się mianem migracji łańcuchowych.

Dlaczego sieci migracyjne są tak ważne? Otóż jako ludzie po prostu bardziej ufamy informacjom pochodzącym od osób, które znamy. Do tego znajomi lub rodzina przebywający już w państwie docelowym często mogą służyć migrantowi pomocą, oferując np. darmowe zakwaterowania w okresie poszukiwania pracy, wsparcie w kontaktach z urzędami czy tłumaczenia. Taka holistyczna pomoc pozwalająca odnaleźć się w miejscu docelowym i obniżająca często w sposób znaczący koszty migracji jest oceniana jako szczególnie wartościowa, zwłaszcza przez migrantów bez unikalnych umiejętności i z relatywnie słabą znajomością języka kraju docelowego.

Okazuje się, że to właśnie perspektywa możliwości otrzymania pomocy, w połączeniu z bliskością znajomych (lub krewnych) ma w procesie migracyjnym znaczenie fundamentalne, determinując w dużej mierze kierunki docelowe migracji. Co więcej, można postawić tezę, że zależność taka utrzyma się, pomimo dynamicznego rozwoju komunikacji na odległość czy (znającej odpowiedź na każde pytanie) sztucznej inteligencji.

Powoduje to, że największe mniejszości etniczne w poszczególnych krajach docelowych mają tendencję do powiększania swoich populacji szybciej niż inne, a próba szacowania kierunków migracji z poszczególnych państw nie jest do końca wróżeniem z fusów.

Problemem natomiast jest to, jak umiejętnie wykorzystać tę wiedzę i zagospodarować potencjał drzemiący w imigrantach, przy czym konsekwencje masowych migracji to już temat na zupełnie inne opracowanie.

Zainteresowanych zgłębianiem wiedzy na temat przyczyn, a także konsekwencji masowych migracji dla państw wysyłających i przyjmujących odsyłam do mojej najnowszej książki pt. Migracje zarobkowe. Wprowadzenie, wydanej nakładem wydawnictwa Wolters Kluwer w 2025 roku.

Dr hab. Michał Schwabe, prof. SGH, ekonomista, pracownik Katedry Integracji i Prawa Europejskiego w Szkole Głównej Handlowej w Warszawie

Wróć